OD  JUDAIZMU  DO CHRZEŚCIJAŃSTWA

21 grudnia 1943 wyznanie wiary w Kościele katolickim  złożył  Żyd , Karl Stern , wybitny naukowiec niemiecki , w latach  czterdziestych i pięćdziesiątych  XX wieku największa naukowa  sław  Uniwersytetu McGilla w Montrealu . Jego autobiograficzna opowieść The Pillar of Fire  wydana po raz pierwszy w 1951 r. stanowi prawdziwa perłę światowej literatury . Ukazującą fascynującą przygodę odkrywania pełni prawdy w Kościele katolickim . We wstępie do swojej autobiografii pisze: odpowiedz na proste pytanie , czy Jezus z Nazaretu był  wcielonym Bogiem , jest decydująca w stosunkach międzyludzkich . Dostojewski stwierdził że od odpowiedzi na to pytanie  zależy wszystko na świecie  .

Karl  Stern urodził się na przełomie XIX i XX wieku, w małym bawarskim miasteczku  niedaleko czeskiej granicy , w żydowskiej rodzinie . Była to typowa rodzina żydowskich sklepikarzy , zachowująca judaistyczne święta i tradycje . Mały Karol  odkrył kiedyś że jego matka , każdego roku w Wigilię Bożego Narodzenia , w wielkiej tajemnicy , aby jej nikt nie widział zanosiła mięso i inne produkty najbiedniejszym rodzinom z ich miasteczka .To właśnie matka zadecydowała że Karol był pierwszym  dzieckiem żydowskim ,które zaczęło się uczyć w katolickim przedszkolu prowadzonym w ich mieście przez siostry zakonne . Po skończeniu szkoły podstawowej Karl musiał wyjechać do Monachium , by tam uczyć się w średniej szkole .Zamieszkał na stancji u rodziny Kohenów - ortodoksyjnych Żydów.W Monachium przed Karlem otworzył się nowy świat , o którym do tej pory wiedział z lektur , a więc sale koncertowe , muzea ,teatry ,opery ,kościoły ,parki .W ty czasie Karl odkrył ,że muzyka jest najbardziej bezpośrednim wyrazem rzeczywistości duchowych, wchłaniał atmosferę religijnego świata takich kompozytortów jak Bach czy Mozart a w genialnym dziele Beethovena Missa odkrywał swery ,które jego zdaniem znalazły swoje werbalne ujęcie w dziełach św. Jana  od krzyża . W Monachium wzrastał w atmosferze żydowskiej ortodoksji , a z drugiej strony był świadkiem rodzenia się rewolucji społecznej inspirowanej pismami Karola Marksa . Atmosfera autentycznej religijności w rodzinie Kochenów sprawiła  ,że Karl zaczął gorliwie się modlić ,zachowywać wszystkie przepisy ortodoksyjnego judaizmu , zabrał się do nauki języka hebrajskiego i studiowania Pisma Świętego . Jednocześnie widząc nędze i niesprawiedliwość z jaką są traktowani robotnicy zaczął sam ,jako 13 letni chłopiec ,studiować dzieła Marksa i podstawy filozofii Hegla. Po swoim nawróceniu na katolicyzm pisał , że Marks miał żarliwy zmysł sprawiedliwości i stąd wynikała jego wściekłość na tych którzy z żądzy zysku traktowali religię jako "opium dla ludu". Jednak marksistowska sprawiedliwość bez Boga staje się czymś bardziej niebezpiecznym , ponieważ w końcu rodzi monstrum , które daleko prześciga kapitalizm w zniewalaniu i nieludzkim okrucieństwie . Tuż przed pierwsza wojna światową  rozpoczął się wieloletni okres buntu niemieckiej młodzieży przeciwko sposobowi życia rodziców . Ruch Młodzieży Niemieckiej był pod wpływem antychrześcijańskiej  filozofii Marksa i Nietzschego . Karl po latach wspomina ,że po pierwszej wojnie światowej , widział wielkie oddziaływanie tych ateistycznych ideologii na młodzież . Ten sam trąd występował w ówczesnym ruchu młodzieży żydowskiej  w Niemczech . Karl pisze że tylko on i jego kolega  zwrócili się do religii  ,natomiast dla pozostałych religijna tradycja żydowska w ogóle nie istniała . Prawie wszyscy z prawdziwym religijnym zapałem wyznawali socjalistyczna sprawiedliwość  i miłosierdzie , a w późniejszych latach zostawali działaczami międzynarodówek socjalistycznych , komunistycznych lub ruchu syjonistycznego . Po szkole średniej Karl rozpoczął studia medyczne . W pierwszym okresie monachijskich studiów z wielką gorliwością prowadził  życie ortodoksyjnego żyda . skrupulatnie przestrzegając przepisów żywieniowych , podczas modlitwy owijał się modlitewnym szalem , a na czoło zakładał tefilini -skórzane paski z pudełeczkami , w których są zwitki pergaminu z fragmentami Księgi Wyjścia i Powtórzonego Prawa. 10 marca 1925 roku Karl otrzymał  niezwykle bolesną wiadomość o śmierci swojej matki .Po kilku latach studiów związał się z radykalnymi grupami studenckimi ,odwrócil się od wszelkich form religijności i stał się zwolennikiem materializmu dialektycznego . Lata studiów przeżywał szczęśliwie i beztrosko , a problemy religijne były dla niego odległymi formami abstrakcji . Podczas wizyty w domu rodzinnym przyjaciela ,Ericha von Baeyera  Karl po raz pierwszy spotkal siostrę Ericha , piękną Liselotte , swoją przyszłą żonę .Zafascynowany wspaniałą atmosferą  panującą w domu państwa Baeyerów ,Karl ku swemu wielkiemu zdumieniu ,szybko zorientował się , jaką wielką  rolę odgrywa w tej rodzinie , niepiśmienna starsza służąca i niania , Katia Huber  bardzo pobożna katoliczka . Codziennie o szóstej rano chodziła na na Mszę św. i dużo się modliła ,zachowując przy tym specyficzne poczucie humoru i wielką mądrość . Była szanowana i lubiana przez wszystkich domowników oraz licznych gości , naukowców i profesorów , wśród których wielu było laureatami nagrody Nobla . Postawa i religijność Kati Hubrt dała mu dużo do myślenia .Przez jeden rok ,od 1931 roku Karl był stażystą w Uniwersyteckiej Klinice Medycznej we Frankfurcie u profesora Volharad gdzie nie tylko pełnił funkcję asystenta podczas wykładów , ale również pracował na wydziale kardiologicznym i w laboratorium . Także tutaj  wielki wpływ  wywar na niego kontakt z katolikami , którzy odznaczali się niezwykłą ofiarnością i oddaniem w służbie chorym . Byli to między innymi : pielęgniarka oddziałowa w kardiologii , doktor Hildebrand  , przewodniczący  fizyki stosowanej w medycynie - profesor F.Dessauer , słynny przywódca niemieckiego katolicyzmu .Był on jednym z pionierów  prześwietlania i leczenia promieniami Roentgena i twórcą urządzenia , które rejestrowało kosmiczne  promieniowanie gamma na liczniku Geigera . Jako członek Katolickiego Centrum , profesor Dessauer odznaczał się niespotykaną wprost odwagą , demaskował ogrom zła . jaki niósł z sobą dochodzący do władzy w Niemczech  nazizm . Był głęboko religijnym człowiekiem , a przy tym mistykiem i ascetą .Karl był pod wielkim wrażeniem tych niezwykłych osobowości , ale jeszcze nie dojrzał do tego , aby całkowicie odrzucić materializm . Latem 1932 roku prof. Volhard zdecydował , że Stern ma wyjechać jako stypendysta  Rockefellera  na podyplomowe studia z psychiatrii i neurologii, do  Niemieckiego Instytutu Badań nad Psychiatrią w Monachium . Był to pierwszy instytut badań nad psychiatrią w świecie . Gościli tam prawie wszyscy naukowcy ze wszystkich krajów .Niestety na oddziale profesorowie wyznawali biologiczny rasizm , utrzymując że zachowanie człowieka uzależnione jest od jego wrodzonych cech odziedziczonych po przodkach . Te poglądy negujące wolność człowieka były ukrztałtowane, przez rasistowską  ,antychrześcijańską i antysemicką literaturę drugiej połowy  dziewiętnastego wieku . Stern w pewnym momencie  uświadomił sobie , obserwując zwiększające  się poparcie dla partii hitlerowskiej wśród elit naukowych , że odrzucenie trwałych zasad moralnych oraz etyki judeochrześcijańskiej , doprowadziło do powstania jakby nowego pokolenia naukowo wyszkolonych inżynierów zniszczenia - Inżynierów kultury śmierci .Stern napisał   " że zimne intelektualne podejście do spraw należących w istocie do sfery ducha jest jednym ze śmiertelnych grzechów naszej epoki. Eksterminacja psychicznie chorych przez hitlerowców , obozy koncentracyjne i fabryki śmierci  to były owoce urządzenia społeczeństwa bez Boga , na tak zwanych" zasadach naukowych'' .Stern jak bystry obserwator widział ,że temu barbarzyństwu zdecydowanie sprzeciwiali się tylko prawdziwi chrześcijanie , ludzie głębokiej wiary.I tak w miejscowości Bethel w zachodnich Niemczech , luterański pastor Bodelsching założył wielką kolonie niedorozwiniętych umysłowo i epileptyków . Kiedy naziści zaczęli poddawać eutanazji psychicznie chorych , pastor powiedział hitlerowskim władzom , że jest gotowy razem że swoimi podopiecznymi iść na śmierć . Tylko dzięki jego międzynarodowej sławie naziści całą kolonię i jego samego zostawili w spokoju . Po dojściu Hitlera do władzy 1 lutego 1933 roku , w czsie następnej nagonki antysemickiej , dla Sterna stawało się jasne ,że jedynym , co liczy się na tym świecie , jest siła przekonań moralnych . Natomiast tak zwane demokratyczne społeczeństwo , odarte ze wszelkich  transcendentnych wartości i judeochrześcijańskiej tradycji  , szybko przeradza się w zbrodniczy totalitaryzm . W rozmowach z bardzo miłymi i kulturalnymi pracownikami instytutu , którzy jako naziści , wyznawali neopogańską religię niemiecką . Stern odkrył prawdziwe podłoże nazistowskiej rewolucji . Judeochrześcijański sposób myślenia był według nich całkowicie obcy narodom Europy  , a Biblia i nauka  Chrystusa przyczyniły się , ich zdaniem , do pogłębienia w ludziach katastrofalnego poczucia winy  i niepewności . Z tego powodu dla nazistów jedynym wyjściem , było całkowite odrzucenie judaizmu i chrześcijaństwa i przyjęcie prawdziwego ''indogermańskiego" ducha Europy . Tak więc ich nazistowska nienawiść do żydów była jednocześnie nienawiścią do Chrystusa i chrześcijaństwa . Duży wpływ na Sterna wywarł człowiek niemiecki psychoterapeuta ,prof. Rudolf Laudenheimer. Przez dwa i pół roku pod jego kierunkiem poddał się procesowi  psychoanalizy , która doprowadziła do tego ,że Karl Stern  z wyznawcy materializmu stał się człowiekiem całkowicie przekonanym  o pierwszeństwie Ducha . Po dziesięciu latach fascynacji filozofią Schopenhauera ,Kanta ,Hegla i wiary w materializm  dialektyczny Marksa , Stern wrócił do ortodoksyjnej synagogi , a przez modlitwę i studium Pisma Świętego odkrył Życie i Prawdę której nie można było znaleźć  w barbarzyńskim  świecie stworzonym przez nazizm. Karl z całym przekonaniem zaczął wierzyć w absolutną prawdziwość Objawienia i przyjście osobowego Mesjasza . W tym czasie znaczącą role w jego życiu zaczęli odgrywać państwo Yamagiwa oraz Bertha Flamm . Profesor Yamagiwa i jego żona byli Japończykami nawróconymi na chrześcijaństwo . Stern był dla nich pierwszym Żydem ,którego poznali i dlatego stał się przedmiotem ich szczególnego zainteresowania ,które z czasem przerodziło sie w szczerą przyjaźń .Frau Bertha Flamm była katoliczką ,pracowała w Instytucie Neuropatologii . Codziennie do pracy chodziła na poranną Msze św. , odznaczała się głębokim życiem modlitwy , a także niezwykłą sumiennością i cierpliwością w pracach histologicznych . Fascynowała wszystkich swoją osobowością , każdy z jakiegoś powodu darzył ją wielką sympatią . Na przykładzie tych osób Stern  widział ,jak autentyczna religijność przemienia ludzkie serca i czyni je wrażliwymi ,kochającymi i czułymi . Spotkanie państwa Yamagiwa z panią Flamm i Karlem  Sternem  zaowocowało glęboką przyjaźnią . Oto spotkałem przedstawicieli rasy japońskiej i germańskiej pisał Stern ,czujących i myślących tak samo ,jak ja , zupełnie innych od otaczających nas pogan , a jednak różniących się od moich braci Żydów , którzy nie byli religijni lub stali się agnostykami . Otaczał mnie ocean zdrady i podłości ,sprytu i okrucieństwa (...) - i oto znalazłem ludzi z obcych narodów , którzy nosili wyryte w sercach słowa Dawida i Izajasza . Był to prawdziwy cud . W grudniu 1933 roku przechodząc  ulicą Stern zauważył ulotkę na tablicy ogłoszeń jakiegoś kościoła . Informowała ona o kazaniach adwentowych na temat "Judaizm i chrześcijaństwo" ,które miał wygłosić kard. Faulhaber . Był to czas ostrych ataków nazistów na Kościół katolicki . Zainteresowany tematyką kazań , Stern wybrał się ze swoim bratem w niedzielny wieczór do kościoła St. Michael . Ludzi było tak dużo , że nie mieścili się w kościele . Kardynał mówił że ,Jezus  był Żydem , a Bóg Starego Testamentu jest równocześnie Bogiem Nowego Testamentu , analizował słynne rozdziały listu św. Pawła do Rzymian dotyczące Narodu Wybranego. Kazanie to zrobiło wielkie wrażenie na Sternie . po raz pierwszy usłyszał co o tym pisał św.  Paweł na temat postchrześcijańskiego judaizmu . Podczas kazania uświadomił sobie , że przecież spełniło się to , co zapowiadali prorocy , a mianowicie , że dzięki Mesjaszowi Boże słowo dotrze nawet do "najdalszych wysp "Nie można zaprzeczyć że tak właśnie się stało -napisał  Stern -Wystarczy się zastanowić: oto kiedyś  istniała na peryferiach Imperium Rzymskiego maleńki naród , pogrążony w oceanie innych wyznań , zazdrośnie strzegący cennego skarbu Objawienia za murami swego Miasta - a teraz ja , dwa tysiące lat później , słucham tych którzy nie należeli do Izraela według ciała , ale bronili Boga Abrahama , Izaaka i Jakuba , Boga Mojżesza , Izajasza i Hioba , zupełnie jakby od tego zależało ich życie  .Jako członek Narodu Wybranego   nosił w sobie specyficzne poczucie dumy ,bo przecież chrześcijaństwo wyrosło z judaizmu . I nagle z tej pewności Stern został wytrącony  przez uświadomienie sobie dwóch niezbitych faktów .

I. Pierwszym był fakt podtrzymywania muru segregacji , budowanego przez Żydów .Niech nikt się nie łudzi - pisał - religia żydowska aż do dnia dzisiejszego opiera się na założeniu, że objawienie jest sprawą narodową i że Mesjasz który ma przyjść do narodów , jeszcze nie nadszedł . Objawienie nadal przechowuje się w drogocennym naczyniu narodu . Wystarczy popatrzeć na naszą liturgię , aby się przekonać że tak jest w istocie . Religia żydowska był.  zawsze segregacją .

II. Drugim faktem było  przyjście Jezusa przede wszystkim do Żydów , aby objawić im , że to On jest Mesjaszem , Synem Boga Żywego . A więc pytanie , czy Jezus jest rzeczywiście Tym , za kogo się podawał , oczekuje na jednoznaczną odpowiedź .

Karl Stern pisał : w ten sposób wypłynęłęm na bardzo niebezpieczne wody . Wyrosłem w materialistycznym świecie , pracowałem przez wiele lat w laboratoriach naukowych - gdzie niejako zakładano agnostycyzm i materializm - i w końcu z dumą wyznałem na nowo , przynajmniej przed samym sobą , absolutną realność spraw duchowych . śmiały i prowokujący okrzyk XVII wiecznego matematyka , Paskala , że Bóg " nie jest Bogiem filozofów , ale Bogiem Abrahama ,Izaaka  i Jakuba ", stał się moim własnym . I oto niedługo, po rozpoczęciu mojej podróży , natknąłem się na odwieczne pytanie : " A wy za kogo Mnie uważacie ?" Co gorsza w głębi czułem , że na to pytanie trzeba udzielić pełnej odpowiedzi i że nie da się tego uniknąć ani pójść na kompromis. Gdy się  powiedziało A , trzeba powiedzieć B ... W styczniu 1934 r. po przejściu ciężkiej  grypy , Karl Stren  zachorował na gruźlicę prosówkową , bardzo trudną do wyleczenia . Karl był przekonany ,że wkrótce umrze . Kilkanaście miesięcy przebywał w prywatnym sanatorium w Szwarcwaldzie. Przez cały czas pobytu musiał leżeć w łóżku nie widując nikogo prócz pielęgniarek i lekarzy . Miał dużo czasu na przemyślenia ważnych życiowych spraw . Pod koniec 1934 r. ku zdumieniu wszystkich , z jego płuc zniknęły ślady gruźlicy . Karl mógł wrócić do Monachium .  Rok 1935 był dla Sterna  okresem intensywnych zmagań poszukiwań duchowych . Nigdy nie interesowały go zwyczajowe dowody  na istnienie Boga . Jako naukowiec wiedział że na przykład w jednej komórce nerwowej zachodzą tak nieskończenie  skomplikowane procesy , że wszyscy laureaci nagrody Nobla Razem wzięci nie byliby ich wstanie odtworzyć . Nie potrzebował więc innych dowodów na istnienie Boga . Dla niego jako naukowca było oczywiste , że świat nie jest bezsensownym dziełem przypadku . Nie może  więc być niezgodności między  nauką a religią ,w sensie wiary w pierwsza przyczynę , w Stworzyciela .Doszedł do przekonania , że rozum jest udoskonalony przez wiarę   , dlatego naukowiec ateista musi zmagać się z poważnymi wewnętrznymi konfliktami . Problemem który nie dawał mu spokoju była odpowiedź na pytanie : Czy Jezus Chrystus był prawdziwym Bogiem ? . Intensywnie uczył się języka hebrajskiego, uczestniczył w nabożeństwach w synagogach , utrzymywał przyjacielskie  kontakty zarówno z pobożnymi żydami jak i z głęboko wierzącymi chrześcijanami . Doszedł wtedy do niezwykle ważnego przekonania ,że chrześcijaństwo uznaje wszystko ,w co wierzą Żydzi , dodając do tego jedno twierdzenie : że prawdziwy Bóg stal się człowiekiem . Ponieważ chrześcijaństwo  nie odrzuca żadnych prawd objawionych w Starym Testamencie ,a tylko dodaje twierdzenie o boskości Jezusa , dlatego nie może być traktowane jako herezja w łonie judaizmu . Stern udał się  na spotkanie z Martinem Buberem ,   słynnym żydowskim filozofem , aby u niego szukać pomocy w znalezieniu odpowiedzi na dręczące go pytania . Zwierzył mu się że dokładnie przestudiował Nowy Testament , a szczególnie list św. Jana ,w którym znalazł ducha czystego judaizmu i dlatego nie może zrozumieć dlaczego Nowy Testament jest  odrzucony przez judaizm .Buber  powiedział : jeśli chcesz przyjąć Chrystusa i Nowy Testament , maksymy zawarte w listach św. Jana nie wystarcza . Musisz także uwierzyć w dziewicze narodziny i zmartwychwstanie Chrystusa .A to nie jest takie łatwe . Dla Martina Bubera - podobnie jak dla każdego żyda - twierdzenie o boskości Jezusa było bluźnierstwem nie możliwym do pogodzenia z duchem Starego Testamentu . 

Karl Stern potrzebował prawie 10 lat aby uznać boskość Jezusa . Według niego do przyjęcia Chrystusa każdy dochodzi własną , niepowtarzalną drogą ,która związana jest z najgłębszą tajemnicą osobowości . Z własnego doświadczenia , a także z historii Stern wnioskował ,że gdyby Chrystus nie był Bogiem , to wtedy byłaby nie do pomyślenia prosta pobożność  i heroiczna świętość  niektórych wiejskich dziewcząt , i to samo można by powiedzieć o Chartres i Grunwaldzie , o Bachu  i Mozarcie . Duchowa więź która łączyła Sterna  z trójką głęboko  wierzących  chrześcijan , japońskim małżeństwem Yamagiwa i panią  Flam , była jego zdaniem  czymś o wiele ważniejszym niż więzy narodowe  . Ona je przekracza  a wiec musi pochodzić od Boga .Stern doszedł do przekonania , że gdyby chrześcijanie  poznali  całą  głębie ortodoksyjnej pobożności żydowskiej , wówczas zniknąłby jakikolwiek religijny  antysemityzm  . Na płaszczyźnie duchowej - pisze chrześcijaństwo to judaizm ; judaizm doprowadzony do  ostatecznego spełnienia  . Nie ma takiej zasadniczej prawdy zawartej w Starym Testamencie , którą chrześcijanie musieli by odrzucić . Właśnie te odkrycia stały się dla niego początkiem kiełkowania wiary w bóstwo Chrystusa . Karl byl przekonany , że los jego  narodu jest ściśle związany z losem Chrystusa w świecie . Spotkał ludzi , którzy nie będąc Żydami , noszą w swoim sercu Boga Izraela . W głębi ich życia  wiary widział wypełnienie mesjańskich proroctw Izajasza .

Nasilające się nazistowskie prześladowania Żydów zmusiły Sterna do emigracji . Wyjechał do Londynu w 1936r.  tam otrzymał stypendium badawczo- naukowe w słynnym centrum badań neurologicznych . Młodzi pracownicy naukowi , lekarze , którzy  tam pracowali , pochodzili ze Szkocji , Irlandi Australii ,Kanady i Stanów Zjednoczonych .Zaraz na poczatku swojego pobytu w Londynie Stern odszukał Liselotte , siostrę swojego przyjaciela z czasów studiów Ericha von Baeyera . Zdecydowała się na emigrację po tym , jak  jej ojciec , słynny profesor , został zwolniony z pracy na uniwersytecie w Heidelbergu .Głównym powodem była jego opozycja wobec hitleryzmu ,a także fakt ,że w połowie był Żydem . Sama Liselotte posiadała 75% aryjskiej krwi i dlatego  miała pozwolenie  na kontynuowanie swojej pracy . Nie skorzystała jednak z tego i wyemigrowała . Jej ojciec po usunięciu z uniwersytetu nie załamał się . Przeniósł się z rodziną do Nadrenii i otworzył prywatną praktykę , własnoręcznie wyrabiając aparaty ortopedyczne . Liselotte przez pierwsze dwa lata w Londynie 18 razy musiała zmieniać pracę , aż w końcu znalazła zatrudnienie jako introligatorka w Wartburg Institute . Karl  opowiedział jej o swoich przeżyciach i doświadczeniach z katolikami w Monachium  o odkryciu Nowego Judaizmu , który jest chrześcijaństwem , bo przecież chrześcijaństwo samo w sobie jest tradycją hebrajską . Zwierzył się jej że ma dylemat , poniewaz uwierzyl w to , co pisze św. Paweł że prawdziwymi Żydami są dzisiaj poganie ,którzy poszli za Chrystusem . Liselotte ,która  wywodziła się ze środowiska  liberalno-luterańskiego , odpowiedziała Karlowi , że gdyby kiedykolwiek miała przyjąć chrześcijaństwo , to została by katoliczką .Karl  zakochał się z wzajemnością w liselotte . Podjęli decyzję o ślubie . Pogarszająca się sytuacja Żydów w Niemczech była dla Karla i Liselotte źródłem niepokoju o losy członków  rodziny i przyjaciół . Ponawiane przez nich próby sprowadzenia z Niemiec bliskich osób , które były najbardziej zagrożone , spotykały się z odmową władz brytyjskich .Właśnie w tym czasie karl przeczytał książkę " O nadziei " napisaną przez niemieckiego katolika , Josepha Piepera . Wywarła na nim wstrząsające wrażenie. W książce tej autor przedstawia nauczania św. Tomasza o cnocie nadziei. Było to jednocześnie studium rozpaczy i niepokoju , przekraczające wszystko , co do tej pory Karl spotkał w psychologii . Dzięki tej książce odkrył po raz pierwszy bogactwo katolickiej antropologii . Zrozumiał że cała nauka o człowieku uzyskuje nieskończoną głębię , jeżeli przyjmie się , że Chrystus jako prawdziwy Bóg i Człowiek umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia . Siadywał w tamtych dniach - wspomina Stern na ławce ,na Primrose Hill i spoglądał na panoramę Londynu . Jeśli było by prawdą - myślał - że Bóg stał się człowiekiem , że Jego życie i śmierć mają osobiste znaczenie dla każdej pojedynczej osoby wśród tych milionów istnień w smrodzie slumsów , w świecie pozbawionym  horyzontu , w duszącej udręce wrogości , chorób i śmierci - jeśli okazałoby się to prawdą , bezsprzecznie warto by było dla niej żyć . Pomyśleć tylko że Ktoś puka do wszystkich tych  mrocznych drzwi , wzywając i obiecując  każdemu  całkowicie niepowtarzalna drogę . Chrystus stanowi wyzwnanie nie tylko dla pozornego  chaosu historii , ale także dla bezsensu jednostkowej  egzystencji . Jesienią 1939 roku jakimś cudem dostała się do Londynu bliska znajoma Karla , .Reha Freier . Od niej dowiedział się o swoim bracie ,że  został  zaaresztowany i umieszczony w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie . Reha była syjonistką i odrzucała żydowską koncepcję Boga . Pewnego wieczoru Karl  zaczął mówić jej o Chrystusie , o jego życiu  i śmierci . Mówił jej co usłyszał na kazaniu kardynała Fulharbera ,opowiadał o swoich spotkaniach z państwem Yamagiwa i Frau Flamm . Jego słowa były przekonywujące , dzielił się swoimi myślami , które dawniej zachowywał tylko dla siebie .Mówił że chrześcijanie , którzy  uderzali w Żydów , uderzali w Chrystusa , swego brata . Żydzi którzy odrzucali Chrystusa , odrzucali własnego Boga , własną nadprzyrodzoną istotę . Jak długo Chrystus czołga się niby ranny na niczyjej ziemi między obiema liniami frontu ,żadne środki polityczne  nie zdołają  rozwiązać kwestii  żydowskiej . Był to przełomowy czas w życiu Karlla .Zdecydował się , aby każdego poranka przed pracą , chodzić na modlitwę do katolickiego kościoła dominikanów , który znajdował się blisko jego domu w Hampstead  . Karl uwierzył w moc modlitwy . Jej skuteczność stała się dla  niego nie podlegającym dyskusji pewnikiem .W maju 1939 r. dzięki znajomościom i pieniądza stryja  Felixa z Chicago  , cudem udało się rodzicom Karla przylecieć samolotem z Frankfurtu  do Londynu . Była ogromna radość ze spotkania , która niestety nie trwała długo ,ponieważ Karl z żoną i jednorocznym synem , musiał ze względu na pracę , emigrować do Kanady . Do Montrealu przybyli 24 czerwca 1939 r. Właśnie tutaj po raz pierwszy od opuszczenia Niemiec ,spotkali się z antysemityzmem ze strony pojedynczych osób . Na początku swojego pobytu Stern przeżył rozczarowanie , że duch katolicyzmu ,którego działanie tak mocno doświadczył w Europie , w Kanadzie  wydawał się mu  być nieobecny .Karl odczuwał w sobie  silną  przynależność do wspólnoty narodu żydowskiego odnajdywał się tam każdym drgnieniem swego serca .Z drugiej strony odczuwał w  sobie przynależność do ludzi wierzących w Chrystusa .Pisał :Wydało mi się , że tamci chrześcijanie z Monachium ,którzy cierpieli dla nas i z nami w noc zagłady i z którymi  po raz pierwszy dostrzegłem rysy Izraela Przekraczającego granice narodów - oni także wzywali mnie z daleka ,prosząc , żebym ich nie zdradził .Tamto doświadczenie zrodziło pewne zobowiązanie .Wiedziałem , że pastorzy i księża są więzieni w obozach koncentracyjnych .Wiedziałem , że przy całej podłej brutalności ponoszone są także w imię Jezusa z Nazaretu , Namaszczonego Izraela ,anonimowe nieocenione ofiary że strony tych , którzy nie należą  do nas według ciała .Karl zatrzymał się na progu Kościoła Katolickiego . Początkowo czuł , że w czasie eksterminacji  jego narodu , Byłoby dezercją opuszczenie żydowskiej wspólnoty cierpienia .Wydawało mu się że można pozostać Żydem ,a przy tym  w sercu zachować tajemnice Jezusa . Jednak nie był w pełni  co do tego przekonany , ponieważ zdawał sobie w pełni sprawę, że po raz pierwszy w historii Żydzi byli prześladowani z powodu przynależności rasowej , a nie ze względu na swoją religię . Dla Żydów chrzest nie był drogą ucieczki przed losem narodu żydowskiego . W Niemczech  chrześcijanie pochodzenia żydowskiego mieli o wiele gorzej , aniżeli wyznawcy judaizmu .Po dokładnym studium oraz pism św. Tomasza ,św. Augustyna ,Pascala i Newmana  Karl Stern odkrył świat , który był prawdziwą ojczyzną dla niego i dla Żydów .Jednak budził jego sprzeciw , ten obraz chrześcijaństwa , który najbardziej rzuca się w oczy , chrześcijaństwa uprzedmiotowionego polityczne i społecznie . Musiało upłynąć dużo czasu  , zanim pod grubszą warstwą miernoty Karl mógł zobaczyć w Kościele Katolickim ,jak sam napisał : ukryty skarb anonimowej świętości , duchową moc która przepływa przez tysiące dusz każdego dnia . Jest to strumień ofiar podejmowanych z nadprzyrodzonych pobudek przez rzeszę pracowników , przez zakonników w swych wspólnotach , przez księży i świeckich bez różnicy . Pod jeszcze jednym  powierzchownym względem zachodzi tu podobieństwo między narodem żydowskim  i Kościołem  : występki jednego członka są nagłaśniane o wiele bardziej niż świętość setek innych .Pierwszym francuskojęzycznym  kanadyjskim katolikiem . którego Stern bliżej poznał ,był student Victorin Voyer.  Jego charakter i historia życia  wywarły na Sterna wielkie wrażenie , była w nim jakaś zdrowa siła ,czystość i prostota . W ten sposób Karl na nowo odnalazł , jak sam napisał ,bezpośrednie przedłużenie świata Frau Flamm ,starej praczki , rodziny Kohenów - czyli tych  znanych ludzi , w których religia tworzyła organiczny fundament życia . Chłopak z kanadyjskiej wioski i profesor , niemiecki Żyd  mówili tym samym językiem i mieli te same myśli i poglądy . Dla Sterna stało się oczywiste, że istniała między nimi  jakaś tajemnicza duchowa moc , która pokonywała wszelkie bariery  intelektualne , polityczne i społeczne . Doświadczenie to powtórzyło sie ze zdwojoną siłą , kiedy Karl ze swoją żoną , poznali słynnego francuskiego , katolickiego filozofa Jacpues Maritaina oraz Dorothy Day Stern od wielu lat pragnął poznać Maritaina , gdyż  był przekonany, że tylko on może udzielić mu odpowiedzi na wiele dręczących  go pytań  .Nadarzyła się ku temu doskonała okazja  podczas pobytu Maritaina w Montrealu . Spotkali się w cztery oczy  w domu znanej  francusko- kanadyjskiej rodziny . Karl doświadczył bezpośredniości i wielkiej pokory swojego rozmówcy , a sam czul się jako bezradny katechumen w spotkaniu z Apostołem . Maritain  zachęcał Sterna , by by nie kwestionował prawdziwości  swoich doświadczeń duchowych i przebłysków zrozumienia prawdy o boskości Chrystusa i jego żywej obecności w Kościele katolickim . Mówił w jasny i konkretny sposób o krwiawiących ranach  widzialnego  ciała Kościoła oraz  o tym ,że  boskość Chrystusa jest kamieniem upadku dla Żydów .Od czasów  Londyńskich Karl nie ustawał w codziennej modlitwie . Po kilkunastoletniej przerwie , pewnego wieczoru zaczął opowiadać żonie  o swoich  religijnych  poszukiwaniach .. Odpowiedziała mu w ten sam sposób ,kiedyś , w Londynie : gdyby miała być chrześcijanką , to tylko  katoliczką .Maritain polecił Sternowi ,aby umówił się na spotkanie  z dominikaninem  o. Couturier, artystą  i przyjacielem Martissea i Picassa. Spotkanie odbyło się w klasztorze Notre-Dame de Grace . Podczas rozmowy Liselotte z zakonnikiem  Karl  czekał na zewnątrz . Po spotkaniu ,rozpromieniona Liselotte  powiedziała do męża : wydaje mi się ,że chciałabym przyjąć katolicyzm .Pełen zachwytu i zdumiony Karl  uświadomił sobie ,że Bóg  doprowadził jego żonę do podjęcia najważniejszej decyzji życia . Ojciec Couturier przyjął na łono Kościoła  katolickiego panią Stern i dwoje najstarszych dzieci w uroczystość Zesłania  Ducha Świętego  1941 roku . Karl jeszcze się bał podjąć decyzji  o przyjęciu chrztu ,uważał , że nie ma moralnego prawa , aby w czasie najstraszniejszych prześladowań , w tak widoczny sposób  opuścić swój naród żydowski . Wciąż nie ustawał na swej drodze  poszukiwania  prawdy  . Odkrywał ,że w kontaktach z ludźmi autentycznie wierzącymi w Chrystusa , zanikały  wszelkie ograniczenia sfery etnicznej , społecznej czasowej . Co mogło sprawić - pytał sam siebie - że kobieta ze Środkowego Zachodu , chłopiec z farmy w, profesor filozofii z Paryża i my , moja żona i ja , mówiliśmy tym samym językiem i dzieliliśmy tajemnice swojej przeszłości , swoje cierpienia , tysiące minionych dni po tysiąc kroć wymazywane z pamięci , co , jeśli nie TEN ,który zjednoczył nas swoją miłością .Dla Sterna  stało się  oczywiste , że wchodząc do Kościoła , nie jest się zmuszonym do odrzucenia żadnej pozytywnej wartości , w jaką się kiedykolwiek wierzyło (...) - nie ma takiego dobra , którego nie odnalazłbyś ponownie  w Kościele. Zastajesz je tam  uporządkowane i zsyntetyzowane , na nowo przetopione w Chrystusie . Co więcej nie musisz w kościele akceptować niczego , co wydaje ci się odpychające na płaszczyźnie politycznej czy społecznej . Nikt nie każe ci zaakceptować totalitarnego polityka ani księdza ,którego obsesją są uprzedzenia rasowe .NIE  MUSISZ PRZYJMOWAĆ  NICZEGO - PRÓCZ CHRYSTUSA  I JEGO SAKRAMENTÓW . 

Po wieloletnich duchowych  zmaganiach Karl nauczył się , że nie można spotkać Chrystusa  , dopóki myśli się kategoriami etnicznymi  lub politycznymi . Trzeba wyzbyć się się wszystkiego i stanąć przed NIM samemu twarzą w twarz .Nie można rozwiązać wszystkich problemów i odpowiedzieć  na wszystkie pytania pozostając tylko na płaszczyźnie intelektualnej . Do nadprzyrodzonych prawd dochodzi się dzięki Wierze , Nadziei i Miłości .Są to duchowe akty , które nie negują intelektu ,dlatego go przekraczają . Prawd  Bożych nie " rozszyfruje"  się intelektem ani emocjami , ale doświadcza się ich i poznaje całą swoją istotą , także przez cierpienie . Dla Sterna stało się jasne , że w prawdziwym ciele mistycznym Chrystusa , jakim jest Kościół , nie istnieją w ogóle struktury etniczne .Dlatego Żyd , który dostrzegł obecność Chrystusa  w Kościele , wchodzi do niego  nie pomimo to , że wielu jego członków żywi pełną uprzedzeń i ignorancji nienawiść do narodu żydowskiego , ale właśnie ze względu na to . Tu po raz pierwszy spotyka się z wymaganiami  Ewangelii w ich przerażającym realizmie . Na podstawie własnych obserwacji Karl  stwierdził , że ludzie , którzy przez długi czas zatrzymują się na progu Kościoła upodabniają się do starych kawalerów , którzy są chociaż blisko ożenku , nie mają do niego odpowiedniego nastroju . Wreszcie jesienią 1943 roku nadeszedł wielki dzień , w którym Karl Stern  wybrał się do ojca Ethelberta  , franciszkanina z Montrealu z prośbą o przyjęcie do Kościoła katolickiego . Ojciec Ethhelbert przywitał Karla z pewnym zakłopotaniem , ale ze szczerą , pełną dziecięcej prostoty radością . Po długiej i serdecznej rozmowie skierował Sterna do miss Sharp, która przygotowywała katechumenów do chrztu . Była to stara , niewidoma  kobieta , o żarliwej wierze , która sama nawróciła się na katolicyzm . Po serii katechez  , nadszedł najważniejszy dzień w życiu Karla Sterna : 21 grudnia 1943 r. w wigilię święta św. Tomasza Apostoła . został ochrzczony i przyjęty na łono Kościoła katolickiego przez  o. Ethelberta . Za ojców chrzestnych Karl wybrał Victorina Voyera , swojego studenta i przyjaciela , chłopaka ze wsi , oraz dawnego kolegę szkolnego , Żyda z Monachium , który po ucieczce z hitlerowskich Niemiec przeżył nawrócenie we Włoszech . To właśnie ci dwaj oraz żona towarzyszyli mu podczas największego wydarzenia w jego życiu . Nigdy nie zapomne tego poranka - wspomina Stern - Gdy przyjąłem moją pierwszą Komunię św. Kiedy wszedłem do kościoła Franciszkanów w Montrealu , na zewnatrz panowała jeszce ciemność . Wewnątrz gromadził się tłum, jaki można zobaczyć w każdym katolickim kościele w centrum miasta.(...) Życie nas wszystkich - mojej żony , moich przyjaciół Alberta i Viktorina , i moje - zlało się razem ; zlało się tak z życiem otaczających nas nieznajomych . I było tak jakby , stali  przy nas i inni : moi rodzice , Kaspar Russ , rodzina Kohenów , Żydzi z synagogi nad kanałem ,Jacpues Maritain i Dorothy Day ,i pobożne stare służące z domów naszego dzieciństwa .Nie mogło być żadnej wątpliwości : BIEGLIŚMY DO NIEGO ALBO UCIEKALIŚMY PRZED NIM , ALE PRZEZ CAŁY CZAS  TO ON BYŁ CENTRUM WSZYSTKIEGO    

ŚWIADECTWO  EDYTY  STEIN

OD JUDAIZMU – PRZEZ  ATEIZM – DO CHRZEŚCIJAŃSTWA

 

Już św. Augustyn (354-430) zwrócił uwagę na fakt, że ludzie podziwiają szczyty gór, potężne fale morskie, szeroko rozlane rzeki, ocean otaczający ziemię, obroty gwiazd, ale obok samych siebie przechodzą obojętnie. Siebie ludzie nie podziwiają! Cały duchowy wysiłek Edyty Stein można określić jako jedną wielką próbę odsłonięcia tajemnicy człowieka.

Kim jest człowiek? Kim właściwie ja sam jestem? -jeśli znajdę odpowiedź na te pytania, wtedy będę wiedział, co może dać, lub co daje sens mojemu życiu. Życie sensowne to życie udane. Odpowiedź na pytanie o sens życia nie jest sprawą tylko intelektu. Wola i uczucie odgrywają przy tym też swoją rolę. O sensie życia mówią prawdy rozumu i prawdy serca. Życiem daję świadectwo uznawanym wartościom. Życie to coś więcej i coś innego niż tylko intelektualna przygoda. W pracy zatytułowanej „Ontyczna struktura osoby i jej teorio-poznawcza problematyka Stein pisze: "pojawia się również możliwość, że Łaska dotyka człowieka nie bezpośrednio, lecz wybiera drogę przez osobę człowieka... inaczej mówiąc: człowiek może w rozmaity sposób służyć zbawieniu drugiego człowieka". Posłuchajmy więc, co mówi Stein o swojej drodze życia, o osobach które pojawiły się na niej. Człowiek jest tajemnicą. O tajemnicy wiarygodnie może mówić tylko ten, kto ją przeżył. Dlatego słuchamy, a Stein mówi. Komentarz niech pojawia się tam, gdzie jest konieczny.

l. Droga do samego siebie

Edyta Stein urodziła się 12.10.1891 r. we Wrocławiu, w dzień żydowskiego Święta Pojednania -Jom Kippur, w religijnej rodzinie niemieckich Żydów we Wrocławiu . Od urodzenia wyznawała judaizm .   Jej dzieciństwo i lata młodzieńcze nie można  uważać za szczęśliwe. Już od pierwszych chwil świadomego życia dawała znać o sobie jej silna osobowość. Edytka była przekonana, że jest powołana do większych rzeczy. Dlatego przedszkole, do którego zapisano ją w wieku 5 lat, uważała "za poniżej swojej godności". "Każdego ranka musiano staczać ze mną ciężkie boje, abym tam się udała. Byłam niemiła dla innych dzieci, bardzo wiele mnie kosztowało, abym się z nimi bawiła". Jej starszy brat Paweł często niósł ją na ramionach do przedszkola, "ponieważ robił wszystko, co sobie życzyłam". Mając 6 lat Edyta postanowiła, że czas przedszkola się skończył. Nastał dla niej czas szkoły. W szkole czuła się o wiele lepiej niż w domu, nie wspominając już przedszkola, gdyż mogła pokazać się z najlepszej strony. W nauce zajmowała zawsze jedno z pierwszych miejsc. Miała jednak ogromne trudności w nawiązaniu kontaktu z innymi dziećmi, a nawet z matką. "Mimo wewnętrznej łączności matka nie była powiernicą moich tajemnic". Edyta miała tylko i wyłącznie swój świat, żyła w nim jak w dobrze obwarowanym zamku. Później powie: "Secretum meum mihi!". Ze względu na pilność nazywano Edytę w szkole "karierowiczką", co oczywiście jej się nie podobało. W rodzinie zaś zwracano uwagę na jej ambicje i z naciskiem powtarzano "mądra Edyta". Bolało ją to, gdyż "od pierwszego roku   szkoły wiedziała, że o wiele ważniejszym jest być dobrym niż mądrym"6.W wieku  13 lat przestała się modlić i coraz bardziej kierowała się ku ateizmowi .

W wieku 14 lat Edyta opuszcza szkołę dla dziewcząt, nie daje się przekonać, aby zostać jeszcze jeden rok. Dwa lata wcześniej nie zgodziła się na przejście do gimnazjum. W autobiografii podaje powody swego zachowania: "Myślę, że decydujący przy tym, tak wówczas jak i dzisiaj, był mój zdrowy instynkt, mówiący mi, że już dosyć długo siedziałam w szkolnej ławie i potrzebuję czegoś nowego. W siódmej klasie moje oceny były niższe. Wprawdzie w dalszym ciągu zajmowałam jedno z pierwszych miejsc, ale zdarzało się też czasem, że zawodziłam. Po części było to spowodowane tym, że zajmowałam się pytaniami dotyczącymi światopoglądu, o których w szkole prawie nie mówiono. Zasadniczą rolę odgrywał jednak mój rozwój fizyczny... opuściłam więc szkołę i pojechałam na kilka tygodni do Hamburga"7. "Czas spędzony w Hamburgu wydaje mi się, jeśli teraz do niego wracam, jako swoistego rodzaj stadium przepoczwarzania. Byłam ograniczona do wąskiego kręgu ludzi i żyłam, jeszcze bardziej niż to było w domu, w moim wewnętrznym świecie. Czytałam o tyle, o ile na to pozwalały prace domowe. Słuchałam i czytałam rzeczy niezbyt odpowiednie dla mnie. W bibliotece szwagra znajdowały się książki, które nie były przeznaczone dla 15-letniej dziewczyny. Oprócz tego Max i Elsa byli niewierzący. W ich domu nie było żadnej religii. Tutaj też, zupełnie świadomie i z wolnej woli, przestałam się modlić. Nie zastanawiałam się nad przyszłością. W dalszym ciągu żyłam w przekonaniu, że jestem powołana do większych rzeczy"8. Podczas tego pobytu Edyta bacznie obserwowała dzieci siostry. Jest zafascynowana nimi, dostrzega ich swoistość. Wraca do Wrocławia, zdaje maturę i rozpoczyna studia języka niemieckiego, historii, a później filozofii i psychologii. Tutaj spotyka prof. Sterna, którego nazywa "absolutnym ateistą"(świadectwo nawrócenia prof. Sterna  umieszczono wyżej) Sama określa siebie jako ateistkę9.

Wybujałe ambicje, przekonanie o "powołaniu do większych rzeczy" separowało Edytę od otoczenia. Dlatego słowa prawdy wypowiedziane przez kolegę zrobiły na niej - w dosłownym sensie - wstrząsające wrażenie: "Kiedy przyszliśmy przed dom powiedział: - Życzę Pani, aby Pani spotkała w Getyndze ludzi, którzy powiedzą Pani prawdę. Tutaj była Pani zbyt krytyczna! Te słowa zaskoczyły mnie zupełnie. Od dawna nie słyszałam żadnej negatywnej uwagi. W domu nikt nie miał odwagi mi cokolwiek powiedzieć. Moje przyjaciółki odnosiły się do mnie z miłością i podziwem. Żyłam więc w naiwnym samozłudzeniu, że wszystko jest we mnie wspaniałe, jak to się często zdarza u ludzi niewierzących o wysokim etycznym idealizmie. Ponieważ zachwyca ich dobro, dlatego wierzą, że sami są dobrzy. Uważałam, że mam prawo, zauważone przeze mnie niedoskonałości: słabości, błędy, wady innych ludzi wytykać w sposób bezwzględny. Robiłam to z drwiną i ironią w głosie. Niektórzy uważali, że jestem "czarująco złośliwa". Dlatego musiały mnie boleśnie dotknąć słowa pożegnania mężczyzny, którego szanowałam. Nie obraziłam się na niego, nie wzięłam jego słów za niesprawiedliwy zarzut. One były pierwszym sygnałem dającym mi do myślenia"10.

Z Wrocławia Stein udaje się do Getyngi. Dlaczego? Ponieważ studium psychologii ją rozczarowało. Przedstawionymi metodami pracy nie była w stanie dotrzeć i odsłonić tajemnicę człowieka. Pisze: "Moje studium psychologii przekonało mnie, że ta nauka jest jeszcze w powijakach, że brakuje jej koniecznego fundamentu jasnych pojęć, że ona sama nie jest w stanie ich wypracować. Fenomenologia zaś, na ile ją poznałam do tej pory, zachwyciła mnie, ponieważ wszystko polega na pracy wyjaśniania, od samego początku trzeba samemu budować pojęciowe narzędzia"11.

Czym jest właściwie filozofia fenomenologiczna? Co zachwyciło Stein w filozofii zaproponowanej przez Ed. Husserla? Nim odpowiemy na te pytania zastanówmy się: co robi filozof? Filozof myśli. Zadaniem, zawodem filozofa jest myślenie. Wielu uważa fantazjowanie za myślenie filozoficzne, dlatego filozof dla nich to fantasta, ktoś, kto nie "liczy się" z rzeczywistością. Filozof myśli. O fenomenologu jako filozofie należy powiedzieć, że on nie tyle myśli, co patrzy. Fenomenolog nie może myśleć, on musi obserwować i opisywać to, co widzi. Nic więcej i nic mniej! Fenomenolog liczy się z rzeczywistością!12. Stein tak mówi o swoim spotkaniu z dziełem Husserla: "Badania logiczne robiły wrażenie, że są radykalnym odwrotem od krytycznego idealizmu o kaniowskim i neokantowskim zabarwieniu. Widziano w nich "nową scholastykę" ponieważ odwracały się od podmiotu i zwracały ku przedmiotowi: poznanie wydawało się znów być przyjmowaniem otrzymującym swoje prawa od rzeczy, a nie -jak to jest w krytycyzmie - określaniem narzucającym rzeczom swoje prawa. Wszyscy młodzi fenomenolodzy byli zdecydowanymi realistami"13.

Edyta Stein studiuje w Getyndze bardzo pilnie, niczego innego nie można było się po niej spodziewać. "Moje dni były bardzo długie; wstawałam o szóstej i pracowałam prawie bez przerwy do mocy. Ponieważ przeważnie jadłam sama, dlatego również podczas posiłków mogłam myśleć. Kiedy udawałam się na spoczynek, wtedy kładłam na nocnym stoliku papier i ołówek, abym mogła zanotować myśli, które pojawiały się we śnie. Kiedy próbowałam je zanotować za dnia, nie potrafiłam. Również w drodze do uniwersytetu zajmowałam się problemem wczucia. Często spędzałam większość dnia w pomieszczeniu seminarium filozoficznego na czytaniu dzieł Th. Lippsa. Czasami nie szłam na obiad, miałam kilka ciastek, zjadałam je w przerwach. Kiedy w określonych godzinach musiałam się zajmować czymś innym niż filozofią, wtedy miałam uczucie, że mój mózg musi się obrócić o 180°. "Czytałam jedną książkę za drugą, robiłam wiele notatek i im więcej zbierałam materiału, tym bardziej kręciło mi się w głowie. To co Husserl twierdził w swoich skromnych wypowiedziach o wczuciu, i to, co Lipps uważał za wczucie, nie miało wiele ze sobą wspólnego. Dla Lippsa wczucie stanowiło centralne pojęcie filozofii, pojawiające się w jego estetyce, etyce, filozofii społecznej, odgrywające rolę w teorii poznania, logice i metafizyce. Jak różnorodne są te przedmioty, tak różnorodnymi barwami mieniło się ono dla mnie. Męczyłam się, aby uchwycić coś jednolitego i trwałego, aby z tego miejsca zrozumieć wszelkie odcienia i przemiany. Po raz pierwszy przeżyłam wtedy coś, co później doświadczałam przy każdej pracy: dopóki nie rozjaśniłam sobie problemu własnym studium, dopóty książki były na nic. Nie wiedziałam co to sen. Upływało wiele lat, nim znów mogłam spokojnie spać. Stopniowo ogarniało mnie zwątpienie. Po raz pierwszy w moim życiu stałam przed czymś, czego nie mogłam osiągnąć własną wolą. Bezwiednie przyjęłam za swoje powiedzenie mojej matki: "Kto chce, ten może. Jeśli się bardzo pragnie, wtedy dobry Bóg pomoże". Dawniej byłam dumna z tego, że moja czaszka jest twardszą od najgrubszych murów. Teraz raniłam sobie czoło, ale nielitościwa ściana nie chciała ustąpić. Życie wydawało mi się nie do zniesienia. Mówiłam sobie, że to wszystko nie ma sensu. Jeśli nawet nie napiszę pracy doktorskiej, to przecież  tak to co zrobiłam wystarczy do egzaminu państwowego; jeśli nie mogę być wielką filozofką, to będę dobrą nauczycielką! Wszelkie jednak racje rozumowe nie pomagały. Przechodząc przez ulicę życzyłam sobie, aby przejechał mnie samochód. Podczas wycieczek w górach miałam nadzieję, że stoczę się do przepaści i stracę życie"14.

W Getyndze Stein doświadcza granic własnych możliwości. Pracując nad poznaniem drugiego - poznaje samą siebie.

2. Droga do drugiego człowieka

Czym zajmowała się Stein? Co nie dawało jej spokoju? Czego nie potrafiła rozkazać? Jako temat pracy doktorskiej Stein wybrała problem wczucia15, problem bardzo ważny i trudny. Przypatrzmy mu się bliżej. Problem wczucia koncentruje się wokół pytania, w jaki sposób poznajemy psychikę drugiego człowieka. Oczywiście, ktoś może opowiedzieć nam o swoich przeżyciach, o tym co dzieje się w jego wnętrzu. Dla Słuchającego są to jednak "wiadomości z drugiej ręki". Czy można samemu, bezpośrednio dotrzeć do psychiki drugiego człowieka? Zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że nie; drudzy, że tak. Takie teorie, jak: wnioskowania przez analogię, kojarzenia, naśladowania czy wczucia próbują wytłumaczyć poznanie cudzej psychiki16. Należy powiedzieć, co tym wszystkim teoriom należy zarzucie, iż podanie psychiki drugiego dokonuje się w nich na niby: Ja (jako podmiot wnioskujący, kojarzący, naśladujący czy wczuwający) zaczynam żyć życiem drugiego. Jeśli nawet przeżywam, jeśli idzie o treść, to samo co drugi, np. gniew, czy radość, to przecież przeżycie gniewu (radości) drugiego człowieka nigdy nie jest moim przeżyciem gniewu (radości).

W tym czasie Stein zmaga się nie tylko z tajemnicą własnej osoby i tajemnicą drugiego, pojawia się przed nią tajemnica Boga. Ale w jakiej postaci? Musimy nawiązać do tego, czym jest fenomenologia. W jednej ze swoich prac Husserl pisze: "również Bóg jest dla mnie tym, czym jest, dzięki mojej własnej świadomości... tutaj, podobnie jak przy alter ego, wynik pracy świadomości nie oznacza, że ja tę najwyższą Transcendencję zmyślam lub tworzę"17. Wiemy już, że fenomenolog nie tworzy rzeczywistości, a tylko ją opisuje. Fenomenolog patrzy na to, co jest i stara się uchwycić elementy, które są konstytutywne dla danej meczy. Nie jest przy tym ważne, czy dana rzecz znajduje się przed nim, czy on ją sobie tylko przedstawia. Dlaczego? Jeśli chcę uchwycić elementy konstytutywne np. stołu, to nie jest ważne czy jakiś stół stoi przede mną, czy przypominam sobie stół z pokoju rodziców, czy projektuję stół, którego jeszcze nie ma. Mówiąc językiem filozofii: fenomenolog zainteresowany jest esencją, tym "CO" stanowi o tym, że ten oto przedmiot jest stołem. Fenomenologa interesuje istota, a nie istnienie czegoś. Bóg jest - wracając do sytuacji Edyty Stein - nie- sprzeczną w sobie treścią, która może istnieć, wcale jednak nie musi. Zajmowanie się czystymi istotami uważają niektórzy za słabość fenomenologii. Trzeba jednak powiedzieć, że badanie esencji, właśnie czystych istot nie pozostało bez wpływu na życie, czyli egzystencję fenomenologów. Badania fenomenologiczne prowadziły do przemiany życia młodych filozofów. Conrad-Martius pisze: "Może egzystować, lecz koniecznie nie musi. Ale właśnie owo może, ta możliwość egzystencji prowadzi do punktu, w którym ujawnia się egzystencjalny sens fenomenologii. Mówiono już o tym bardzo wiele, że prawie wszyscy fenomenolodzy w sposób osobisty weszli w obszar konkretnej rzeczywistości chrześcijańskiej. Najmocniejszym argumentem za ateizmem, a w szczególnym sensie, przeciw obszarowi Objawienia rzeczywistości specyficznie chrześcijańskiej była i jest pozorna niemożliwość rzeczy i treści badąnych przedmiotem wiary. Z chwilą jednak, w której pojawia się w oglądzie istotowym pełna istota rzeczy, a z nią możliwość (jej - JM) istnienia, ateista musi przeżyć wstrząs. Czy może nie podjąć odpowiedzialności za zmierzenie się z pytaniem o egzystencję rzeczy, której istnienie nagle, w sensie wywierającym głębokie wrażenie, stało się możliwe?"18.

Spotkania z ludźmi bardziej prowadziły Stein do Boga niż intelektualne rozważania. Niepoślednią rolę odegrał tutaj między innymi M. Scheler i rodzina Reinachów. Stein pisze o Schelerze w sposób następujący: "W tych latach jego wpływ na mnie i na innych wychodził daleko poza obszar filozofii. Nie wiem, w którym roku Scheler przeszedł do Kościoła katolickiego, w każdym razie od tego wydarzenia nie upłynęło wiele czasu. Był to okres, w którym wypełniały go katolickie ideały. Mówił o nich z mocą ducha i pięknymi słowami. To było moje pierwsze spotkanie ze światem do tej pory całkowicie mi nieznanym. Ono nie doprowadziło mnie wprawdzie do wiary, ale otworzyło przede mną obszar fenomenów wobec których nie mogłam przejść obojętnie. Nie na darmo uczyliśmy się, że powinniśmy bez uprzedzeń wszystkie rzeczy badać sami, odrzucić wszelkie końskie okulary. Ograniczenia racjonalistycznych uprzedzeń, w których wyrosłam bez wiedzy o nich, zostały zniesione i nagle pojawił się przede mną świat wiary. Żyli w nim ludzie, których codziennie spotykałam, na których patrzyłam z podziwem. Musiałam o nich myśleć. Na razie jednak nie zajmowałam się systematycznie pytaniami dotyczącymi wiary, pochłaniały mnie inne rzeczy, zadowalałam się przyjmowaniem bez najmniejszego oporu bodźców z otoczenia i stopniowo zostałam przemieniona"19.

Jeszcze większe wrażenie niż piękne i mądre słowa Scbelera zrobiła na Stein postawa Reinacha i jego żony. Reinach był drugim, po Husseriu, fenomenologiem w Getyndze. Wokół niego gromadzili się studenci. On ich przygotowywał do samodzielnej pracy i do spotkania z Mistrzem. Przeżycia wojenne zmieniają jego życie: podczas urlopu z wojska przyjmuje wraz z żoną sakrament chrztu. Interesują go teraz zagadnienia wiary. Pragnie je zgłębić przy pomocy metody fenomenologicznej. "Mój plan jest bardzo skromny. Pragnę wyjść od przeżycia Boga, przeżycia poczucia bezpieczeństwa w Bogu i nic innego nie robić jak tylko pokazać, że ze stanowiska obiektywnej nauki nic temu nie można zarzucić. Zamierzam pokazać, co kryje się w sensie takiego przeżycia, na ile ono może rościć sobie prawo do obiektywności, chociaż jest przeżyciem swoistego rodzaju ale w prawdziwym sensie. Na koniec pragnę wyciągnąć konsekwencje. Taka praca nic nie daje człowiekowi prawdziwie pobożnemu. Może jednak wiele pomóc człowiekowi chwiejącemu się w wierze, pozwalającemu się wywieść na manowce przez zarzuty nauki oraz temu, któremu takie zarzuty zamykają drogę do Boga. Z całą skromnością uważam, że taka praca jest dzisiaj o wiele ważniejsza niż udział w wojnie. Po co to straszne wydarzenie, jeśli ludzie nie będą bliżej Boga?!"20.

Reinach nie zrealizował swoich planów, pod koniec 1917 r. poległ na froncie. Husserl poprosił Stein, aby uporządkowała spuściznę Reinacha. Musiała też w tych dniach spotykać się z wdową. Co miała powiedzieć zrozpaczonej małżonce? Nie wierzyła przecież w życie wieczne. W jaki sposób mogła ją pocieszyć? Jej strach przed odwiedzinami i rozmową z Panią Reinach okazał się zbyteczny. Anna Reinach była osobą głębokiej wiary. Spotkania i rozmowy z nią w znacznej mierze zmieniły sposób myślenia i życia Edyty Stein. Tak mówiła o nich do ojca Hirschmanna: "To było moje pierwsze spotkanie z krzyżem i Boską mocą, która zostaje udzielona tym, którzy go niosą. Widziałam Kościół narodzony ze zbawiającego cierpienia Chrystusa w jego zwycięstwie nad ościeniem śmierci. Była to chwila, w której załamała się moja niewiara, wiarę żydowską straciła znacznie wcześnie. Chrystus promieniował: Chrystus w tajemnicy krzyża"21. Przed Stein odsłania się tajemnica Boga i Człowieka w Jezusie Chrystusie. Anna Reinach czerpała siłę do życia z wiary. Stein dostrzega, że człowiek wierzący interpretuje wydarzenia własnego życia i dzieje świata z innej perspektywy, niż to czyni ten, kto nie wierzy w Boga. Dla wierzącego losy jego życia i dzieje świata są jednocześnie historią zbawienia. Istnienie świata jest znakiem i dowodem miłości Boga do człowieka. Ojciec Hirschmann pisze: "Decydującym momentem jej (Edyty Stein - JM) przejścia na chrześcijaństwo był, jak sama mi to mówiła, sposób, w jaki zaprzyjaźniona z nią Pani Reinach była - z siły tajemnicy krzyża - gotowa do przyjęcia ofiary, która została jej nałożona przez śmierć męża na froncie pierwszej wojny światowej. W tej ofierze przeżyła ona dowód prawdy religii chrześcijańskiej i otwarcia się na nią"22.

Powyższe przeżycie u Pani Reinach pokazuje Stein granice intelektualnego wysiłku i stawia pod znakiem zapytania jej naukowy, racjonalny pogląd na świat. Przeżycie to otwiera przed nią drogę nowego myślenia. Stein odchodzi od fenomenologicznego opisu osoby i przechodzi do filozofii opartej na wierze. Z tej też perspektywy patrzy teraz na człowieka.

3. Droga do Boga

Z kalendarium Edyty Stein:

1913 - Getynga, między innymi słucha wykładów A. Reinacha i M. Schelera. Pierwszy poważny kontakt z chrześcijaństwem.

16.11.1917 - Śmierć Reinacha. Edyta porządkuje spuściznę filozofa i często spotyka się i rozmawia z Anną Reinach.

Lato 1921 - Lektura życia św. Teresy z Avila, odkrycie Prawdy i decyzja o konwersji.

01.01.1922 - Chrzest i I Komunia.

02.02.1922 - Bierzmowanie.

14.10.1933 - Wstąpienie do karmelu w Kolonii.

15.04.1934 - Obłóczyny.

21.04.1938 - Śluby wieczyste.

09.08.1942 - Śmierć w obozie koncentracyjnym Oświędm-Brzezinka.

Stein pisze: "Kogo łaska wewnętrzna nie dotknęła, ten nie dostrzega Świętości nawet wtedy, kiedy się z nią spotyka. Jeśli tylko łaska rozbłyśnie w nim swoim światłem, wtedy otwierają mu się oczy i Świętość staje się widoczna dla niego"23. Prawda o człowieku, tak jak i prawda o Bogu, to coś więcej i coś zupełnie innego niż tylko niesprzeczna w sobie treść świadomości. Taka prawda może zaspokoić intelektualną ciekawość, ale nie może uspokoić serca człowieka. Dopiero w świetle wiary, człowiek dotknięty przez Łaskę jest w stanie poznać tajemnicę swego bytu i tajemnicę swego powołania. Stein uświadamia sobie jako osoba wierząca, że człowiek znajduje się i stanowi centralny punkt spotkania świata z Bogiem. Dlatego "sensem ludzkiego istnienia jest zjednoczenie nieba z ziemią, Boga ze stworzeniem: z materiału ziemi zostało utworzone ludzkie dało; dusza nadaje mu jedność i kształt, ona jako duchowo-osobowa istota stoi bliżej Boga niż wszystkie nieosobowe twory, dlatego jest zdolna z Nim do zjednoczenia"24. Co więcej: "Duch człowieka, przeniknięty i prowadzony przez ducha Bożego, rozpoznaje w Bożym świetle, za zniekształcającą zasłoną, pierwotny kształt stworzenia i może pracować nad przywróceniem tego kształtu"25.

Tylko przeżycie bliskości, osobowego zjednoczenie z Bogiem daje pełną odpowiedź na pytanie: kim jest człowiek? W liście z 07.05.1933 r. Stein pisze: "Pan jest obecny w tabernakulum w Boskości i w Człowieczeństwie. Jest tam obecny nie ze względu na siebie samego, lecz ze względu na nas, ponieważ jego radość jest w przebywaniu z dziećmi Bożymi. On wie, że my - tacy, jacy jesteśmy - potrzebujemy jego osobowej bliskości. Dlatego każdy, kto w sposób naturalny myśli i czuje, kieruje się ku Niemu i jest przy Nim tak długo i tak często jak tylko może"26. "Bóg jest prawdą! Kto szuka prawdy, ten szuka Boga, czy tego jest świadom, czy nie"27. Życie Edyty Stein było poszukiwaniem Prawdy absolutnej, dlatego doprowadziło ją do spotkania z Bogiem. W spotkaniu z Bogiem człowiek dostrzega, kim właściwie jest, że jest "homo orans et adorans" - istotą modlącą się i adorującą. Dla Edyty Stein człowiek jest nie tylko partnerem dialogu z Bogiem, on jest dzieckiem Bożym. "Być dzieckiem Bożym znaczy: być przy Bogu, pełnić Jego a nie własną wolę, w Nim złożyć wszystkie troski i nadzieje, nie troszcząc się o siebie i swoją przyszłość. Na tym polega wolność i szczęście dziecka Bożego"28. Co więcej, człowiek może się spełnić tylko w Bogu. Edyta Stein wierzy, że tylko w tajemnicy Syna Bożego objawia się tajemnica człowieka. Bóg stał się Człowiekiem, aby na nowo dać nam udział w życiu, dlatego każdy z nas zmierza do celu idąc po granicy między nicością i pełnią Boskiego życia29.

Powiedzieliśmy na wstępie, że życie to coś więcej i coś innego niż tylko intelektualna przygoda. Serce ma prawa, których nie zna rozum. Siła racjonalnych (naukowych) argumentów osiąga w pewnym momencie kres. Są to granice klasycznie rozumianej filozofii. Później może być filozofia z przemyślanej-przeżytej wiary. Kulminuje ona ku poezji, która kształtem słowa próbuje oddać transcendentną Rzeczywistość. Stein pisze30:

Kto Ty jesteś, Światłości
mnie wypełniająca
i rozjaśniająca ciemności
mojego serca?

Prowadź mnie
jak ręka matki,
puszczasz mnie
a nie potrafię uczynić kroku.
Jesteś Przestrzenią,
obejmującą i skrywającą w sobie mój byt,
wydalona z Ciebie
zanurzam się w przepaść nicości
z której Ty wszystko powołujesz do istnienia.

O Ty,
bliższy mi niż ja sama sobie
i głębszy niż moja głębia -
a przecież niepojęty
i nieuchwytny
i poza wszelkim Imieniem:

Duchu Święty - Wieczna Miłości!

Po poezji jest tylko milczenie, milczenie uwielbienia.

Zakończenie

Droga życiowa Edyty Stein wiedzie od ateizmu ku mistyce. Ateista odrzuca istnienie Boga. Uważa, że przyszłość i szczęście człowieka jest w rękach człowieka. Ateista jest sam, dlatego liczy tylko na siebie. Mistyk w szczególniejszy sposób doświadcza obecności Boga. Jego życie jest trwaniem przed obliczem Boga. W tym współistnieniu człowieka z Bogiem odsłania się jego szczęście i przyszłość.

Droga życiowa Edyty Stein prowadzi od racjonalizmu ku myśleniu wynikającemu z przeżywanej wiary. Przy pomocy metody fenomenologicznej Stein opisała wiele interesujących fenomenów bytu ludzkiego, tak jego żyda indywidualnego jak i społecznego. Nie była jednak w stanie odsłonić ostatecznej tajemnicy człowieka. Dopiero filozofia oparta na wierze dała jej dostęp do głębi bytu ludzkiego, odsłoniła przed nią sens bycia człowiekiem. Droga życiowa Edyty Stein jest poszukiwaniem Prawdy, zakończonym Jej znalezieniem. Na tej drodze spotkała ludzi, tak jak ona, szukających Prawdy i dających świadectwo Prawdzie. Tej Prawdzie dzisiaj Edyta Stein daje świadectwo i wyznacza kierunek jej poszukiwania, gdyż człowiek w rozmaity sposób służy Bogu i zbawieniu drugiego człowieka31.

Przypisy:
1 Die ontische Struktur der Person und ihre erkenntmistheoretische Problemalik, w: Edith Stein. Welt wid Person. Beitrag zum christlichen Wahrheitsstreben, B.VI, Freiburg 1962, 160 (wszystkie tłumaczenia - JM).
2 Aus dem Leben einer judischen Familie. Das Leben Edith Stein: Kindheit und Jugend. B. VII, Freiburg 1965, 46.
3 Tamże.
4 Tamże. 42.
5 H. Conrad-Martius, Meine Freundin Edith Stein, Hochland 51/1958, 38.
6 ESW VII, 86.
7 Tamże, 83.
8 Tamże, 90.
9 SŁowa Edyty Stein do Philomene Steiger.
10 Tamże, 130.
11 Tamże, 150.
12 J. Machnacz, Wprowadzenie, w: Fenomenologia, Kraków 1990, 729.
13 ESW VII, 174.
14 Tamże, 197.
15 R. Ingarden, O badaniach filozoficznych Edith Stein. Kraków 1988.
16 Zob. R. Ingarden, O poznaniu cudzych stanów psychicznych, w: U podstaw teorii poznania.
Warszawa 1971.
17 Formale und transzendentale Logik, Den Haag 1974, 222.
18 Vorvort, w: A. Reinach, Was ist Phanomenologie, Muhchen 1951.
19 ESW VII, 183.
20 W liście do żony z dnia 23.05.1916.
21 T.R. Posselt, Edith Stein.
Eine grafie Frau unseres Jahrhunderts. Freiburg 1963, 68.
22 Zob. El. Otto, Welt, Person. Gott. Eine Untersuchimg zw theologischen Grund- lagen der Ałystik bel Edith Stein. Vollender Schdnstatt 1990, 107.
23 ESW VI, 155.
24 Edith Stein, Endliches und Ewiges Sein. Yersuch eines Aufstieges zum Sinn des Seins. B.II, Freiburg 1950, 474.
25 ESW II, 426.
26 Edith Stein, Selhstbiidnis In Briefen. Erster Teil 1916-1936, B. VIII, Freiburg 1976,137.
27 ESW XI, 102.
28 W. Herbstrith, Edith Stein. Wege zu innerer Stiite, Aschaffenburg 1987, 62.
29 A. Siemianowski, Teocentryczna antropologia Edyty Stein. (Edyta Stein albo filozofia l krzyż).
Idee 1/1989, 49.
30 Gedichte und Gebete aus dem NachlaB, hrsg. W. Herbstrith, Aschaffenburg 1985, 23.
31 Informacje dotyczące pism Edyty Stein przetłumaczonych na jeżyk polski oraz pism o Edycie Stein, zob. Idee 1/1989, 103.

Ks. dr Jerzy Machnacz SDB jest salezjaninem. Wykłada antropologię filozoficzną, filozofię religii i historię filozofii nowożytnej. Jest autorem książki "Fenomenologia" oraz licznych artykułów z dziedziny filozoficznej.

Nawrócenie  Żydowskiego bankiera

 

Alfons Ratisbonne był wrogiem wszelkiej religii szczególnie katolicyzmu . Jeszcze na kilka chwil przed ukazanie się Matki Bożej wypowiadał bluźnierstwa. Sam mówił o sobie : „Żywiłem w sercu  nienawiść do księży ,świątyń, klasztorów , przede wszystkim zaś do jezuitów .Samo ich wspomnienie doprowadzało mnie do szału” Narzędziem nawrócenia  Ratisbonne’a okazał się jego przyjaciel oraz ...Cudowny Medalik  Niepokalanej.

 

Było to , tak  Podróżujący po świecie Alfons znalazł się przejazdem w Rzymie

Tam odwiedził swojego przyjaciela  barona  de Bussieres , dawniej protestanta , teraz świeżo nawróconego katolika . Bussieresa cechowała gorliwość neofity . Był przekonany że  Ratisbonne, „ ten szlachetny i szczery człowiek zostanie kiedyś katolikiem , nawet jeśli do tego będzie potrzebny anioł z nieba ,aby go oświecić” . W swym zapale postanowił otworzyć serce przyjaciela na Bożą łaskę . W jaki sposób ? Ponieważ był wielkim czcicielem Matki Najświętszej , Maryjną drogę uznał za najpewniejszą . Wręczył Alfonsowi Medalik Niepokalanego Poczęcia , objawiony Katarzynie  Laboure’ , mówiąc : Obiecaj że będziesz nosił ten medalik , na który jest wizerunek Najświętszej Panienki , medalik ,mój  drogi , cudowny : Cudowny Medalik . To jeszcze nie wszystko . Co  jeszcze ? Oto drogi panie modlitwa , którą proszę sobie przepisać i odmówić raz dziennie . Oddaj mi go jutro , bo to mój jedyny egzemplarz” Było to „Memorare” św. Bernarda : „ Pomnij , o Najświętsza Panno Maryjo , że nigdy nie słyszano , abyś opuściła tego , kto się do Ciebie ucieka” Może dziwić ale Alfons obiecał uczynić mu wszystko , o co poprosił go przyjaciel .Nazajutrz ,gdy oddawał mu kartkę z napisaną na niej modlitwą i chciał się pożegnać usłyszał z ust przyjaciela zdecydowane „nie” –Jak to nie ? Musze wrócić na statek -Nie odjedziesz . W poniedziałek jest uroczysta Liturgia pontyfikalna w bazylice .Możesz zobaczyć Papieża . – Co za znaczenie ma dla mnie Papież ! Wyjeżdżam . – Zostajesz . Nie czas wyjaśniać dziś , dlaczego . I zaczął zachwalać piękno ceremonii ,urok muzyki .Ratisbonne pozostał w Rzymie .

W przeddzień swego nawrócenia , 19 stycznia dwaj przyjaciele przechodzili obok Świętych Schodków . Baron zdjął kapelusz i wskazując na Schody powiedział :  „ Witajcie Scala Santa , oto człowiek , który pewnego dnia wejdzie po was na kolanach !” Alfons Ratisbonne wybuchnął szyderczym śmiechem .

Ale następnego dnia miało się wszystko zmienić .Proroctwo barona okazało się prawdziwe .

Kiedy nazajutrz Ratisbonne i Bussieres  weszli do kościoła św. Andrzeja , a baron udał się do zakrystii , by załatwić sprawy związane z mającym się odbyć nazajutrz pogrzebem , Alfons czekał na swego towarzysza w pustym kościele . Nagle ujrzał , że świątynia wcale nie jest pusta .... Zobaczył Niewiastę jaśniejącą dziwnym światłem , podobną do wizerunku z Cudownego Medalika , który miał na szyi . Nie umiał wyrazić słowami jej piękna  , ani siły z niej płynącej . Maryja uczyniła gest ręką , który dla Alfonsa był jednoznaczny : „ Nie opieraj się dłużej”. Jeszcze przed chwilą niewierzący człowiek padł na kolana . Kolejny gest dłoni zdawał się mówić „Tak Dobrze”. Maryja przebaczyła mu i przyjmowała jako swoje dziecko . Ratisbonne  rozpłakał się .

„ W chwili ,gdy  Najświętsza  Maryja  Panna uczyniła znak  ręką , jakby zasłona opadła z mych oczu ; nie jedna ale wszystkie zasłony , jakie mnie spowijały . Zniknęły jak śnieg pod promieniami słońca”

Kiedy baron Bussieres wyszedł z zakrystii , ujrzał przyjaciela  leżącego krzyżem na posadzce .Ratisbonne krzyknął : „ Wszystko zrozumiałem” . Ściskał  w rękach Medalik i wołał : „ Widziałem Ją!” . Błagał, by baron zaprowadził go do jezuitów , którzy pouczyli by go o prawdziwej wierze . „ Chciał natychmiast przyjąć chrzest , bo nie mógł bez niego żyć” . Dni  31 maja  w klasztorze jezuitów Ratisbonne  przyjął chrzest i przystąpił do Komunii Świętej . Cztery dni później dekret papieski uznał cud ,który doprowadził do całkowitego  nawrócenia  Alfonsa , za prawdziwe działanie Boże za wstawiennictwem Najświętszej  Maryi Panny . Pewnego dnia do kaplicy przy rue de Bac w Paryżu wszedł niepozorny pielgrzym . Podobno , za pośrednictwem ks. Aladela miał spotkać się tam z zakonnicą ,która dostąpiła łaski oglądania Najświętszej Maryi Panny pod tą samą postacią , jak Ta ,którą widział w rzymskim kościele . Matka Boża była taka sama , ale przesłania skierowane do Katarzyny i do Alfonsa były różne . Alfons otrzymał orędzie wzywające niewierzących do przyjęcia wiary w Jezusa Chrystusa , Jej Boskiego Syna . Tak też rozumiał swoją misję . Założył zgromadzenie Matki Bożej  Syjońskiej , które wraz z nim poświęciło się bez reszty  nawracaniu Żydów na wiarę katolicką . „Całą swoją wolność oddaję Bogu . Całe życie mu poświęcam , by pracować w służbie Kościołowi ...pod opieką Maryi” --  ogłosił  Alfons Ratisbonne i słowom swym pozostał wierny do końca .  

 

Objawienia Matki Bożej  27 listopada 1830 roku  Paryż 

Cudowny Medalik

 

Pobożni katolicy noszą różne medaliki . Jednak  na szczególną uwagę zasługuje Medalik Niepokalanego Poczęcia ,zwany powszechnie cudownym medalikiem .Wyjątkowość polega na  tym że został zaprojektowany ,przez Najświętszą Maryję Pannę .Niebo przypisało do niego  niezliczone łaski . Miliony ludzi  ,od Papieży poczynając , a na niewierzących kończąc ,złożyło piękne świadectwo jego mocy . Cudowny Medalik został pokazany św. Katarzynie Laboure 27 listopada 1830 r. w Paryżu . Katarzyna ujrzała Matkę Bożą stojącą na kuli ziemskiej . Z wyciągniętych dłoni tryskały promienie światła . Wokół otoczonej owalem figury widniał napis: ,, O Maryjo bez grzechu poczęta módl się za nami ,którzy się do Ciebie uciekamy". Najświętsza Maryja Panna powiedziała : ,, Każ wybić ten medalik . Ci którzy będą go nosić otrzymają wielkie łaski  ".Kiedy wizja obróciła się wokół osi ,oczom wizjonerki ukazał sie rewers Medalika a na nim litera M z krzyżem oraz Najświętsze Serce Jezusa ukoronowane cierniem i Niepokalane Serce Maryi przebite mieczem .  Ten prosty medalik wybrał Bóg ,by uczynić z niego klucz do skarbca łask . A przecież klucz zawsze jest niepozorny . Jest tylko narzędziem Ten kto go posiada , wchodzi w nieogarniony świat darów ,łask ,Charyzmatów ,jakie Pan zgromadził dla dziedziców niebieskiego królestwa .Święta Katarzyna Laboure pisze : w dniu 27 listopada 1830 roku który wypadł w sobotę  przed pierwsza niedzielą Adwentu , o wpół do szóstej wieczorem  , w czasie głębokiego milczenia po przeczytaniu tematu do medytacji , to jest w kilka minut po tym , usłyszałam dźwięk , jakby szelest jedwabnej sukni , z balkonu koło obrazu św. Józefa.... . Rozmyślanie odprawiane przez Katarzynę stało się bramą , prze którą Maryja ,,weszła'' w nasz świat , by objawić prawdy ,nad którymi do dziś rozmyślają pokolenia . Fakt  ten wiele nam mówi o znaczeniu medytacji w chrześcijańskim życiu . Do niej wzywa w swym najnowszym liście apostolskim ,, Rosarium  Virginis Mariae '' Jan Paweł II , gdy pisze : ,, Istnieje dziś również na Zachodzie nowa potrzeba medytacji ,która znajduje czasem w innych religiach dość atrakcyjne sposoby realizacji . Nie brak chrześcijan , którzy nie znając dobrze chrześcijańskiej tradycji kontemplacyjnej , ulegają wpływom tych propozycji " Rue du Bac  przypomina o wartości  tradycyjnych form medytacji  chrześcijańskiej . 

....... Odwróciłam się w tym kierunku i zobaczyłam Najświętsza Maryję  Pannę na wysokości obrazu św. Józefa .Najświętsza Dziewica stała .Była wzrostu średniego ,cała ubrana na biało . Biel Jej sukni była bielą jutrzenki . Jej suknia miała krój a la Vierge , takie suknie zwykle nosiły panny . Zakrywały one szyję i miały proste rękawy  . Jej  głowę okrywał  biały welon , który spadał po obu stronach aż do stóp .Pod welonem Jej włosy skręcone w loki , spięte były opaską ozdobione koronką , która wystawała w górę na trzy centymetry ,czyli na szerokość dwóch  palców ,bez fałd ,lekko opierając się o włosy . jej twarz była odsłonięta i tak piękna że nie wydaje mi się możliwe , by jej zachwycające piękno można było opisać . Jej stopy spoczywały na białej kuli , a właściwie półkuli.  Był tam też wąż koloru zielonego ,NMP stopą swoją zdeptała mu głowę . Symbol Niewiasty i węża u jej stóp znany jest wszystkim wierzącym . Pojawia się on  dwukrotnie w Biblii : w pierwszej księdze Starego Tastamentu , gdy Bóg zapowiada nieprzyjaźń między Niewiastą i szatanem , oraz w ostatniej księdze  nowotestamentalnej , gdzie zapowiada ostateczne zwycięstwo  Jezusa Chrystusa .Gdy wielu zastanawia się nad tym ,kogo symbolem  jest jest owa Niewiasta , my mamy już pewność , że jest to Maryja ! To o Niej mówią proroctwa z Księgi Rodzaju i Apokalipsy ! ...........  Ręce miała lekko wzniesione i trzymała w nich  bardzo swobodnie złotą kulę , jakby ofiarowując ją Bogu . Na szczycie kuli znajdował się mały złoty krzyżyk . Kula ta  przedstawia kulę ziemską . Oczy Najświętszej Maryi Panny były teraz wzniesione  ku niebu , a nie opuszczone . twarz była tak piękna .....  Maryja modli się , adoruje , kontempluje Boga . To jej zadanie rozpisane na całą wieczność , to źródło jej niebiańskiego szczęścia i spełnienia . Znów przebóstwiona twarz Matki Bożej przykuwa twarz wizjonerki . I znów nie umie wyrazić słowami tego co widzi  . Drugi raz Katarzyna próbuje ją opisać , i drugi raz się cofa .Zrezygnowana pisze : .... Twarz była tak piękna , że nie potrafię tego opisać . Nagle na jej  palcach zobaczyłam pierścienie , po trzy na każdym palcu. U nasady palców były największe ,w środku średnie , a na końcach palców najmniejsze . Każdy pierścień był wysadzany drogimi kamieniami  - jedne były piękniejsze od drugich - Tylko tyle . bo jak opisać coś , co jest symbolem Trójcy Św. i źródłem wszystkich łask Cdn..

Obietnica Maryi

Droga wiary nie jest łatwa, ale Bóg nieustannie wspomaga tych, którzy się Mu zawierzają. Czyni to przez Maryję... To Ją dał nam za Matkę pod krzyżem swego Syna, a Ona z ogromną miłością przyjęła z Jego dłoni całą ludzkość. Nie odrzuca nikogo, przyjmuje każdego, kto się do Niej ucieka.

Było zwykłe francuskie popołudnie, 27 listopada 1830 roku. Młodziutka nowicjuszka, s. Katarzyna Laboure, trwała w głębokiej ciszy po rozmyślaniu. W pew­nej chwili usłyszała szelest jedwabnej sukni, a gdy się odwróciła, zobaczyła Matkę Bożą stojącą jakby na połowie globu, mającą pod swymi stopami węża. W rękach trzy­mała złotą kulę zwieńczoną małym krzy­żem, symbolizującą świat, który Maryja ofiarowywała Bogu. Z pierścieni na Jej dłoniach wychodziły promienie.

„Nie potrafię wyrazić tego, co czułam wówczas, gdy zobaczyłam piękno i blask olśniewających promieni" - relacjonowała Katarzyna. „Pani mówiła: »To są symbole łask. Rozdzielam je między tych, któ­rzy o nie proszą«.Zdałam sobie wówczas sprawę z tego, jak dobrą rzeczą jest modlić się do Najświętszej Panny. (...) Głos mówił dalej: »Klejnoty, które nie wysyłają świe­tlistych promieni, oznaczają łaski, o które ludzie zapomnieli prosić«"...

Po chwili wokół postaci Maryi utwo­rzył się owalny, złoty napis: „O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". Madonna powiedziała: „Trzeba przygotować medalik według tego wzoru. Wszy­scy, którzy go będą nosić, otrzymają wiele łask. Medalik ten powinni nosić na szyi. Ci, którzy będą go nosić z ufno­ścią, doznają większej obfitości łask"...

Katarzyna zobaczyła jeszcze drugą stronę medalika - monogram Najświętszej Maryi Panny, krzyż i poniżej dwa serca: Jezusa i Maryi. Jedno okolone cierniami przypominającymi o męce Pana Jezusa i Jego odkupieńczej śmierci, drugie prze­bite mieczem, zgodnie z zapowiedzią pro­rocką daną Maryi: „Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu" (Łk 2,35).

Tę wyjątkową obietnicę Maryi zwią­zaną z Cudownym Medalikiem Kata­rzyna przekazała swemu spowiednikowi.

Od tamtego czasu aż do dziś wszyscy, którzy z ufnością uciekają się do Maryi i na znak całkowitego oddania się Jej noszą ten medalik, doświadczają Jej szczególnego wstawiennictwa.

Znane są przypadki uzdrowień, spek­takularnych nawróceń, ocaleń... Wśród nich także historia Claude'a Newmana, czarnoskórego dwudziestoletniego chło­paka skazanego na karę śmierci...

 

Rok 1944, Missisipi na południu

Stanów Zjednoczonych.

Claude Newman, czarnoskóry

dzwudziestolatek, czeka

w więzieniu stanowym na swoją

egzekucję.

Claud Newman urodził się w 1923 r. w małej miejscowości nad rzeką Missi­sipi, w Stanach Zjednoczonych. Kiedy skończył 5 lat, uciekł od swojej matki i razem z bratem wychowywał się u swej babci Ellen. Już w bardzo wczesnym wieku rozpoczął ciężką pracę na planta­cjach Ceresu. To tu pracował również Sid Cook, za którego wyszła jego babcia.

Kiedy Claude miał już 19 lat, pew­nego dnia zobaczył, jak przyszywany dziadek bił i poniewierał jego ukochaną babcię. Na fali nagłej złości chłopak zabił agresora i uciekł z miejsca zdarzenia. Kilka tygodni później został złapany. Ska­zano go za to zabójstwo na karę śmierci na krześle elektrycznym.

Pewnego wieczoru, siedząc w celi wraz z czterema innymi więźniami, Claude zauważył na szyi jednego z nich owalną blaszkę na rzemyku. Zaintereso­wany zapytał, co to jest. Kiedy usłyszał odpowiedź, że to „medalik", pytał dalej. Współwięzień, nie umiejąc mu tego wyjaśnić, zezłoszczony zerwał „blaszkę" i, przeklinając, rzucił Claude'owi pod nogi. On podniósł ją i za zgodą straż­nika zawiesił sobie na szyi, ciesząc się z nowej ozdoby.

Pewnej nocy po tym wydarzeniu Claude przeżył przedziwne zdarzenie. Jak opowiadał później księdzu, nagle w środku nocy poczuł, że ktoś go dotyka, i obudził się z przerażeniem. Stała przy nim Pani, „najpiękniejsza spośród tych, jaką Bóg mógł stworzyć". Na początku był bardzo wystraszony i nie wiedział, co robić, ale Ona powiedziała: „Jeśli chcesz być moim dzieckiem i mieć Mnie za Matkę, każ zawołać katolickiego księ­dza" i zniknęła... Niemający do czy­nienia z Kościołem katolickim Claude nigdy nie wpadłby na to, że ksiądz może mu w czymkolwiek pomóc i ostatecznie doprowadzić go do zbawienia, ale zrobił tak, jak poleciła mu Pani.

Katechezy

I tak oto następnego ranka do Clau­de^ Newmana przyszedł ojciec Robert O'Leary, misjonarz pracujący na tamtym] terenie. Newman wyjawił mu tajemnicę) ostatniej nocy, po czym razem z innymi! więźniami, ku wielkiemu zdziwieniu ojca l O'Leary'ego, poprosił o jej  wyjaśnię- j nie. Kapłan podszedł do tego sceptycz-j nie, choć czterech pozostałych więźniów, mimo że nie widziało i nie słyszało głosu tej Pani, żywo potwierdziło, że historia ! opowiadana przez Claude'a była praw- ; dziwa. Misjonarz zgodził się na udziela­nie im lekcji katechizmu.

Okazało się, że Claude Newman nie potrafił ani czytać, ani pisać, gdyż nigdy nie chodził do szkoły. Brakowało mu podsta­wowej wiedzy religijnej... Właściwie to nie wiedział prawie nic - nie znał Jezusa, sły­szał tylko, że istnieje Bóg. Tak rozpoczęły

się lekcje Claude'a, któremu towarzyszyli inni więźniowie. Wkrótce okazało się, że jest szczególnym uczniem...

Tajemnica spowiedzi

Któregoś dnia o. O'Leary rozpoczął katechezę o sakramencie spowiedzi św. Jak wielkie było jego zdziwienie, gdy Claude powiedział: „O tym już słysza­łem. Pani powiedziała, że kiedy przy­stępujemy do spowiedzi, to nie klękamy przed księdzem, ale przed krzyżem Jej Syna. A jeśli naprawdę żałujemy za nasze grzechy i je wyznajemy, to Krew, którą Jezus wylał za nas na krzyżu, obmywa nas i oczyszcza z naszych win".

Ksiądz był poruszony. A gdy odszedł z Claude'em na bok, by inni nie słyszeli, ten rozpoczął poważnie: „Pani powie­działa mi też, że za każdym razem, kiedy przyjdzie księdzu zwątpienie lub strach, powinienem księdzu przypomnieć o obiet­nicy złożonej przez księdza w 1940 roku w okopach w Holandii, na której wypeł­nienie Ona wciąż czeka". Claude opi­sał mu, na czym owa obietnica polegała, i ta niesamowita rzecz w pełni przekonała ojca O'Leary'ego, że to Matka Boża roz­mawiała z chłopakiem.

Claude dodawał odwagi swoim kole­gom: „Nie bójcie się iść do spowiedzi! Ja wyznałem swoje grzechy Bogu. Matka Boża mi to wyjaśniła: my mówimy do Boga poprzez księdza, a Bóg przez księdza mówi do nas"...

Tajemnica Komunii św.

Jakiś tydzień później o. O'Leary chciał opowiedzieć swoim pięciu więźniom o Najświętszym Sakramencie. Claude znów sprawiał wrażenie, jakby Matka Boża już wcześniej mu o tym powie­działa. Za zgodą księdza zaczął wyjaśniać: „Matka Boża powiedziała mi, że Komu­nia Święta dla naszych oczu wygląda jak kawałek chleba, ale ta Biała Hostia jest rzeczywiście najprawdziwszym ciałem Jej Syna. Wyjaśniła mi, że Jezus - przy­chodząc w Komunii św. - jest we mnie. Co więcej, jest takim, jakim był wtedy, kiedy żył, kiedy urodził się w Betlejem.

Dlatego czas po przyjęciu Komunii św. muszę poświęcić tylko Jemu, czyniąc tak, jak On czynił przez całe swoje życie: kochając Go, modląc się do Niego, pro­sząc Go o błogosławieństwo, dziękując Mu. W tej chwili nie powinienem trosz­czyć się o nikogo i o nic, ale poświęcić ten czas tylko Jemu".

W końcu nadszedł czas zakończe­nia nauki. 16 stycznia 1944 roku Claude Newman razem z innymi współwięźniami zostali ochrzczeni w Kościele katolickim. Cztery dni później, pięć minut po pół­nocy, miała nastąpić egzekucja. W przed­dzień egzekucji szeryf Williamson zapytał Claude'a o jego ostatnie życze­nie. Było nim, ku zdziwieniu wszystkich, wspólne świętowanie. Claude cieszył się, że wkrótce spotka Jezusa, którego tak bardzo pokochał; który przebaczył mu wszystkie grzechy w sakramentach chrztu i pojednania. Strażnicy wraz z więź­niami spędzili świętą godzinę, uczest­nicząc w drodze krzyżowej i modląc się za Claude'a. Po zakończeniu o. O'Leary przyniósł Najświętszy Sakrament i udzie­lił Claude'owi Komunii św. Potem razem uklękli i, modląc się, oczekiwali. Godzina egzekucji zbliżała się nieubłaganie...

Ofiara miłości

Nagle, kwadrans przed egzekucją, wbiegł do skazańca szeryf Williamson, przy­nosząc decyzję o przesunięciu wyroku o 2 tygodnie. Szeryf wraz z prokuratorem okręgowym próbowali za wszelką cenę ratować jego życie. Claude się rozpła­kał. Ojciec O'Leary i szeryf Williamson myśleli, że były to łzy radości i ulgi z prze­sunięcia wyroku, ale Claude, zanosząc się od płaczu, mówił: „Nic nie rozumiecie! Czy kiedykolwiek widzieliście Jej twarz i czy patrzyliście w Jej oczy? Gdyby tak było, nie chcielibyście żyć ani dnia dłużej. Co złego zrobiłem w ciągu tych ostatnich dni?" pytał księdza „że Bóg

I

 

odmawia mi powrotu do domu? Dla­czego muszę pozostać jeszcze przez dwa tygodnie na ziemi?"...

Życie każdego wierzącego jest jedy­nie przygotowaniem na spotkanie z Miło­siernym Jezusem. Claude czuł się w pełni przygotowany... Jednak oprócz odpowie­dzialności za siebie każdy chrześcijanin odpowiada również za zbawienie innych i ma do spełnienia ważne zadanie. Pisał o tym św. Paweł: „Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść i być z Chrystu­sem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne" (Flp 1,23). Wiedział o tym doświadczony kapłan o. O'Leary, który nagle zrozumiał, że jest w tym pewny Boży zamysł wobec Calude'a. Chodziło o Jamesa Hughsa -mordercę, który choć był wychowany w wierze katolickiej, prowadził niemo­ralny tryb życia i niedawno został skazany za morderstwo. „Być może Maryja prosi cię, abyś ofiarował ten dodatkowy czas bycia tutaj, na ziemi, w intencji nawró­cenia Hughsa?" - mówił ksiądz. „Dla­czego nie ofiarujesz Bogu każdej chwili twojego oddzielenia od Maryi za tego skazańca, aby nie pozostał na wieki oddalony od Boga?". Claude zgodził się i poprosił księdza, aby nauczył go modli­twy, którą mógłby ofiarować w intencji zbawienia Jamesa Hughsa.

Jeszcze tego samego dnia chło­pak zwierzył się: „Ojcze, od samego

(Komunia Święta dla naszych oczu wygląda jak kawatek chleba, ale ta Biała Hostia jest rzeczywiście najprawdziwszym ciałem Jej Syna)

początku mojego pobytu w więzieniu Hughs mnie nienawidził, teraz jednak jego nienawiść nie zna granic". . . Pomimo tego przez swe ostatnie dwa tygodnie ziemskiego życia dwudziestolatek nie­ustannie modlił się za Hughsa, przeba­czając mu wszystko i błagając o łaskę nawrócenia dla niego. Czternaście dni później Claude został stracony. Ojciec O'Leary powiedział: „Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo, kto tak rado­śnie szedł na spotkanie śmierci"... Tuż przed śmiercią chłopak powiedział ojcu: „Jestem gotowy odejść".

Spełniona obietnica

Trzy miesiące później, 19maja 1944 roku, został wykonany wyrok Jamesa Hughsa, białego, który tak bardzo nienawidził Claude'a Newmana. Ojciec O'Leary rela­cjonuje: „Żadne słowa nie mogą opisać jego nienawiści do Boga i do wszyst­kiego, co duchowe. W ostatniej chwili, zanim został przekręcony klucz w zamku do celi śmierci, lekarz okręgowy powie­dział, aby przynajmniej klęknął i zmówił modlitwę »Ojcze nasz«. Więzień w odpo­wiedzi, przeklinając, plunął lekarzowi

w twarz. Zanim jeszcze Hughs został przypięty do krzesła elektrycznego, sze­ryf zapytał po raz kolejny: »Jeśli ma pan coś do powiedzenia, proszę teraz powie­dzieć!^ Skazaniec jeszcze raz zaklął, lecz nagle umilkł, utkwił przerażony wzrok w kącie celi, po czym krzyknął do szeryfa: »Proszę zawołać księdza!«". Zgodnie z przepisami kapłan powinien był być obecny w trakcie egzekucji, jed­nak skazany groził, że przeklnie Boga, gdyby jakiś klecha odważył się przyjść, dlatego ojciec O'Leary był ukryty mię­dzy dziennikarzami, modląc się za ska­zańca. Zawołany, natychmiast podszedł do Hughsa, który wyznał: „Byłem kato­likiem, jednak z powodu życia, jakie prowadziłem, w wieku 18 lat oddaliłem się od Kościoła". W celi pozostał tylko on i ksiądz, który wysłuchał długiej, bole­snej spowiedzi z całego życia przestępcy.

Gdy wszyscy wrócili, szeryf, zacie­kawiony, zapytał Jamesa: „Co tak nagle poruszyło twoje sumienie?". „Pamięta pan tego czarnoskórego, Claude'a Newmana, którego tak nienawidziłem?" - zapytał zupełnie przemieniony Hughs. „Zobaczy­łem go, jak stal w tym kącie, a Święta Panienka trzymała rękę na jego ramie­niu. Powiedział do mnie: »Ofiarowałem swoją śmierć, w jedności z Chrystu­sem na krzyżu, aby cię uratować. Ona, Matka Boża, dała mi łaskę zobaczenia w piekle miejsca, do którego trafisz, jeśli nie będziesz żałował za uczynione zło i się nie nawrócisz«. W tym momen­cie zażądałem księdza"...

Krótko po tym James Hughs został stra­cony, ale dzięki ogromnej łasce Boga zdążył się nawrócić dosłownie w ostatniej chwili. Bóg „jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia" (2 P 3,9). Nie może jednak zbawiać nas bez naszego udziału, bez naszej zgody, ponie­waż szanuje naszą wolę.

Claude otworzył się na wołanie Maryi, nawrócił się i całym sobą przy­lgnął do Jezusa. Dzięki jego modlitwie i przebaczeniu również nienawidzący go James w ostatniej chwili odpowiedział na wezwanie do nawrócenia się.

Nadzieja dla nas

Święty Maksymilian Maria Kolbe pisał, że kto „tylko zgodzi się nosić na sobie Cudowny Medalik", ukocha Niepoka­laną całym sercem i będzie się do Niej w modlitwie uciekał we wszystkich

swoich trudnościach i pokusach, ten „nie­bawem, a zwłaszcza w Jej święto, da się namówić do spowiedzi. Dużo jest zła na świecie, ale pamiętajmy, że Niepoka­lana jest potężniejsza".

Maryja pragnie zaprowadzić wszyst­kich grzeszników do Jezusa, który w sakramencie pokuty dokonuje cudu przebaczenia wszystkich grzechów. „Kiedy się zbliżasz do spowiedzi - mówi Jezus - wiedz o tym, że Ja sam w kon­fesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. (...) Z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności" (Dz. 1602). „Pomimo nędzy, jaką jesteś, łączę się z tobą i odbieram ci nędzę twoją, a daję ci miłosierdzie Moje. (...) Im większy grzesznik, tym ma więk­sze prawa do miłosierdzia Mojego... Kto ufa miłosierdziu Mojemu, nie zgi­nie, bo wszystkie sprawy jego Moimi są, a nieprzyjaciele rozbiją się u stóp pod­nóżka Mojego" (Dz. 723).

Święty o. Maksymilian Maria Kolbe codziennie zawierzał siebie Niepokala­nemu Sercu Maryi, bo wiedział, że jest to najprostsza i najpewniejsza droga do Chrystusa. To poświęcenie się Niepo­kalanemu Sercu Maryi oznacza przy­jęcie Jej pomocy w ofiarowaniu nas samych jedynemu naszemu Zbawicie­lowi Jezusowi Chrystusowi. Znakiem tego całkowitego oddania się Jezusowi przez Maryję jest Cudowny Meda­lik. Wśród relikwii pozostałych po św. o. Maksymilianie jest także i on, z któ­rym Święty nigdy się nie rozstawał. Hitlerowcy odebrali mu go podczas prze­słuchania na Pawiaku - przed tym, jak wywieźli o. Maksymiliana do obozu koncentracyjnego w Auschwitz - i wraz z innymi rzeczami odesłali do klasztoru, w którym mieszkał, w Niepokalanowie.

Jeżeli będziemy codziennie zawie­rzać siebie Jezusowi przez Maryję i na znak tego zawierzenia będziemy nosić Cudowny Medalik, wtedy będziemy doświadczać szczególnych łask, o których pisał Święty w jednym ze swoich listów: „Ten uratował wiarę przed zakusami jeho-witów, ta obroniła swój ą cześć dziewiczą, inna odzyskała spokój duszy po kilkuna­stoletnich cierpieniach duchowych".

W chwilach zwątpienia, w chwilach udręki i pokus, w ewangelizacji, „kiedy i na nas będzie nacierała pokusa, wtedy Medalik przypomni nam, żeśmy oddani nieodwołalnie Niepokalanej" - pisał św. Maksymilian, który w niemieckim

obozie koncentracyjnym Auschwitz w akcie heroicznej miłości dobrowol­nie poszedł na śmierć w bunkrze gło­dowym w zamian za ojca rodziny.

Matka Boża w Fatimie powie­działa, że najważniejszym środkiem ratującym ludzkość przed ateizmem i wiecznym potępieniem jest całkowite oddanie się Jezusowi przez Jej Niepo­kalane Serce.

Tylko miłosierdzie Chrystusa może przezwyciężyć całą grozę zła, które ciąży nad ludźmi lekceważącymi i gar­dzącymi Bogiem. Chrystus potrzebuje jednak naszej zgody, aby mógł zba­wiać nas i przez nas docierać swoją miłością do największych grzesz­ników. Daje nam swoją Matkę, aby nas uczyła żywej wiary i prowadziła do Niego, jedynego Źródła Zbawienia.

Być całym dla Jezusa przez Maryję, czego wyrazem powinno być noszenie Cudownego Medalika, ma się wyra­żać w: 1. W znienawidzeniu grzechu i życiu zgodnym z nauką Kościoła katolickiego. 2. W codziennej lektu­rze Pisma św., modlitwie różańcowej i Koronce do miłosierdzia Bożego. 3. W regularnym przystępowaniu do sakramentu pokuty, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej. 4. W jak najczęstszym uczestniczeniu w Eucha­rystii i adoracji Najświętszego Sakra­mentu. 5. W praktyce pierwszych piątków i sobót miesiąca w inten­cji wynagrodzenia za grzechy własne i całego świata, a dla tych, co mogą, również w poście o chlebie i wodzie w środy i piątki.

Wtedy ,jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i prze­wrotnego" staniemy się źródłami Bożego „światła w świecie" (Flp 2,15).

 

 

 

 

 

 

             

Gloria Polo

Trafiona przez piorun

Stałam u bram nieba i piekła -świadectwo-

przekład z języka niemieckiego:

Agnieszka Zuba Witold Wojciechowski

 

Przekład hiszpańskojęzycznego pisma kierownika duchowego pani dr Glorii Polo:

Archidiecezja Bogota

Wikariat Biskupi Sankt Peter

Parafia Świętego Krzyża

Parafia

Świętego Krzyża (Logo)

Bogota, 13 listopada 2007

Do wszystkich zainteresowanych:

Pismem tym potwierdzam, że pani Gloria Polo jest osobą umocnioną w wierze, osobą która zawsze udzielała się dla Kościoła katolickiego ewangelizując ludzi poprzez swoje osobiste świadectwo wiary o własnym życiu.

Pani Polo odznacza się sprawdzoną cnotą i w ciągu tych ośmiu lat, w czasie których towarzyszyłem jej jako duchowy kierownik, zawsze wyróżniała się swoim głębokim życiem modlitewnym i oddaniem Jezusowi Chrystusowi.

W szczególności chcę podkreślić jej pobożność, prawość, świątobliwe życie i przejrzystość w głoszeniu Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Zaświadczam o jej cennym wkładzie w ewangelizację w Kolumbii, jak i za granicą. Działa zawsze pod okiem kierownika duchowego, posłuszna wobec Urzędu Nauczycielskiego i zgodnie z wiarą Kościoła katolickiego.

Ksiądz Wilson Alexander Mora G. Proboszcz

Calle 143, Nr. 65 - 57, Casa Blanca Norte, telefon: 682 53 68 Bogota D.

 

DRODZY BRACIA I SIOSTRY W CHRYSTUSIE PANU!

Zanim ktokolwiek powie coś złego o Kościele Katolickim, powinien dokładnie poznać naszą Matkę KOŚCIÓŁ i wiedzieć, czym jest!

Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki... Kto spożywa Moje Ciało i pije moją Krew, ma Życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym (J 6,51 i 54).

To już trzynaście lat tego pięknego doświadczenia wiary. Był to wielki dar łaski Boga, gdy w swoim wielkim Miłosierdziu pozwolił mi, bym jako katoliczka kroczyła drogą życia.

Jakże wielki ból mnie ogarnia, gdy myślę o minionych latach mojego życia, w których byłam katoliczką jedynie z nazwy. Dziękuję Panu Bogu za to, że dał mi Kościół Katolicki za Matkę.

Całym sercem i całą duszą wdzięczna jestem w imieniu Jezusa Chrystusa Papieżowi, Jego zastępcy na ziemi, kapłanom i osobom konsekrowanym Kościoła Rzymskokatolickiego.

Ślepo słucham ich wszystkich, gdyż takie było właśnie polecenie naszego Pana Jezusa Chrystusa, gdy pozwolił mi powrócić do ziemskiego życia. Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu -ja, niegodna i nędzna służebnica Pańska - mogłam odczuć szczęście i rozkoszować się prawdziwym pokojem oraz prawdziwą miłością będącymi przedsmakiem nieba.

Zapraszam serdecznie wszystkich wierzących w Jezusa Chrystusa, aby zanim będą się źle i nienawistnie wyrażać oraz pisać o Kościele Katolickim, dokładniej i lepiej poznali ów Kościół Rzymskokatolicki, aby pojęli, że jest on ustanowionym przez Pana strażnikiem prawdziwej wiary. Zapraszam wszystkich, aby zostali i byli czcicielami naszego Pana i Boga! Ten, kto codziennie odwiedza naszego Pana Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie i tym samym czci Go, nigdy nie zwątpi ani nie odejdzie od prawdziwej wiary, sam Pan Bóg bowiem wszczepia każdemu stworzeniu miłość i wdzięczność wobec Świętej Matki Kościoła, to jest Kościoła Katolickiego.

Wszystkich Was kocham i pozdrawiam w Miłości naszego Pana Jezusa Chrystusa

Gloria Polo

 

Wprowadzenie

Jeśli ktoś z Was wątpi albo sądzi, jakoby Bóg nie istniał i że życie po śmierci to dobry materiał dla twórców filmów, lub jeśli ktoś uważa, jakoby wraz ze śmiercią wszystko się kończyło, niech raczy przeczytać to pisemko. Tylko przeczytajcie je dokładnie od początku do końca. Wasze zdanie, jakkolwiek sceptyczne w tej kwestii, z pewnością się zmieni.

Pisemko traktuje o pewnym fakcie, zdarzeniu, które zostało dobrze udokumentowane, a miało miejsce w 1995 r. Pani dr Gloria Polo jest Kolumbijką, dentystką, która wskutek wypadku „umarła", to znaczy była tak poważnie ranna, że przez kilka dni znajdowała się w śpiączce i przy życiu podtrzymywały ją tylko szpitalne urządzenia medyczne. Gdyby je odłączono, natychmiast umarłaby. Opiekujący się nią lekarze spisali ją już całkowicie na straty i chcieli odłączyć aparaturę. Jedynie jej siostra, która również jest lekarzem, obstawała za tym, by urządzenia nadal pracowały.

Podczas śpiączki Gloria Polo znajdowała się po drugiej stronie rzeczywistości, w zaświatach i mogła następnie powrócić do życia, by złożyć świadectwo tym, którzy nie potrafią uwierzyć. Przyniosła nam stamtąd ważne orędzie. Najlepiej sami przeczytajcie je na następnych stronach, bezpośrednio z jej ust.

Pani Gloria mogła podczas tego mistycznego przeżycia, które bardzo dokładnie opisuje, zajrzeć do swojej „Księgi Życia". To doświadczenie tak nią wstrząsnęło, że na polecenie Pana stała się głosem wołającym na „pustyni wiary" naszych współczesnych czasów. Ponadto istotą jej orędzia jest nic innego jak niezmierzona Miłość Boga do nas ludzi i Jego wielkie Miłosierdzie. Tym samym pani Gloria wypowiada się na ten sam temat co nasz obecny papież Benedykt XVI w swojej encyklice „DEUS CAR1TAS EST" („Bóg jest miłością").

Bóg ciągle daje nam dowody, my jednak mimo to zaprzeczamy Jego istnieniu.

………………………………………………………………………

Świadectwo Glorii Polo

Dzień dobry, szczęść Boże, drodzy Bracia i Siostry!

To dla mnie wielka radość, że mogę być tutaj, by podzielić się z Wami tym wielkim darem, jakiego udzielił mi Bóg. To, co wam opowiem, wydarzyło się 5 maja 1995 r. na Uniwersytecie Narodowym w Bogocie, stolicy Kolumbii, koło godziny 16.30.

Jestem dentystką. Ja i mój 23-letni siostrzeniec, z zawodu również dentysta, zajmowaliśmy się właśnie dysertacją. W tym dniu - był to deszczowy piątek - szliśmy razem z moim mężem w stronę wydziału stomatologii, by wypożyczyć parę potrzebnych nam książek. Ja i mój siostrzeniec szliśmy razem pod małym parasolem. Mój mąż miał płaszcz nieprzemakalny i szedł wzdłuż muru głównej biblioteki, by uchronić się przed deszczem. Podczas gdy omijaliśmy kałuże, nie zauważyliśmy, jak zbliżyliśmy się do alei drzew i gdy przeskakiwaliśmy większą kałużę, trafił w nas piorun, który był tak silny, że się zwęgliliśmy. Mój siostrzenice zginął na miejscu.

Piorun trafił go od tyłu i spalił jego całe wnętrzności. Na zewnątrz pozostał nienaruszony. Mimo swego tak młodego wieku całkowicie oddany był Bogu. Czcił w sposób szczególny Dzieciątko Jezus. Nosił na szyi medalik z Jego wizerunkiem w kwarcowym krysztale. Biegli medycyny sądowej powiedzieli, że to kwarc przyciągnął piorun. Piorun wniknął bezpośrednio w jego serce. Natychmiast ustała jego praca. Spaliły się wszystkie organy, po czym prąd pioruna opuścił ciało przez nogi. Próby reanimacji były daremne. Na zewnątrz jednakże nie miał żadnych oparzeń.

Co do mnie, piorun przeszedł przez ramię i w straszliwy sposób spalił całe moje ciało, wewnątrz i na zewnątrz. To moje odnowione ciało, które widzicie teraz przed sobą, zawdzięczam Miłosierdziu Bożemu - to wyraz Miłosierdzia naszego dobrego i kochającego nas ponad wszystko Boga. Całe moje ciało było wskutek tego silnego uderzenia pioruna zwęglone, moje piersi zniknęły, przede wszystkim po lewej stronie, gdzie wcześniej znajdowała się pierś, była teraz wielka dziura. Nie miałam już ciała; zarówno żebra, brzuch, podbrzusze, nogi i wątroba były całkowicie zwęglone.

Piorun opuścił moje ciało przez lewą nogę. Moje nerki doznały poważnych oparzeń, podobnie jak płuca i jeden z moich jajników. Używałam spirali jako środka antykoncepcyjnego. Ta była z miedzi, a miedź jest przecież dobrym przewodnikiem prądu. Dlatego też moje jajniki zostały tak mocno

spalone. Były tak małe jak dwa winogrona. Moje serce przestało bić i byłam praktycznie bez życia. Moje ciało drgało i wibrowało wskutek elektrycznych wstrząsów, które wytworzył piorun. Sama mokra ziemia była pod napięciem elektrycznym, toteż początkowo nikt nie mógł mi pomóc, gdyż przez dłuższy czas niemożliwością było dotknięcie mnie.

Cuda, jakie Bóg mi uczynił

Właśnie te poważne obrażenia i oparzenia, jak i zatrzymanie pracy serca, którego doświadczyłam i które z powodu swego długiego trwania - w pierwszych momentach nikt nie mógł mnie dotknąć wskutek elektrycznego naładowania mojego ciała - zagrażało memu życiu, w nadzwyczajny sposób udowadniają wielką dobroć, nieskończone miłosierdzie naszego Pana i Boga, który zamknął nas wszystkich w swoim Sercu i nieustannie zaprasza każdego z nas do powrotu do Niego.

Poprzez trzy pojedyncze fakty, o których zaświadcza moje ciało, chciałabym wam ukazać owe cuda zdziałane przez Pana. Po pierwsze: ustanie pracy serca, wskutek czego tlen nie dociera do mózgu i tym samym powstają trwałe jego uszkodzenia.

(Komentarz lekarzy odnośnie ustania pracy serca: Tylko natychmiastowe podjęte czynności reanimacyjne mogą uratować życie, gdyż już po 3 minutach od ustania pracy serca brak tlenu w mózgu powoduje nieodwracalne szkody... lub Dotychczasowi pacjenci, którzy doświadczyli poważnego zatrzymania pracy serca, mają znikome szansę na przeżycie i nieodniesienie większego upośledzenia...).

Mimo to, że dopiero po zbyt długo trwającym zatrzymaniu pracy serca mogłam być podłączona do respiratora, po wybudzeniu ze śpiączki nie odniosłam żadnych szkód w mózgu, co sami możecie stwierdzić, widząc mnie tutaj. Wielu lekarzy ze szpitala w Bogocie uzmysławiało mojej siostrze, która sama była tam lekarzem, beznadziejność i bezsensowność dalszego podłączenia mojego organizmu do aparatury sztucznego oddychania i chcieli ją namówić do tego, aby ukrócić te czynności. Na przekór tym udzielonym w dobrej wierze radom moja siostra z całą swą upartością i wpływami w szpitalu postawiła na swoim, aby moje ciało nadal pozostało podłączone do aparatury. Jest to więc wspaniały cud, którego nie da się medycznie wyjaśnić!

Podobnie rzecz się ma z kolejnym cudem: moje zwęglone nerki i płuca zaczęły ponownie funkcjonować. Lekarze nie przeprowadzili u mnie żadnej dializy, gdyż sądzili, że moje nerki nie będą mogły już więcej funkcjonować. Byli bowiem zdania, że sztuczne zastąpienie pracy nerek nie jest     koniecznym zabiegiem u mnie, ponieważ i tak nie miałam szans na przeżycie. Jednak pomimo ich medycznemu osądowi moje zwęglone nerki zaczęły od nowa pracować.

Za równie wielki cud należy uznać regenerację mojej skóry. Moje całe ciało stanowiło jedną wielką żywą ranę po tym, jak usunięto i zeskrobano moją zwęgloną skórę. Widać było żywą tkankę. Bolało nieopisanie. Paliło, jak gdybym znajdowała się w ogniu. Paliło mnie wewnątrz i na zewnątrz, za każdym oddechem. Wszystko mnie bolało, tylko od kostek w dół nie miałam czucia. Kiedy oczyszczali moje otwarte rany, w nogach nie czułam zupełnie niczego, podczas gdy oczyszczanie moich pozostałych miejsc na ciele sprawiało mi niesamowite bóle. Moje stopy przypominały dwa zwęglone kije. Były zupełnie czarne.

Po miesiącu lekarze przyszli do mnie i powiedzieli: Zobacz, droga Glorio, jak wielki i niewiarygodny cud uczynił Bóg tobie. To po prostu wspaniałe, ze prawie cała skóra zregenerowała się. Wprawdzie to cienki naskórek, który tu i ówdzie się wytworzył i jest jeszcze wiele otwartych miejsc, ale te miejsca z utworzoną delikatną skórą dają nam powody do nadziei, że całe ciało pokryje się niebawem obronną skórą. Martwią nas jednak twoje nogi. Nie jesteśmy w stanie tu już nic zrobić. Musimy niestety je amputować.

Byłam wcześniej wysportowana, byłam fanem aerobiku. I gdy mi powiedzieli, że muszą mi obciąć stopy, pomyślałam tylko: Muszę jak najszybciej uciec z tego szpitala. Muszę się stąd zabrać, aby uratować moje stopy. Lekarze wyszli z sali, a ja podniosłam się ze szpitalnego łóżka, by podjąć ucieczkę. Ale już przy pierwszym kroku moje nogi nie ustały i upadłam na brzuch niczym żółw lub żaba, która skacze po raz pierwszy i ląduje brzuchem na ziemi. Musieli więc mnie podnieść z podłogi i zanieśli mnie z piątego piętra na siódme. I wiecie, kogo tam spotkałam? Kobietę, której amputowano nogi od kolan w dół. A teraz czekała na to, aż jej z amputują nogi powyżej, od bioder w dół. I gdy patrzyłam na tę kobietę, myślałam o tym, ile pieniędzy potrzeba, by było na zakup nowych nóg.

Za żadne skarby świata nie możesz sobie sprawić nowych nóg. Jakim cudem są stopy. Gdy chcieli mi obciąć nogi, ogarnął mnie nieopisany smutek i po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że nigdy nie podziękowałam Panu za cud, jakim są moje nogi. Wręcz przeciwnie; maltretowałam moje całe ciało, aby przeciwdziałać moim tendencjom do tycia i przybierania na wadze. Głodowałam jak wariatka, wydawałam

.................................................................................................................................................................

masę pieniędzy na diety i inne kuracje, by tylko widzieć siebie szczupłą i mieć szczupłe nogi. Nie kosztowało mnie to tylko jeden majątek; wydałam na to niewyobrażalnie wiele pieniędzy. I teraz widzę moje stopy bez mięśni, chude jak szczapy, zupełnie

czarne, pełne dziur ze wszystkich stron. I teraz dziękuję Bogu za te zniekształcone nogi. Nagle stały się dla mnie tak cenne. Nie był dla mnie ważny ich wygląd, a funkcja. Ważne było dla mnie to, że je po prostu miałam. I za to podziękowałam Panu. Powiedziałam do kochanego Boga: Dziękuję Ci, Panie, za tę drugą szansę, którą mi dałeś! Dziękuję Ci ogromnie za tę szansę, na którą sobie nie zasłużyłam. Ale, kochany Boże, proszę Cię z całego serca o jedną przysługę, o bardzo małą przysługę. Pozwól mi mieć przynajmniej te zniekształcone nogi! Pozostaw mi je, aby mogła się poruszać jako tako, abym mogła się częściowo podnieść. Pozostaw mi je, proszę, pozostaw mi je przynajmniej takimi, jakimi są. Będę Ci za to na zawsze wdzięczna.

Naraz zaczynam czuć swoje stopy. To było w piątek. Od piątku do poniedziałku te moje czarne kikuty, które były obumarłe i wyglądały jak szklanka ciemnej lemoniady z bąbelkami powietrza, zaczerwieniają się i rozjaśniają. Czułam jednocześnie, jak krew poczęła krążyć w tych zwęglonych nogach. Coraz bardziej czułam je, moje własne nogi. l kiedy w poniedziałek lekarze podeszli do mojego łóżka, by przeprowadzić ostatnie oględziny przed amputacją, zdziwili się, gdy wstałam z łóżka i stanęłam na własnych stopach i do tego jeszcze nie przewracałam się. Badali mnie, dotykali moich stóp i nie mogli po prostu uwierzyć, nie wierzyli własnym oczom. Pokazałam im ruchy, które mogłam wykonać moimi nogami. Wprawdzie zadawały mi ogromny ból, ale myślę, że jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa z powodu tego bólu Jaki w tamtej chwili odczuwałam w nogach. Moje nogi powróciły do ciała. I to wszystko stało się w sposób, którego medycyna nie jest w stanie wyjaśnić i który był przyczyną zdumienia lekarzy.

Ordynator oddziału na 7 piętrze szpitala zaraz powiedział mi: Wie pani, w ciągu 38 lat mojej lekarskiej praktyki, nigdy nie widziałem i nie przeżyłem tak wielkiego cudu, jak ten z pani nogami.

Popatrzcie tutaj, moje drogie rodzeństwo w Panu, oto moje zregenerowane stopy. Nie z arogancji i próżności, lecz by oddać chwałę Bogu, kroczę przed Wami i pokazuję moje nogi, by udowodnić Warn wielkość dzieł Pana, naszego Boga żywego, Jego nieskończonej MIŁOŚCI ku nam i Jego wszechmocy. (Komentarz: Gloria kroczy na podium tu i tam, a słuchacze klaszczą, widząc ów cud Boga.)

Inny, wielki cud uczyniony przez Pana jest taki; nie miałam piersi. Wyobraźcie sobie, byłam bardzo dumną, próżną kobietą. Moim motto było: Kobieta musi ukazywać i korzystać ze swych uroków, jakie dostała w prezencie od natury.

I tak sobie mówiłam, bo najlepsze co mam - moje piersi, nogi i w ogóle moja sylwetka - są moim kobiecym ciałem i będę je eksponować. Ukazywałam moje kobiece wdzięki bardzo ostentacyjnie. Podkreślałam okrągłości mojej figury i ekstrawagancko poruszałam biodrami. W ten sposób zawsze zwracałam na siebie uwagę. Nosiłam zawsze ubrania z dużym rozcięciem, by wyeksponować mój duży biust. Wmawiałam sobie piękno moich nóg. l popatrzcie, drodzy Bracia i Siostry w Panu, właśnie ci wszyscy „faworyci i faworytki" mojej próżności były najbardziej spalone. Właśnie to wszystko zwęgliło się i było całkowicie brzydkie.

Powracając do kolejnych cudów, zdziałanych przez Pana. Udałam się do lekarza, który opiekował się mną, gdy byłam aktywna sportowo. Wyobraźcie sobie: lekarz, który zwykł oglądać pewną siebie i zarozumiałą kobietę, która dla swej figury odchudzała się jak wariatka, połykała i pochłaniała niczym odkurzacz leki i używki, ten mój lekarz nagle ujrzał moje ciało na wpół spalone i zniekształcone. Nie mógł wierzyć własnym oczom. Przeprowadził bowiem wszystkie możliwe badania za pomocą CRT, przy pomocy najnowocześniejszych, nuklearnych medycznych urządzeń.

Potem powiedział do mnie: Wie pani, z tym małym kawałkiem wątroby, który pozostał, przeżyje pani. Ale pani jajniki, moja droga pani, po prostu całkowicie się skurczyły, zwęgliły, uschły i przypominają garść wysuszonych winogron,  dlatego nigdy już nie będzie pani mogła mieć dzieci.

Pomyślałam sobie w duchu: Dziękuję Ci Boże, że w ten sposób zabrałeś mi troskę związaną z planowaniem rodziny. W naturalny sposób stałam się bezpłodna. Dzięki Ci Boże za to, chwała Ci za to. Byłam nawet szczęśliwa z tego powodu, gdyż tak było jednej troski mniej. Ale półtora roku później odczuwałam swędzenie tam, gdzie były moje piersi i trochę więcej skóry pokrywało teraz moje żebra. Skóra naciągała się i wyciągała. Bolało mnie. Nagle mój biust uwidocznił się i urosły mi piersi. Było to dla mnie niezwykle dziwną rzeczą, nie dającą się wytłumaczyć, że nagle z powrotem miałam swoje piersi. I wiecie, jaka była tego przyczyna? Stwierdziłam, że byłam w ciąży pomimo spalonych jajników. I tak oto Bóg na nowo podarował mi piersi. I tymi piersiami byłam w stanie wykarmić moim matczynym mlekiem cudowną, zdrową córeczkę, którą urodziłam. Ta moja najmłodsza córka ma na imię Maria Jose. Wskutek tego wszystkiego znormalizowała się również moja menstruacja i wszystkie moje kobiece hormony zrównoważyły się. Także moje jajniki z powrotem wytwarzały komórki jajowe.

To są, ogólnie rzecz biorąc, cuda Pana, które uczynił mojemu ciału i o których zaświadczam.

.................................................................................................................................................................

Drugi aspekt zdarzenia

Teraz posłuchajcie mnie dobrze! To był cielesny, materialny, fizyczny aspekt mojego wypadku. Ale drugi aspekt tego zdarzenia był znacznie piękniejszy - to było niewyobrażalne, cudowne przeżycie. Musicie bowiem wiedzieć, że najpiękniejsze, najcudowniejsze w tym wypadku było to, co spróbuję teraz opowiedzieć, mimo że nie da się tego ująć za pomocą ziemskich sformułowań.

Bo gdy moje zwęglone ciało leżało, znajdowałam się (moja dusza) w cudownie białym tunelu. Wokół mnie było białe światło, które dawało mi taką rozkosz, pokój i szczęście - uczucia, których nie można opisać ludzkimi słowami. Nie ma po prostu takich wyrażeń, by oddać wielkość tej chwili. To była szalenie wielka ekstaza, nie dająca się opisać rozkosz. Nie rozumiem, dlaczego się nam przedstawia śmierć jako swego rodzaju karę. Uwolniona zostałam od czasu i przestrzeni.

W świetle tym poruszałam się naprzód, niesamowicie szczęśliwa i przepełniona radością. Nic mnie nie trapiło. Gdy spojrzałam do góry, ujrzałam na końcu tunelu coś jakby słońce, białe światło, mówię „białe", by podać kolor, ponieważ koloru światła i jego jasności nie da się opisać; koloru tego nie dało się porównać z kolorami, jakie istnieją na tym świecie. Światło było po prostu wspaniałe. Było dla mnie źródłem tej całkiem wielkiej miłości, tego pokoju we mnie i dookoła mnie; to była nieopisana miłość i pokój, jakiego nie znałam na ziemi.

….................................................................................................................................................................

Gdy tak poruszałam się do przodu w tym tunelu, powiedziałam do siebie samej; O rany! Umarłam...  w tej chwili pomyślałam o moich dzieciach i lamentowałam: O mój Boże, moje dzieci! Co na to moje dzieci?

Byłam zawsze zajętą i zestresowaną matką, która nigdy nie miała dla nich czasu. Wychodziłam z domu wczesnym rankiem, aby podbić świat, i wracałam dopiero późnym wieczorem. Z tej przyczyny nie byłam w stanie właściwie zatroszczyć się o moją rodzinę i dzieci. Wówczas ujrzałam nędzę mojego własnego życia w całej prawdzie, bez żadnych retuszy; i ogarnął mnie wielki smutek.

W tym momencie wewnętrznej pustki z powodu nieobecności moich dzieci straciłam poczucie czasu i przestrzeni, Znowu spojrzałam ku górze i zobaczyłam coś bardzo pięknego. W jednej chwili ujrzałam wszystkie osoby mojego życia, naprawdę w jednej chwili, żyjące i zmarłe. Objęłam moich pradziadków, moich dziadków, moich rodziców, którzy już nie żyli, po prostu wszystkich! To była taka doniosła chwila; było cudownie.

Pojęłam, że oszukano mnie odnośnie do reinkarnacji. Tym samym praktycznie strzeliłam sobie gola do własnej bramki, ponieważ zawsze fanatycznie broniłam reinkarnacji. Powiedziano mi kiedyś, że pewna osoba jest inkarnacją mojej prababci, ale nie powiedziano mi kto, i ponieważ wróżenie kosztowało

 

zbyt dużo, dałam sobie z tym spokój i nie dociekałam, kim jest ta osoba. Ja sama spotykałam ciągle ludzi, o których sądziłam, że są inkarnacją mojego pradziadka i dziadka. A teraz obejmowałam dziadka i pradziadka. Uściskaliśmy się gorąco i spotkałam wszystkich w jednej chwili; było tak ze wszystkimi osobami, które znałam i które pochodziły ze wszystkich stron, gdzie niegdyś byłam, ze zmarłymi i żyjącymi - a to wszystko w jednym momencie.

Tylko moja córka przestraszyła się, gdy ją przytuliłam. Wtedy miała 9 lat i poczuła mój uścisk w swoim obecnym życiu na ziemi, w tym samym momencie. Czuła zatem mój uścisk w tych godzinach, w czasie których ona i cała rodzina bali się o moje życic, gdyż moje ciało znajdowało się jeszcze w śpiączce. Zwykle nie czujemy takiego uścisku z zaświatów. W takim cudownym stanie czas zatrzymał się, nie odczuwałam ciężaru ciała.

Nie postrzegałam już ludzi tak jak wcześniej. Podczas mojego życia zwracałam uwagę na to, czy ktoś jest gruby, szczupły, brzydki, ciemnoskóry czy był dobrze ubrany czy nie.. Według tych kryteriów dzieliłam osoby i byłam z tego powodu pełna uprzedzeń i cynicznej krytyki. Zawsze, gdy mówiłam o innych, krytykowałam ich. Teraz, tutaj, było inaczej. Teraz widziałam również wnętrze ludzi; i jak pięknie było widzieć to ich wnętrze, ich myśli, uczucia, gdy ich obejmowałam. I gdy tak przytulałam wszystkich, równocześnie poruszałam się coraz wyżej. W ten sposób czułam się coraz to pełniejsza pokoju i szczęścia. I im wyżej się unosiłam, tym bardziej byłam świadoma, że przypadła mi w udziale cudowna wizja. Na końcu tej drogi zobaczyłam jezioro, cudowne jezioro, otoczone tak wspaniałymi drzewami, tak pięknymi, że nie da się tego opisać. Podobnie kwiaty; były tutaj we wszystkich kolorach, o zapachu, który dawał rozkosz - wszystko było inne, wszystko było tak piękne w tym cudownym ogrodzie, w tym wspaniałym miejscu. Nie ma słów, by to opisać. Wszystko było miłością. Były tam dwa drzewa, które tworzyły coś na kształt bramy. Wszystko to różni się od tego, co znamy. Nawet kolory nie są podobne do tych naszych. Tam wszystko jest niewypowiedzianie piękne. W owej chwili ujrzałam mojego siostrzeńca, który wraz ze mną uległ wypadkowi, jak wszedł do tego cudownego ogrodu. I wiedziałam, czułam, że nie wolno mi było wejść do tego cudownego ogrodu, że nie mogłam jeszcze tam wejść.

Pierwszy powrót

W tym momencie usłyszałam głos mojego męża. Krzyczał, płakał ze złamanym sercem i wołał z całej duszy: Gloria! Gloria! Proszę, nie zostawiaj mnie samego. Popatrz, twoje dzieci potrzebują cię. Gloria, wróć! Nie bądź tchórzem i nie zostawiaj nas samych!

 

W tamtej chwili widziałam wszystko - jednym spojrzeniem. Miałam wgląd na wszystko i widziałam nie tylko jego, jak tak boleśnie płakał. Był cały we krwi, gdyż on także odniósł obrażenia. Wprawdzie nie został trafiony przez piorun, ale energia naładowania pioruna porwała go i rzucała nim na prawo i lewo. Nasze ciała podskakiwały jak gumowe piłeczki, jak na jakiejś trampolinie. Z tego powodu mój mąż został zraniony i krwawił. W owym momencie Pan pozwolił mi wrócić. Ja jednak nie chciałam tego. Ten pokój, ta radość, ta rozkosz Jakimi byłam otulona, zachwycały mnie. Ale stopniowo i coraz bardziej zaczęłam się poruszać wstecz w kierunku mojego ciała, które leżało martwe na ziemi. Wszyscy za wyjątkiem tych, którzy sami odbierają sobie życie, doświadczają uścisku Boga Ojca. Dlatego też widzą owe światło i czują ową ogromną miłość, która tam wszystko wypełnia. Bóg Ojciec obejmuje nas wszystkich, gdyż kocha nas wszystkich w doskonały sposób. Tak oto ukazuje nam, jak bardzo nas kocha. Ale ponieważ Bóg nikogo nie zmusza, często bywa tak, że dobrowolnie decydujemy się żyć bez Boga. W ten sposób to my wybieramy sobie ojca w naszym życiu. Bierzmy Boga za ojca i dostosujmy nasze życie do Niego i Jego przykazań miłości, albo zdecydujmy się na szatana, „ojca kłamstwa" i przyczyny grzechu oraz zepsucia, który zna tylko nienawiść, pogardę i szerzy je na tej ziemi.

…...............................................................................................................................................................

Po tym uścisku Boga Ojca dusza pozostaje przy Nim, albo przekazywana jest szatanowi, którego z własnej woli wybrała sobie na ojca w swoim życiu. Ponieważ jeśli na ziemi zdecydowaliśmy się żyć bez Boga Ojca, nie zmusza nas On do spędzenia z Nim wieczności.

Widziałam, jak moje nieruchome ciało leżało na noszach na oddziale uniwersytetu medycznego w Bogocie. Widziałam lekarzy, jak się o mnie starali i aplikowali mi elektrowstrząsy, by wznowić pracę serca. Przedtem ja i mój siostrzeniec leżeliśmy ponad dwie godziny na ziemi, ponieważ nie można nas było dotknąć z powodu wyładowań, jakie wychodziły z naszych naładowanych prądem ciał. Dopiero teraz mogli się nami zająć i dopiero teraz podjęto moją reanimację.

I patrzcie: podchodzę (moja dusza) do mojego ciała i poruszam stopami mojej duszy owe miejsce na mojej głowie (pani Gloria wskazuje na miejsce na swojej głowie). Dusza jest obrazem naszego ludzkiego ciała w swojej właściwej formie. W tym momencie przeskoczyła na mnie z wielką siłą iskra. I tak oto wciskam się w swoje ciało. Zdawało mi się, że wciąga mnie w siebie. To wejście strasznie bolało, gdyż ze wszystkich stron ciało wysyłało iskry. Czułam, jak gdybym wciskała się w coś małego, ciasnego. To było jednak moje ciało. Miałam wrażenie, jak gdybym, będąc normalnej wielkości, wciskała się w dziecięce ciuszki, które zdawały się być zrobione z drutu.

 

To był potworny ból. Od tej chwili zaczęłam odczuwać bóle mojego całkiem spalonego ciała; to spalone podbrzusze tak bardzo bolało, tak niewymownie, paliło strasznie, wszystko dymiło i parowało.

Słyszałam, jak lekarze zawołali: Doszła do siebie! Doszła do siebie! Radowali się niezmiernie, ale mój ból był nie do opisania. Nogi były zupełnie czarne i zwęglone, moje całe ciało było żywą raną, jeśli w ogóle było to jeszcze ciało.

Próżność

Największy i najbardziej nieznośny ból stanowiła moja próżność. To był inny rodzaj cierpienia we mnie, to była próżność światowej kobiety, z emancypowanej światowej kobiety, samodzielnej, pewnej siebie specjalistki, profesjonalistki, wykształciuszki, intelektualistki, naukowca, bizneswoman, kogoś, kto chciał znaczyć coś w społeczeństwie. Jednocześnie byłam niewolnicą mojego ciała, niewolnicą urody, mody. Codziennie spędzałam cztery godziny na aerobiku, masażach, dietach i zastrzykach, i na wszystkim, co tylko możecie sobie wyobrazić.

Najważniejszą rzeczą, moim bożkiem było piękno mojego ciała. Dlatego ponosiłam wiele wyrzeczeń. To było moim życiem: bałwochwalstwo dla mojej zewnętrznej urody. Zwykłam mawiać, że piękny biust jest po to, by go pokazywać. Dlaczego miałabym go ukrywać? To samo mówiłam o moich nogach, gdyż wiedziałam, że były atrakcyjne i że w ogóle miałam bardzo dobrą figurę.

W pewnym momencie z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że przez całe życie pielęgnowałam tylko moje ciało. To było centrum mojego życia i jedynie, co mnie interesowało, to: miłość do niego. A teraz już go nie miałam. Tam, gdzie były piersi, były okropne dziury, zwłaszcza po lewej stronie nie było nic. Moje nogi wyglądały strasznie, bardziej były to kikuty, zwęglone, zupełnie czarne jak spalony kotlet z grilla. Tak, wszystkie miejsca mojego ciała, które najbardziej pielęgnowałam, były zwęglone i obumarłe.

W szpitalu

Następnie zabrano mnie do szpitala. Tam zaczęto mnie szybko operować i zeskrobywać miejsca ze spaloną tkanką. W czasie narkozy po raz drugi opuściłam ciało i przyglądałam się, co robili ze mną lekarze i byłam zatroskana o moje życic, przede wszystkim bałam się o moje nogi. Nadał miałam w sobie tę dumę, że jestem właścicielką moich nóg, mojego ciała i w mojej mocy było tak trenować przez sport i ćwiczenia, aby były przez wszystkich podziwiane. Gdy nagle wydarzyło się coś przerażającego...

 

Muszę wam, kochani Bracia i Siostry wyznać, także w sprawach religii byłam „na diecie". W relacjach z Bogiem byłam „stosującą dietę katoliczką''. Ważne jest, abyście wiedzieli, że byłam złą katoliczką. Moja cała relacja z Bogiem polegała na tym, że uczęszczałam na niedzielną Mszę. która trwała zaledwie 25 minut. Wyszukiwałam sobie zawsze takie Msze, gdzie ksiądz najmniej mówił, ponieważ nudziło mnie jego gadanie. Jaką męką byli dla mnie księża, którzy wygłaszali długie kazania. To była moja relacja z Bogiem! Była słaba i dlatego też wszystkie światowe prądy i nowe trendy w modzie miały nade mną taką władzę. Byłam prawdziwą chorągiewką na wietrze. Co właśnie uchodziło za najnowsze, najnowocześniejsze z racjonalizmu czy wolnej myśli, tam garnęłam się z zapałem.

Brakowało mi ochrony modlitwy, brakowało mi wiary. Brakowało mi także wiary w siłę łaski, w moc Ofiary Mszy Świętej. I właśnie gdy kształciłam się i specjalizowałam w zawodzie, ta moja chwiejność wydała najgorsze owoce. W tamtym czasie na uniwersytecie słyszałam pewnego dnia, jak jeden katolicki ksiądz powiedział, że nie ma diabla i tak samo nie ma piekła. To było właśnie to, co chciałam usłyszeć! Natychmiast pomyślałam sobie w duchu: Jeśli więc nie ma diabla i piekła, to wszyscy dostaniemy się do nieba. Kto  w takim razie musi się obawiać? Mogę zatem robić to, co mi się podoba.

To, co mnie zasmuca, a co muszę Wam z wielkim wstydem wyznać, to fakt, że wiara w istnienie piekła była tym ostatnim sznurem, który trzymał mnie przy Kościele. To był po prostu egzystencjalny strach przed diabłem, który trzymał mnie w łączności ze wspólnotą Kościoła. Więc gdy powiedziano mi, że nie ma szatana i w ogóle piekła, powiedziałam sobie od razu: Dlaczego mam się jeszcze starać i walczyć o życie wedle reguł „starego Kościoła". No dobra, wszyscy pójdziemy do nieba,, dlatego całkowicie obojętne jest to, kim jesteśmy i co czynimy.

 

To było właśnie ostatecznym powodem, dla którego całkowicie oddaliłam się od Pana. Oddaliłam się od Kościoła i zaczęłam kląć na niego i nazywałam go głupim oraz zacofanym itp. Nie obawiałam się już grzechu i zaczęłam niszczyć moją relację z Bogiem. Grzech nie pozostał tylko we mnie, lecz ten grzech zaczął rozprzestrzeniać się ze mnie na zewnątrz i zarażać innych. Stałam się aktywna; w złym znaczeniu tego słowa. O tak, nawet sama zaczęłam opowiadać wszystkim, że diabeł nie istnieje, że jest wymysłem duchowieństwa - także kolegom na uniwersytecie zaczęłam mówić, że Boga też nie ma i że jesteśmy produktem ewolucji itp.

Tak oto udało mi się wpłynąć na wiele ludzi.

 

Diabeł istnieje naprawdę

A teraz słuchajcie, co się zdarzyło, gdy znajdowałam się w tej straszliwej sytuacji: co za potworny strach! Nagle zobaczyłam, że demony istnieją; przybyły teraz, by mnie zabrać. Widziałam przede mną te diabły w całej ich potworności. Żaden z wizerunków, jakie dotychczas widziałam na ziemi, nie może nawet w najmniejszym stopniu przedstawić tego, jak straszliwie wyglądają.

Oto widzę, jak naraz wychodzi ze ścian sali operacyjnej wiele ciemnych postaci. Wydają się być normalnymi i zwyczajnymi ludźmi, ale wszystkie mają to przeraźliwe, okropne spojrzenie. Nienawiść emanuje z ich oczu. I natychmiast pojmuję, że jestem im coś winna. Przybyły, by mnie „zainkasować", ponieważ przyjmowałam ich propozycje do grzechu, i teraz musiałam za to zapłacić, a ceną byłam ja sama. Zaprzedałam diabłu moją duszę. Dobiłam z nim interesu. Moje grzechy miały bowiem swoje konsekwencje. Grzechy należą do szatana, nie są czymś za darmo od niego, trzeba za nie zapłacić. Ceną jesteśmy my sami. Kiedy więc robimy zakupy w jego sklepie - że się tak wyrażę - będziemy musieli zapłacić za towar. Bądźmy tego świadomi. Ujrzałam naraz wszystkie me grzechy, jak stawały się żywe, które popełniłam od mojej ostatniej spowiedzi, to znaczy od ostatniej spowiedzi u katolickiego księdza i jego rozgrzeszenia.

Musimy zapłacić za każdy grzech; płacimy naszym spokojem sumienia, naszym wewnętrznym pokojem, naszym zdrowiem... A gdy jesteśmy wiernymi stałymi klientami w supermarkecie szatana i kupujemy tylko w jego sklepie, na końcu on sam nas „zainkasuje". Stajemy się jego własnością. Sprzedaliśmy mu swoją duszę.

Największym kłamstwem, największą sztuczką diabla jest to, że szerzy bajki, jakoby go w ogóle nic było.

Te straszne, ciemne postaci okrążają mnie i oczywistą rzeczą jest, że przybyły tylko w jednym celu: zabrać mnie z sobą. Prawdopodobnie nie macie wyobrażenia, jaka to była trwoga, okropny strach, do tego stopnia, że w tej sytuacji na nic mi się zdał mój intelekt, wiedza, moje akademickie tytuły i ukończone kształcenie zawodowe. Były całkowicie bez wartości. Te grzechy wciągają więc nas w głąb, w dół, do „ojca kłamstwa". Ale gdy my nieudacznicy przynosimy Bogu nasze grzechy w sakramencie pokuty i pojednania, wtedy to On płaci cenę. On zapłacił ją na krzyżu swoją własną Krwią i życiem. I On ponownie płaci za każdym razem, gdy grzeszymy. Zniósł dla nas potworne męki, które sobie sami zgotowaliśmy i które były zobowiązaniem wobec właściciela grzechów (szatana).

 

Zostaliśmy odkupieni przez Jezusa Chrystusa. Mamy więc prawo do Jego Królestwa, Jego życia, gdyż uczynił nas „Dziećmi Bożymi".

….................................................................................................................................................................

Przybyły te ciemne istoty, by zainkasować swoją własność - mnie. Widziałam, jak wychodzą ze ścian i wkraczają do sali. Mnóstwo istot, które nagle stanęły wokół mnie. Na zewnątrz wyglądały początkowo normalnie, ale spojrzenie każdej było pełne nienawiści, pełne diabelskiej nienawiści, l były takie bezduszne, wewnętrznie wypalone. Moja dusza wzdrygała się i drżała, i natychmiast zrozumiałam, że były demonami. Zrozumiałam, że były tu z mojego powodu, bo byłam im coś winna, grzech bowiem nie jest czymś gratis. To jest największa podłość i kłamstwo diabła, że wmawia ludziom, że w ogóle nie istnieje. To jego strategia; później ten kłamca może robić z nami wszystko, co chce. I oto z przerażeniem zrozumiałam: Oh, istnieją! I zaczęły mnie okrążać, chciały mnie dostać. Możecie sobie wyobrazić mój strach, rmoje przerażenie? To był istny terror!

Na nic mi się zdała moja wiedza, rozum i pozycja społeczna. Zaczęłam tarzać się po ziemi, rzucać się na moje ciało, ponieważ chciałam uciec do niego, ale ono już mnie nie wpuszczało; to napawało mnie przerażającym strachem. Zaczęłam biec i uciekać. Nie wiem jak, ale przedarłam się przez ścianę sali operacyjnej. Nie chciałam nic innego jak tylko uciec, ale gdy przeszłam przez ścianę, trafiłam w próżnię. Zostałam zaciągnięta w jeden z tych tuneli, które nagle pojawiły się i prowadziły w dół.

Na początku było jeszcze trochę światła, przypominało wosk pszczeli. I roiło się tu jak w ulu, tak wielu ludzi tu było. Dorośli, starcy, mężczyźni, kobiety krzyczący głośno, przenikliwie zgrzytający zębami. Byłam wciągana coraz głębiej i zmierzałam nieprzerwanie w dół, mimo że ciągle starałam się stamtąd wydostać. Światło stawało się coraz bardziej skąpe, a ja leciałam tym tunelem, aż stało się niezwykle ciemno. Góra była spowita w świetle, na dole natomiast robiło się coraz ciemniej. Możecie sobie wyobrazić, jak się rozradowałam, gdy zobaczyłam swą matkę w tym świetle? Była cała jasna. Umarła wiele lat temu. Naraz zrozumiałam, że tymi białymi szatami, w które moja matka niczym słońce była ubrana, były wszystkie te Msze, w których uczestniczyła w swoim życiu. Nie miałam możliwości dostać się do niej i pozostać przy niej. Bezbronna zapadłam w tę ciemność, której nie da się z niczym porównać. Najciemniejsza ciemność tej ziemi jest przy tym jasnym południem. Ale tamtejsza ciemność zadaje straszne cierpienia, horror i wstyd. I strasznie cuchnie. Widziałam coraz więcej strasznych postaci i istot zniekształconych w taki sposób, którego nie możemy sobie wyobrazić.

Grzech, moi Bracia i Siostry w Panu, pozostawia w naszych duszach ślady. Te ślady naznaczają nasze dusze jak blizny, pęcherze powstałe wskutek oparzenia, nieforemne dziury. I najgorszym doświadczeniem przy rym było dla mnie to, gdy zorientowałam się, że ten okropny odór pochodził ode mnie. Ile pieniędzy wydawałam w całym swoim życiu na perfumy i odświeżacze powietrza, gdyż niczego tak bardziej nie nienawidziłam, jak smrodu. I tak oto spostrzegłam, że moje grzechy nie były gdzieś poza moją duszą, ale były we mnie, wewnątrz mojej duszy, i stamtąd rozprzestrzeniał się ów nieznośny smród.

Przypominałam demona, straszną bestię, zniekształconą przez wszystkie moje własne okropieństwa. Tak jak moja matka była ubrana w świetliste szaty Pana, Tak ja byłam ubrana w worek na śmieci przez bestię, samego diabła.

W tym stanie dotarłam do swego rodzaju grzęzawiska, gdzie wiele osób tkwiło po szyję w bagnie i jęczało. Pojęłam, że to bagno złożone było z nasienia, które wytrysnęło w grzesznych związkach i podczas seksualnych zboczeń, za które my ludzie na ziemi jesteśmy odpowiedzialni. Podczas każdego wytrysku uwalniają się miliony sperm. I jedynie stosunek płciowy, który dokonuje się w związku sakramentalnym, jest pobłogosławiony przez Boga, gdyż On sam obecny jest przy tym akcie i jest właśnie trzecią Osobą w tym związku małżeńskim. On jest miłością, która uświęca i uszlachetnia każdy akt małżeński.

Seksualność pozbawiona sakramentalnych fundamentów jest tylko czystą żądzą, zaspokojeniem, egoizmem. Właśnie z tego powodu ci ludzie cierpią w bagnie, które sami zgotowali sobie na ziemi swymi niepohamowanymi namiętnościami. Każdy, kto uczestniczył w takich grzesznych i pozamałżeńskich stosunkach płciowych, tkwi w owym bezkresnym i cuchnącym bagnie i cierpi niewypowiedzianie z tego powodu. Wstydzi się swoich złych uczynków.

Nagle odkryłam w tym bagnie również mojego tatę. Ujrzałam go zanurzonego po szyję w tej cuchnącej brei. Przeszył mnie ból i głośno krzyknęłam: Tato, co tu robisz? Odpowiedział płaczącym głosem: Moja córko, ach moja córko, cudzołóstwo, niewierność! Wy sami przeżyjecie to pewnego dnia i wspomnicie na moje słowa. Mogę Warn tylko powiedzieć, że najbardziej bolesną rzeczą tam jest to, że widzi się zakochanego w człowieku Boga, który przez całe nasze życie jest tuż za nami i nieustannie nas szuka. Jak kochający Bóg cierpi z powodu naszych grzechów!

Ukazano mi, jak wiele osób modliło się za mnie, jak wiele księży i zakonnic starało się sprowadzić mnie na dobrą drogę. A ja odczuwałam jedynie pogardę wobec wszystkich tych osób. Byłam ordynarna w określaniu tych świątobliwych osób. Zakonnice nazywałam tak: Pingwiny, niezaspokojone stare wiedźmy, pozornie święte baby w trwającej wiecznie menopauzie, które liżą Panu Bogu pałce u nóg i nie mają pojęcia o problemach ludzi na świecie. To tylko niektóre z mniej dosadnych określeń, jakich używałam w nazywaniu ich.

 

Wiecie, tam, po tamtej stronie, widzi się swe całe życie, jak jest zapisane w „Księdze życia", każdy szczegół. Przy tym nie tylko słowa się pojawiają, które się wypowiada, lecz towarzyszą im również myśli, jakie się wówczas ma. Wszystko jest odkryte i jasne dla każdego. Często wzdrygnąć się można, widząc różnicę między słowem i myślą. Grzechy, które popełniamy, nie pociągają konsekwencji tylko dla nas, lecz również dla naszego otoczenia. Są one niczym zgniłe owoce, które zarażają każdy znajdujący się w pobliżu zdrowy owoc i doprowadzają go do gnicia. Stanowi to wielkie cierpienie w tym drugim świecie, gdy widzisz, jak bardzo grzech nie szkodzi tylko tobie, lecz rozprzestrzenia się wokół ciebie i wszystko niszczy. Kiedy więc oddaję się grzechowi, kim są ci, którzy są najbliżej mnie? Moje dzieci, l tak szkodzę swoimi grzechami najpierw moim dzieciom i rodzinie.

A teraz posłuchajcie mnie dobrze i nie zatykajcie swoich uszu. Gdy człowiek popełnia ciężki grzech, diabeł ma go w swym ręku i zmusza go niczym windykator do podpisania mu weksla, który natychmiast czyni z niego jego własność. Najsmutniejsze jest to, co jest pierwszym poleceniem szatana skierowanym do nas: Idź zatem teraz i przyprowadź mi wszystkich, którzy cię otaczają i z którymi utrzymujesz stosunki!

Matka, która kogoś nienawidzi albo która nieustannie rozprzestrzenia plotki o swoich bliźnich, albo ojciec, brutalny lub uzależniony od alkoholu, który wraca zawsze pijany do domu i nie wzdryga się przed kradzieżą cudzej własności, mają zazwyczaj w swoim otoczeniu swoje własne dzieci. Jest to nadużyciem rodzicielskiego zadania, którym powinna być troska o przyszłość dzieci. Rodzicie tym swoim złym postępowaniem dają zły przykład swoim dzieciom. Tylko życie sakramentami Kościoła może przełamać takie „błędne koło" w łańcuchu, jaki łączy różne pokolenia. Tylko łaska sakramentów i moc modlitwy mogą odsunąć grzech i unicestwić go.

To była żywa ciemność. Tam nic nie jest martwe lub nieruchome. Po tym jak bezradna i bezbronna przemierzyłam te tunele, dotarłam niespodziewanie na równe podłoże. Byłam w tym momencie całkowicie zrozpaczona, ale i ogarnięta silną wolą ucieczki. Była to ta sama silna wola co wcześniej, by osiągnąć coś w życiu, co teraz było dla mnie bez znaczenia, gdyż teraz byłam tutaj i nie mogłam się uwolnić. Nic mi nie pozostało z wielkich wyobrażeń i marzeń, które wcześniej miałam. Nagle stałam się całkiem mała, maleńka.

Wtedy nagle ujrzałam, że podłoże otwarło się. Wyglądało jak wielka gęba, jak przeraźliwie wielki pysk, otchłań. Podłoże żyło, trzęsło się! Czułam się strasznie pusta, a pode mną była ta napawająca strachem, przerażająca otchłań, której po prostu nie jestem w stanie opisać ludzkimi słowami. Najgorsze było to, że nie czuło się tutaj nic z obecności i miłości Boga;

….............................................................................................................................................................

tutaj nie było niczego, ani promyka nadziei. Ta dziura miała coś w sobie, co mnie nieodparcie wsysało w dół. Krzyczałam jak szalona. Śmiertelnie przestraszyłam się, gdy zauważyłam, że nie mogłam zapobiec upadkowi, że nieprzerwanie wciągana byłam w dół. Wiedziałam, że jeśli spadnę, to nigdy stamtąd nic wrócę i że bez końca będę spadać coraz to głębiej i głębiej. To była śmierć mojej duszy, duchowa śmierć mojej duszy, bezpowrotnie zatra­ciłabym się.

W czasie tego przerażającego horroru, na skraju przepaści, poczułam nagle jak św. Michał Archanioł chwycił mnie za stopy. Moje ciało wpadło do tej dziury, ale ja przytrzymywana byłam za stopy. To była chwila strasznego bólu i potwornego strachu. Gdy tak wisiałam nad przepaścią, skąpe światło, które miałam jeszcze w swojej duszy, zirytowało demony i wszystkie te stwory rzuciły się na mnie.

Te okropne kreatury przypominały larwy, pijawki, chcące ostatecznie ugasić we mnie owe światło. Wyobraźcie sobie moje obrzydzenie i przerażenie, gdy ujrzałam siebie pokrytą tymi odrażającymi kreaturami. Krzyczałam, wrzeszczałam jak szalona. Te istoty paliły. O moi Bracia i Siostry, chodzi o żywą ciemność, to nienawiść pali, połyka nas, ograbia i wysysa. Nie ma takich słów, które oddałyby ten horror.

Sakrament małżeństwa

Chciałabym tutaj poruszyć kwestię małżeństwa. Chciałabym Wam również opowiedzieć o wielkiej łasce płynącej z sakramentu małżeństwa. Gdy ktoś przyjmuje w Kościele sakrament małżeństwa i mówi swoje „tak" i tym samym zobowiązuje się dochować wierności, być wiernym w dobrych i złych chwilach, wtedy obiecuje to samemu Bogu Ojcu. On jest tym jedynym świadkiem, gdy składamy sobie obietnice. Kiedy umrzemy, ujrzymy ten moment zapisany w księdze naszego życia. Widziałam, jak para małżeńska w owym momencie spowita była w niewymownie pięknej, złocistej poświacie. Bóg Ojciec zapisuje te słowa złotymi literami w naszej księdze życia. Kiedy później przyjmujemy Ciało i Krew naszego Pana, zawieramy przymierze z Bogiem i osobą, którą sobie wybraliśmy na małżonka/małżonkę, z którą chcemy dzielić całe swoje życie. Kiedy oznajmiamy naszą wolę, te słowa są zobowiązaniem nie tylko wobec partnera, ale i wobec Trójcy Przenajświętszej.

Pan pozwolił mi zobaczyć, jak w dniu mojego ślubu, gdy mój mąż i ja przyjęliśmy Komunię Świętą, nie byliśmy tylko my dwoje, lecz troje: my i Jezus. Bowiem w chwili, gdy przyjęliśmy Komunię, Pan tak jednoczy nas, że jesteśmy jedno. Bierze nas do Serca i w Jego Sercu stajemy się jedno. Razem

 

z Jezusem tworzymy świętą trójcę. Człowiek zatem niech nie rozdziela tego, co Bóg złączył. I teraz pytam się: Kto jest w stanie rozdzielić coś takiego? Nikt! Nikt, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, nikt nie może rozbić tego przymierza. Naprawdę nikt, po tym, jak Bóg go pobłogosławił. I kiedy te dwie dziewicze osoby zawierają związek małżeński, o jakież błogosławieństwo spoczywa na takiej parze!

Ujrzałam również ślub moich rodziców: gdy mój ojciec wkładał mojej matce pierścionek na palec, a ksiądz ogłaszał ich mężem i żoną, Pan przekazał ojcu laskę pasterską, która wyglądała jak zgięta na górze   świetlista laska; to jest łaska, którą Pan daje mężowi. To prezent autorytetu Boga Ojca, aby ten mąż mógł opiekować się małą trzódką swojej rodziny, którą są jego dzieci, dane mu w darze w małżeństwie, i aby bronił swego małżeństwa, aby strzegł swoich dzieci przez wieloma szkodami i niebezpieczeństwami, na jakie narażona jest rodzina.

Mojej matce Bóg Ojciec dał coś na kształt ognistej kuli i umieścił ją w jej sercu. Oznacza ona miłość Ducha Świętego; zobaczyłam, że moja matka była bardzo czystą kobietą. Bóg był pełen radości.

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak wiele nieczystych duchów próbowało zaatakować mojego ojca w tamtym momencie. Te duchy wyglądały jak larwy, pijawki. Musicie wiedzieć, że gdy ktoś ma pozamałżeńskie stosunki płciowe, to wówczas te nieczyste duchy uczepiają się natychmiast tej osoby,     oblepiają wszędzie, zaczynają od genitaliów, biorą w posiadanie ciało, hormony, osadzają się w mózgu, zajmują przysadkę mózgową, grasicę (glandula) i wszystkie neurologiczne miejsca organizmu ludzkiego oraz rozpoczynają produkcję mnóstwa hormonów, które pobudzają niskie instynkty. Przekształcają dziecko Boże w niewolnika swej żądzy, instynktów, pożądania seksualnego. Czynią z niego człowieka, o którym mawia się, że używa życia. A my mówimy tak lekkomyślnie: Raz się żyje - i to „raz" pociąga za sobą gorzkie konsekwencje.

Gdy para małżeńska jest dziewicza, Bóg jest szczególnie uwielbiony. Bóg zawiera z nimi święte przymierze i błogosławi ich seksualność. To błogosławieństwo otrzymuje również para, która nie zawarła związku małżeństwa, będąc czystą (narzeczeństwo). Seksualność bowiem nie jest grzechem. Bóg dał ją jako            błogosławieństwo. Tam gdzie małżeństwo zawierane jest przed Bogiem, jest On obecny, także w łożu małżeńskim. W sakramentalnie zawartym małżeństwie osoby udzielają sobie łask Bożych w intymnym obcowaniu, w związku niepobłogosławionym brudzą się wzajemnie swoim grzechem. Bóg raduje się, gdy może im towarzyszyć w ich nowym życiu. Bóg i taka para tworzą jedność. Szkoda, że wiele małżeństw nie wie tego i nie myśli o tym. Gdy bierze się ślub w Kościele jedynie z tradycji, nie wierząc w sakrament, błogosławieństwa nie ma.

 

Wielu myśli podczas ceremonii o tym, aby jak najszybciej się skończyła, aby mogli wreszcie świętować, jeść, pić, bawić się. Zapominając  o Panu. Tak jak ja wtedy uczyniłam i zostawiłam Go samego. Do głowy mi nie przyszło, aby zaprosić Pana do mojego nowego domu, do mojego nowego życia. On tak bardzo lubi być zapraszanym do bycia z nami we wszystkich sytuacjach życiowych. Chce, abyśmy odczuli Jego obecność. Wprawdzie jest obecny z racji sakramentu małżeństwa, ale lubi, kiedy z własnej woli Go o to prosimy i zapraszamy.

Także i ja nie zaprosiłam Go, aby po moim weselu przybył do mojego domu. Zostawiłam Go w kościele, potem spędziłam moje tygodnie miodowe, w ogóle nie myślałam już o Nim, powróciłam do domu, a On smutny pozostał na zewnątrz i w ogóle nie zwracałam na Niego uwagi, nie zapraszałam do siebie.

Ale jak dobrze byłoby dla małżonków, gdyby byli świadomi Jego obecności i nie popełniali tego samego błędu, jak ja wtedy. Przy ślubie moich rodziców najpiękniejsze było to, że Bóg przywrócił memu ojcu wszystkie łaski, które stracił z powodu swego rozpustnego życia. Bóg uczynił to z miłości do mojej matki, jego żony, która jako dziewica zawarła związek małżeństwa. Bóg uleczył przez to zbrukaną seksualność mojego ojca i cały związany z nią nieporządek hormonalny. Ale ponieważ ojciec był bardzo „męski" - istny, tak zwany macko - i jego przyjaciele zaczęli go znowu zatruwać i zwodzić, mówiąc mu, aby nie dał się wodzić za nos swojej żonie, szybko go przekonali do powrotu do swego wcześniejszego trybu życia. Okazał się niewiernym swojej powierzonej żonie, mojej matce, już w 14 dni po swoim weselu i dał się zaciągnąć do domu publicznego, by udowodnić swoim przyjaciołom, że jest panem, że nie będzie pantoflarzem.

I wiecie, co się stało z laską pasterską, którą otrzymał od Pana? Demon mu j ą zabrał. I wszystkie te brudne złe duchy powróciły i przykleiły się do niego. Mój ojciec przeobraził się z pasterza swojej rodziny w wilka, który nie chronił już swej rodziny, a otworzył demonom drzwi na oścież i stał się postrachem całego domu.

Mój ojciec powiedział we łzach po tamtej stronie: Dzięki mojej cudownej Żonie, twojej matce, która modliła się przez 38 lat za mnie o moje nawrócenie i prowadziła przykładne życie jako ofiarna matka, zostałem uratowany przed piekłem.

 …............................................................................................................................................................

Moja matka modliła się przez 38 lat za swego życia za tego mojego ojca, który prowadził zepsute i pełne

cudzołóstwa życie, także z winy mojego dziadka, który zabrał go, 12-latka, z sobą do domu uciech, by zrobić z niego mężczyznę. I wiecie jak modliła się zawsze moja matka przed Najświętszym

 

Sakramentem? Mówiła: Panie, wiem Boże mój i ufam, ze nie pozwolisz umrzeć swojej służebnicy, zanim nie ujrzę nawrócenia mojego małżonka. Proszę Cię nie tylko za moim mężem, a błagam Cię również, abyś wspierał wszystkie te biedne kobiety, które znajdują się w tej samej nieszczęśliwej sytuacji, co ja. Szczególnie proszę Cię za tymi kobietami, które oddają się mocy wróżbitów, czarnoksiężników i innym narzędziom magii oraz siłom demonicznym. Proszę Cię za wszystkimi tymi, które w ten sposób sprzedają demonom swoje dusze i dusze swoich dzieci, zamiast być przed Najświętszym Sakramentem -przed Tobą - modlić się tutaj i Cię uwielbiać. Proszę Cię także za nimi Wspieraj je wszystkie i uwolnij je z więzów złego!

 

Tak modliła się moja matka. I wiecie, dlaczego zawsze kochałam swego ojca i na niego spoglądałam? Ponieważ moja matka była właśnie dobrą kobietą, która nas nigdy, ani trochę, nie skłaniała do tego, by kogoś nienawidzić i nawet nie naszego ojca, mimo że dawał jej ku temu powody.

Czasami moja matka mawiała do mnie w swoich bredniach, jakoby miała widzenie i ujrzała, że po każdym ciężkim grzechu ziemia się otwiera i połyka daną duszę. Często naigrawałam się z tych jej opowiadań i nazywałam ją głupią oraz naiwną. Mówiłam często do niej: Wiesz co, Bóg mi właśnie pokazał, jak otwarła się ziemia i połknęła tatę. Mówiłam to, nawiązując do jej wypowiedzi odnośnie do ciężkich grzechów.

Ale w tym drugim świecie stało się jasne, że moja matka naprawdę miała mistyczną wizję. Odpowiedziała mi tak: Tak, moja córko, widziałam twego ojca. Był spętany przez diabła, który chciał go zaciągnąć do otchłani. Ale musisz wiedzieć, że owiłam go natychmiast moim różańcem i zaciągnęłam do kościoła przed Najświętszy Sakrament To była ustawiczna walka. Szatan chciał go zaciągnąć w dół swymi pętami, a ja swoim różańcem ciągnęłam go Z powrotem w górę. i kiedy wreszcie przyprowadziłam go do kościoła, rzekłam do Pana: „Oto przyprowadzam Ci go i ufam Tobie, że go uratujesz".

Mój ojciec nawrócił się osiem lat przed swoją śmiercią. Z głęboką skruchą prosił Boga o przebaczenie, a miłosierny Bóg odpuścił mu. Mój ojciec jednakże nie odpokutował swoich czasowych kar za grzechy. Wprawdzie żałował, wyspowiadał się i otrzymał rozgrzeszenie, ale nie miał okazji odbyć pokuty. Dlatego znajdował się w Czyśćcu aż po szyję w tym cuchnącym bagnie, które już wcześniej opisałam.

Pokutowanie za popełnione grzechy i zadośćuczynienie to jedna z tych rzeczy, o których tak łatwo zapominamy. Właściwie to bardzo mało o tym myślimy. I jest też tak, że my sami z siebie bardzo mało możemy zadośćuczynić. Ale Jezus w Najświętszym Sakramencie może nam udzielić łaski, abyśmy mogli pokutować. Gdy Go odwiedzamy w Najświętszym Sakramencie

 

i uwielbiamy Go, otrzymujemy często ten dar pokuty, zadośćuczynienia za skutki naszych grzechów. Właśnie w tym drugim świecie Bóg ukazuje nam, czym nasze grzechy skutkują dla innych. Cierpi On bardziej z powodu skutków naszych grzechów dotykających inne osoby, aniżeli z powodu samego grzechu, ponieważ te skutki są zazwyczaj bezpośrednim atakiem przeciwko Jego miłości. Bóg sam w sobie jest miłością.

Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu to jedyna droga, która nas bezpośrednio prowadzi do Nieba. Zapamiętajcie to sobie! To bardzo ważne dla nas wszystkich.

Gdy ktoś zdradza swojego małżonka/małżonkę, zdradza Pana Boga. Łamie obietnicę, którą złożył Bogu i swojemu partnerowi w dniu swego ślubu. Jeśli ktoś zamierza nie dotrzymać obietnicy małżeńskiej, niech lepiej nie zawiera związku małżeńskiego. Pan mówi do nas: Jeśli jesteś niewierny, sam siebie potępiasz. Jeśli nie jesteś wierny, to się nie żeń. Pan mówi: Moje dzieci, proście Mnie, abyście mogły być wierne swojej malżonce/maiżonkowi, abyście mogli być wierne waszemu Bogu.

Ile szkód i cierpień doświadcza małżeństwo z powodu niewierności! Gdy np. mężczyzna idzie do domu publicznego albo rozpoczyna romans ze swoją sekretarką, to pomimo prezerwatywy zaraża się wirusem. Wtedy nie pomoże żadna kąpiel. Ten wirus nie ginie i później, gdy przychodzi do swej żony, przenosi tego wirusa na nią i ten zagnieżdża się w pochwie lub w macicy, a później rozwija się z tego rak. Tak, rak!

Kto więc odważy się twierdzić, że cudzołóstwo nie zabija?! l jakże wiele kobiet, które dopuściły się cudzołóstwa, boi się potem, że zostanie odkryty ich cudzołożny związek, i wtedy chcą usunąć dziecko. Zabijają niewinnego człowieka, który nie może jeszcze ani mówić, ani się bronić. To kilka przykładów nieprzewidzianych konsekwencji grzechów, krótkiej chwili przyjemności.

Cudzołóstwo zabija w wieloraki sposób. Potem mamy jeszcze czelność skarżyć się na Boga, atakować Jego własną bronią i zrzucać na Niego winę, gdy rzeczy nie mają się tak, jak tego byśmy chcieli, gdy mamy problemy, nawiedzają nas choroby. To my fundujemy sobie nieszczęście i ściągamy je na siebie naszymi grzechami. Za grzechem stoi zawsze przeciwnik, szatan. Otwieramy mu drzwi, gdy ciężko grzeszymy. I gdy spotyka nas jakieś nieszczęście, wtedy Boga obarczamy odpowiedzialnością za to. Biada temu, który próbuje zniszczyć małżeństwo. Gdy ktoś rujnuje małżeństwo, uderza w skałę, którą jest Jezus. Bóg chroni małżeństwo, nigdy w to nie wątpcie!

Chciałabym Wam też jeszcze powiedzieć, że musicie dobrze uważać na wszelkiego rodzaju teściów, którzy mieszają się do małżeństwa dzieci, aby zniszczyć ich związek, zaszkodzić relacji małżonków, siejąc nieufność, uważając się za kogoś mądrzejszego. Nawet jeśli nie lubicie swojej synowej lub zięcia, czy sprawiedliwie czy nie, nie mieszajcie się w ich związek. Lepiej pomódlcie się za to małżeństwo. Oboje są już w małżeństwie i nic już nie można zrobić. Jedyną rzeczą, którą możecie zrobić, to modlitwa za nich. Módlcie się za to małżeństwo i milczcie. I ofiarujcie Panu to swoje milczenie, które być może nie przychodzi Wam łatwo. Wiele kobiet samo się potępiło, ponieważ mieszały się do małżeństwa swoich dzieci. To bardzo ciężki grzech. Gdy zauważacie, że coś nie jest w porządku, że jedno z nich grzeszy przeciwko małżeńskiej obietnicy, bądźcie cicho i módlcie się.

Proście Boga za nimi, proście Boga o pomoc. Możecie również porozmawiać z obojgiem i prosić ich, aby ratowali swe małżeństwo, aby brali pod uwagę swoje dzieci, gdyż małżeństwo jest po to, aby kochać, obdarzać się i wzajemnie sobie przebaczać. Trzeba walczyć o małżeństwo, ale nie poprzez mieszanie się i ustawianie po jednej stronie barykady.

…................................................................................................................................................................

Przebiegłość diabła

Kto oglądał film „Pasja" Mela Gibsona, ten przypomni sobie, że szatan był ukazany podczas biczowania Pana jako dziecko, które patrzyło na Jezusa i uśmiechało się do Niego. Wiecie, dziś szatan nie jest już dzieckiem, jest potworem, przyczyną i sprawcą wszelkiego zła, perwersyjnym, wstrętnym typem, który zniewolił wiciu ludzi żądzą ciała, czarami i fałszywymi naukami, np. jak ta, gdzie diabeł twierdzi, jakoby w ogóle nie istniał. Wyobraźcie sobie, jaki jest sprytny, że daje się zanegować. Wmawia nam, że go nie ma, aby mógł spokojnie czynić z nami wszystko, co chce. Samych wierzących okłamuje na wszelki możliwy sposób. Sieje zamęt wśród ludzi na tysiąc sposobów i u każdej pojedynczej osoby wykorzystuje jej słabe punkty. Tak więc wielu jest praktykujących katolików, którzy chodzą na Mszę św. i jednocześnie do wróżbitów. Zły bowiem wmawia im, że to nic złego i że i tak pójdziemy do Nieba, gdyż nie czynimy nikomu niczego złego. Demon zwodzi, wykorzystuje i dyryguje wszystkim za pomocą świetnie przemyślanego planu: podstępem.

Mówię Wam jednakże, że jeśli wybieracie się do wróżki, nieważne co tam robicie lub czego nie robicie; bestia tak i tak odciśnie na Was swoją pieczęć, jeśli zwracacie się ku okultyzmowi, chodzicie do tarocistów, wywołujecie duchy, paracie się okultyzmem i astrologią, bierzecie udział w seansach z

….........................................................................................................................................................

wirującymi stolikami - przy tych wszystkich „hobby", które w dzisiejszym świecie są w modzie, Zły wyciska na Was swoją pieczęć.

Po raz pierwszy w takim miejscu byłam z mój ą koleżanką, która zabrała mnie do czarownicy, by ta przepowiedziała mi moją przyszłość, i tam zostałam opieczętowana przez bestię. Tak, Zły wycisnął wtedy na mnie pieczęć. Od tamtego czasu pojawiło się w moim życiu zło, wewnętrzne niepokoje, zamęt, nocne koszmary, lęki, udręczenia, obawa, przerażenie. Ogarnęła mnie chęć samobójstwa. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć przyczyny tej chęci. Płakałam, czułam się nieszczęśliwa i nigdy więcej nie miałam w sobie pokoju. Wprawdzie modliłam się, ale czułam, że Pan jest tak daleko ode mnie, nigdy już nie odczuwałam bliskości Boga, jakiej doświadczałam, będąc dzieckiem. Coraz trudniej było mi się modlić. To takie jasne: otwarłam Złemu drzwi i wkroczył w moje życie z całą swoją mocą.

Dusze Czyśćcowe

 

Powracam teraz do tego strasznego miejsca, w którym się znajdowałam, na skraju tej okropnej przepaści. Musicie wiedzieć, że byłam bezbożnicą, w praktyce ateistką. Nie wierzyłam już w istnienie diabła, a tym samym w istnienie Boga. Tutaj jednakże - w tych okolicznościach - zaczęłam krzyczeć: O wy, Biedne Dusze Czyśćcowe, proszę was, wyciągnijcie mnie stąd, wydostańcie mnie. Proszę, pomóżcie mi!

Gdy tak krzyczałam, przepełnił mnie dotkliwy ból. Wówczas zauważyłam, jak miliony, wiele milionów ludzi płakało i szlochało. Ujrzałam nagle, że były tu niezliczone rzesze ludzi młodych, przede wszystkim młodych osób, wszyscy pośród niewymownych cierpień. Pojęłam, że w tym strasznym miejscu, w tym bagnie pełnym nienawiści i cierpienia zgrzytali zębami, i wydawali z siebie takie ryki i wrzaski z bólu, że przyprawiało mnie to o dreszcze, czego nigdy nie zapomnę.

Macie pojęcie? To jest nieobecność Boga, to są grzechy, to ich konsekwencje. Macie pojęcie, czym jest grzech1? To całkowite przeciwstawienie się Bogu, który jest nieskończoną miłością. Grzech jest czymś tak przerażającym, że ma takie straszne skutki. A my żartujemy sobie z tego. Żartujemy z grzechu, piekła i demonów. Jednocześnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, co robimy. Od tamtego przeżycia upłynęły lata, ale zawsze, gdy o tym myślę, płaczę z powodu cierpień tych wielu ludzi (Pani Polo wybucha płaczem). To byli samobójcy, którzy w momencie rozpaczy odebrali sobie życie, a teraz byli pośród tych mąk i katuszy; otoczeni przez te okropne stwory, okrążeni przez demony, które ich męczyły. Najgorsza w tej całej torturze była nieobecność Boga, jego kompletna nieobecność, bo tam nie czuje się Boga. Zrozumiałam, że ci, którzy odbieraj ą sobie życie, muszą tam tak długo pozostać, tyle lat, ile musieliby żyć na ziemi. Samobójstwem naruszyli porządek Boga, dlatego demony miały do nich dostęp.

 

Dusze Czyśćcowe zazwyczaj są uchronione od wszelkiego wpływu zła, są już świętymi Boga i nie mają już nic wspólnego z demonami. Mój Boże, tak wielu biednych ludzi, szczególnie młodych, tak wielu, wielu, płaczących, cierpiących niewymownie. Gdyby wiedzieli, co ich czeka po samobójstwie, z pewnością pogodziliby się z karą więzienną, niż z czymś takim. Wiecie jakie dodatkowe cierpienia muszą znosić? Muszą przyglądać się, jak ich rodzice czy najbliżsi, którzy jeszcze żyją, cierpią z ich powodu, znoszą hańbę, wpędzają się w kompleksy winy: Gdybym go wychował surowiej, gdybym go ukarał, albo: gdybym go ukarał, gdybym mu powiedział, gdybym zrobił to czy tamto, i na odwrót Te wyrzuty sumienia są przytłaczające i bolesne, stanowią piekło na ziemi.

Konieczność przyglądania się temu cierpieniu ich najbliższych sprawia im największy ból. Jest to dla nich największa męka, z której cieszą się demony i pokazują im wszystkie te sceny: Popatrz, jak twoja matka płacze. Popatrz, jak twój ojciec płaczą jak są zrozpaczeni, przepełnieni strachem, jak się obwiniają, jak dyskutują i nawzajem się oskarżają. Popatrz na cierpienia, jakie im zadałeś. Spójrz, jak teraz buntują się przeciw Bogu. Spójrz na swoją rodzinę - wszystko to twoja wina!

Te biedne dusze potrzebują przede wszystkim tego, aby ci, którzy pozostali na ziemi, zaczęli lepsze życie, zmienili swoje życie, spełniali dzieła miłości, odwiedzali chorych, aby zamawiali Msze Święte za zmarłych oraz sami w nich uczestniczyli.

Dusze te miałyby z tego wicie dobrego i czerpałyby pociechę. Dusze, które są w Czyśćcu, nic nie mogą dla siebie zrobić. Nic, zupełnie nic. Ale Bóg może uczynić coś poprzez niezmierzone łaski Ofiary Mszy Świętej. Powinniśmy im tym sposobem pomóc i zamawiać za nie Msze, sami w nich uczestniczyć i ofiarowywać nasz udział jak dar Ojcu w Niebie przez Najświętszą Maryję Pannę.

Ja, przepełniona strachem, pojęłam teraz, że dusze te nie mogły mi pomóc. W obliczu tego strachu i paniki ponownie zaczęłam wołać: Kto się pomylił? To musi być jakiś błąd! Spójrzcie, jestem święta, wszyscy nazywali mnie w moim życiu świętą. Nigdy nie kradłam i nigdy nie zabiłam. Nikomu nie zadałam cierpień. Zanim zbankrutowałam, za darmo leczyłam zęby i często nie żądałam pieniędzy, gdy nie mogli mi zapłacić. Robiłam paczki dla biednych... Co ja tu robię?

Domagałam się moich praw! Ja, która przecież byłam taka dobra, która powinnam trafić prościutko do nieba. Co tu robię? Chodziłam w każdą niedzielę na Mszę Świętą, mimo że podawałam się za ateistkę i nie zważałam na to, co mówił ksiądz. Nigdy nie opuściłam Mszy Świętej. Jeśli w całym

 

moim życiu nie było mnie na niej pięć razy, to tylko tyle, nie więcej. Co ja tutaj zatem robię? Uwolnijcie mnie stąd! Wyciągnijcie mnie stąd!

Krzyczałam i wrzeszczałam, pokryta tymi ohydnymi stworzeniami, które się mnie uczepiły: Jestem wyznania rzymskokatolickiego,, jestem praktykującą katoliczką, proszę, uwolnijcie mnie stąd!

Ujrzałam moich rodziców

Podczas gdy moje ciało na ziemi znajdowało siew śpiączce, gdy tak krzyczałam, że jestem katoliczką, ujrzałam małe światło - i wiedzcie, że tylko jedno malutkie światełko w tej nieprzeniknionej ciemności jest czymś wspaniałym, gdy znajdujecie się w takiej absolutnej, nie dającej się opisać ciemności. To najlepsze, co może się Warn w tej sytuacji przytrafić. To największy prezent, o którym można pomarzyć i na którego otrzymanie nie ośmielacie się mieć nadziei. Nad tą niesamowitą i mroczną dziurą widzę kilka stopni, spoglądam w górę i zauważam tam mojego ojca. Umarł 5 lat przed tym wydarzeniem. Stał prawie na skraju tej przepaści. Miał trochę więcej światła niż ja tam na dole. Kilka stopni wyżej zobaczyłam moją matkę, która miała więcej światła. Była zatopiona jakby w modlitwie, w postawie adoracji. Gdy ujrzałam ich oboje, wypełniła mnie taka radość, tak wielka, że nie mogąc się opanować, zaczęłam wołać: Tato! Mamo! Jakie się cieszę. Że was widzę. Proszę, wyciągnijcie mnie stąd! Proszę was z całego serca, wyciągnijcie mnie stąd! Wydostańcie mnie stąd!

Gdy skierowali swój wzrok na mnie i mój tata zobaczył mnie w tej beznadziejnej sytuacji, powinniście byli widzieć ten wielki ból, który mogłam wyczytać z ich twarzy. Po tamtej stronie natychmiast widzi się takie rzeczy, ponieważ każdego rozpoznaje się do głębi. Tak więc spojrzałam się na nich i natychmiast odczułam ogromny smutek i cierpienie Jakie czuli moi rodzice ,widząc mnie w takim stanie.

Mój tata zaczął gorzko płakać, zasłonił twarz rękami i lamentował: Moja córko! Moja córeczko! A moja matka dalej modliła się, i tak oto zdałam sobie sprawę, że moi rodzice nie mogli mnie stąd wydostać. Przy tym wszystkim wielkim cierpieniem było to, że moją sytuacją przyczyniłam się do tego, że także tam, gdzie byli, musieli dodatkowo znosić mój ból. Moje cierpienie potęgowało jeszcze to, gdy widziałam, jak dzielą je ze mną i nic nie mogli dla mnie zrobić. Pojęłam również, że byli tu dlatego, ponieważ musieli zdać Panu sprawę z wychowania, które było moim udziałem.

Byli ustanowionymi strażnikami moich talentów, które Bóg mi dał. Powinni byli ustrzec mnie przed atakami szatana swoim życiem i przykładem.

Powinni byli podtrzymywać łaski dane mi przez Pana. Wszyscy rodzice są strażnikami talentów, które Bóg daje ich dzieciom. Gdy ujrzałam cierpienie moich rodziców, przede wszystkim mojego ojca, krzyczałam zrozpaczona: Wyciągnijcie mnie stąd, zabierzcie mnie stąd!

Eutanazja

Ponownie z całej siły zaczęłam krzyczeć: Wydostańcie mnie stąd! To musi być jakaś pomyłka. Kto jest za nią odpowiedzialny? Wyciągnijcie mnie stąd!

Wtedy, gdy tak krzyczałam, moje ciało znajdowało się na ziemi w śpiączce. Byłam podłączona do wielu aparatur. Byłam w agonii. Umierałam. Moje płuca nie pracowały, nerki już nie funkcjonowały, „żyłam" jeszcze, gdyż byłam podłączona do urządzeń, i ponieważ moja siostra, która także jest lekarzem, nalegała, aby nie odłączano mnie od nich. Powiedziała do opiekujących się mną lekarzy i pielęgniarek, którzy chcieli ją namówić do zakończenia intensywnej terapii i wyłączenia aparatury: Nie jesteście Bogiem! Lekarze bowiem uważali, że nie opłaca się kontynuować intensywnej terapii. Rozmawiali już z moimi bliskimi i przygotowywali ich na to, że umrę. Mówili, że powinni pozwolić mi umrzeć w spokoju, ponieważ leżałam w agonii. Moja siostra jednakże nie ustępowała. Widzicie tu ten kontrast? W moim życiu zawsze broniłam eutanazji, tak zwane prawo do „godnej śmierci". Moja siostra tylko dlatego mogła przy mnie być, ponieważ sama była lekarzem. Przez cały czas trwała przy mnie. I wyobraźcie sobie: w momencie, gdy moja dusza była po drugiej stronie i widziałam rodziców, i krzyczałam z całych sił do nich, moja siostra usłyszała całkiem wyraźnie, jak wołałam do moich, naszych, rodziców, ciesząc się z tego, że przybyli, aby mnie wydostać...

Moja siostra jednakże źle zinterpretowała to wołanie. Prawie umarła ze strachu, kiedy usłyszała moje krzyki - naprawdę usłyszała je wyraźnie przy moim łóżku. Dla niej oznaczały to, że ostatecznie odejdę z tego świata. Krzyknęła: Moja siostra umarła! Przegrała walkę. Mój ojciec i moja matka zabrali ją. Odejdźcie stąd, tato, mamo, idźcie sobie! Nie bierzcie jej ze sobą. Ma przecież jeszcze dzieci, które są małe. Nie zabierajcie jej nam. Nie zabierajcie mojej siostry Glorii. Zostawcie ją! Lekarze musieli ją stamtąd zabrać, gdyż sądzili, że jest w szoku. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ przeżyła wiele: śmierć mojego siostrzeńca, którego potem musiała zabrać z krematorium, śmierć swojej siostry lub jej krytyczną sytuację; nie umarła, ale nie przeżyje dzisiejszego dnia, jak mniemali lekarze. Obciążona była tymi troskami i obawami już od 3 dni i do tego wszystkiego nie mogła jeszcze spać. Nic dziwnego, że jej koledzy sądzili, że postradała zmysły.

 

Egzamin

Na nowo zaczęłam krzyczeć: Nie rozumiecie! Wyciągnijcie mnie stąd, jestem przecież katoliczką! To wszystko musi być jakimś nieporozumieniem, pomyłką! Któż się tam pomylił! Proszę, wyciągnijcie mnie stąd!

I gdy tak rozpaczliwie krzyczałam, nagle usłyszałam głos, tak słodki i miły głos, niebiański głos. Słysząc go, moja cała dusza drży z radosnego podniecenia. Wypełnia się głębokim pokojem i nieobrażanym uczuciem miłości. A wszystkie te ciemne postaci błyskawicznie odstępują przerażone, nie mogą bowiem przeciwstawić się owej miłości. Tego pokoju też nie mogą znieść. Upadły na ziemię, leżały tak, jak gdyby też adorowały Pana. To zdarzenie wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Ów niesamowity pokój powraca do mnie i słyszę, jak czarujący głos mówi do mnie: No dobrze, jeśli naprawdę jesteś katoliczką, z pewnością możesz Mi powiedzieć, jak brzmi Dziesięć Przykazań Bożych!

Co za nieoczekiwane wyzwanie dla mnie. Mam się teraz ośmieszyć. Sama sobie zastawiłam tę pułapkę moim krzykiem i deklaracją. Cały świat ma teraz dowiedzieć się o mojej niesłowności i moim kłamliwym wyznaniu. Jaka straszna perspektywa dla mnie. Możecie to sobie wyobrazić? Wiedziałam, że było Dziesięć Przykazań. Nic więcej. Nic, zupełna ciemnota. Rany, jak ja się z tego wypłaczę? Co mam teraz zrobić? Tylko nie się nie poddawaj, jakoś to będzie!

Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego, z całej duszy swojej...

Moja matka zawsze mówiła o pierwszym przykazaniu miłości. Nareszcie jej słowa mają jakąś wartość dla mnie. Jej ciągłe napomnienia i pouczenia nie były więc nadaremne. Wybiła zatem godzina, by udowodnić, jaką to jestem grzeczną i posłuszną córeczką. Moja mama ucieszy się z tego. Przekonajmy się, czy z tą szczątkową wiedzą dam sobie radę, nie ujawniając mojej pozostałej ignorancji. Myślałam, że ze wszystkim sobie poradzę, tak jak to było w moim życiu. Miałam zawsze najlepsze wymówki i zawsze mogłam się ze wszystkiego wykaraskać. Zawsze tak się usprawiedliwiałam i broniłam, że po prostu nikt nie zauważał tego, czego nie wiedziałam i czego nie potrafiłam. Tak oto wyobrażam to sobie teraz i zaczynam po prostu mówić: Pierwsze przykazanie brzmi: Kochaj Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego! I słyszę odpowiedź: Doskonale! Zaraz po tym ten sam miły głos mówi: A ty? Kochałaś swoich bliźnich? Odpowiadam prędko: Tak, tak, kochałam ich; tak, naprawdę ich kochałam. Tak, kochałam ich!

 

Z drugiej strony dochodzi do mnie: Nie! Krótkie, krystalicznie czyste „nie!" Słuchajcie teraz, proszę, uważnie! Gdy usłyszałam to „nie", trafił mnie jakby piorun, wtedy dopiero tak naprawdę poczułam uderzenie pioruna. To było jak szok, byłam jak sparaliżowana. A głos mówił dalej: Nie, nie kochałaś swego Boga ponad wszystko! A jeszcze mniej kochałaś swego bliźniego jak siebie samą! Ulepiłaś sobie własnego Boga. Utworzyłaś go sobie tak, jak ci akurat pasowało. Tylko momentami dawałaś swemu Bogu miejsce w życiu, gdy byłaś w największej potrzebie. Był twoim przyciskiem alarmowym! Rzucałaś się na ziemię przed Nim, gdy byłaś jeszcze biedna, gdy twoja rodzina żyła w prostych warunkach, a ty koniecznie chciałaś mieć wykształcenie zawodowe i pozycję społeczną. Tak, wówczas modliłaś się każdego dnia i spędzałaś na tym wiele czasu. Wiele godzin błagałaś Pana, prosiłaś Go na kolanach. Bezustannie prosiłaś o to, by uwolnił cię z nędzy, by umożliwił ci wykształcenie zawodowe i aby pozwolił ci być kimś poważanym w społeczeństwie. Kiedy byłaś w potrzebie, chciałaś po prostu pieniędzy. „Odmówię zaraz różaniec, Panie, ale nie zapomnij dać mi pieniędzy! "-tak wyglądało wiele twoich modlitw! I to była twoja relacja z Bogiem! Tak obchodziłaś się ze swym Bogiem, i według własnych wyobrażeń przyznawałaś Mu miejsce w swoim życiu!

To prawda, w taki sposób traktowałam Pana Boga w moim życiu. To smutna prawda, której nie mogę upiększyć ani jej zaprzeczyć. Mogę dodać jeszcze, że Bóg  był dla mnie swego rodzaju bankomatem. Wrzucałam „różaniec" i musiała wtedy wysypać się pewna suma pieniędzy. Taka była moja relacja z Bogiem.

Pokazano mi to i zdałam sobie z tego sprawę. Gdy tylko Pan pozwolił mi otrzymać dobre wykształcenie zawodowe, gdy tylko sprawił, że znaczyłam coś w społeczeństwie, że byłam „kimś", gdy tylko pozwolił na wzbogacenie się, tak że mogłam sobie na wiele pozwolić, nagle Bóg stał się nieważny dla mnie - stał się poboczną rzeczą w moim życiu. Zaczęłam być zarozumiała - zarozumiałość to bardzo niebezpieczny odcinek na drodze życia! Moje ego stało się gigantyczne! Nie byłam zdolna nawet do najmniejszego odruchu miłości ani do wdzięczności wobec Pana! Być wdzięczną! Nigdy, przenigdy! Niby czemu! Przecież sama wszystko osiągnęłam! Stałam się „kimś". Ja sama osiągnęłam wszystko to, o czym marzyłam. Byłam całkowicie ślepa, nie mogłam już przypomnieć sobie swoich próśb i błagań! Niemożliwością było dla mnie powiedzieć: Panie, dziękuję za kolejny dzień, który mi darujesz! Dziękuję za moje zdrowie! Dziękuję Ci za życie i zdrowie moich dzieci. Dziękuję Ci za to, że mamy dach nad głową; pomóż również biednym ludziom, którzy są bezdomni i nie wiedzą, czym się dziś pożywią! Daj im przynajmniej coś do jedzenia; nie pozostawiaj ich samych; wspomóż ich!

…............................................................................................................................................................

Niczego z tego wszystkiego nie mogłam powiedzieć. Nie byłam do tego zdolna. Nie myślałam też o tym. Byłam totalnie skupiona na sobie. Moje , ja" wystarczało mi. I tak oto byłam najbardziej niewdzięczną istotą, jaką tylko można sobie wyobrazić. Co więcej, ponieważ nie byłam zdolna do okazania wdzięczności, nawet gardziłam Bogiem i wystawiałam Go na pośmiewisko.

Ezoteryka - Reinkarnacja

Bardziej niż w Niego wierzyłam w Merkurego, Wenus i inne ciała niebieskie. Amulety były dla mnie ważniejsze niż Bóg. Byłam zaślepiona astrologią oraz czytaniem z gwiazd i rozpowiadałam wokół, jak to gwiazdy wpływają na moje życie i pozytywnie je kształtują. Astrologia to jedna z rys w naszym duchowym życiu, na które nie zwracamy uwagi. I gdy później zauważamy, jak jesteśmy zaplątani w te sztuczki, będące również demonicznego pochodzenia, wówczas jest już zwykle za późno, by się z tego wyrwać. Zaczęłam wtedy ulegać modnym trendom ducha czasów. Wszystkie nauki - nawet jeśli były wytworem chorych umysłów - były dla mnie bardziej interesujące niż Radosna Nowina Pana. To wszystko było o wiele bardziej na czasie niż Pismo Święte i dwu tysiącletnia nauka Kościoła Katolickiego. Zaczęłam toteż wierzyć w to, że się po prostu umiera i potem zaczyna się żyć od nowa. Reinkarnacja była dla mnie wygodną nauką, wypełniającą moje pozbawione wiary życie. Wdzięczność dla mojego Stworzyciela była czymś obcym. Po prostu nigdy o tym nie myślałam.

Łaska była słowem, które wykreśliłam z mojego słownika - była dla mnie obcym pojęciem, którego znaczenia kompletnie zapomniałam i nie potrzebowałam już dla mojego stylu życia. A już zupełnie nie byłam świadoma tego, że Pan zapłacił za mnie wysoką cenę, że i ja zostałam odkupiona ceną Jego Przenajdroższej Krwi. Wszystko to stało się jasne podczas egzaminu z Dziesięciu Przykazań - dzięki słowom i pytaniom tego niebiańskiego głosu. Teraz ujrzałam to wszystko całkiem wyraźnie. Ślepota została jakby zmyta. Sprawdza mnie i chce wiedzieć, co wiem o Dziesięciu Przykazaniach. I pokazuje mi, że udawałam, że wmawiałam sobie, że czczę Boga; że kocham Pana. Uderza we mnie moimi własnymi słowami. Co ma to znaczyć? Mam być po prostu odesłana do diabła, do piekła?

Gdy pewnego razu przyszła do mego gabinetu miła kobieta, by okadzić moje pomieszczenia swoją mieszanką z ziół, spryskać esencjami na szczęście i odprawić rytuał odpędzania nieszczęść, powiedziałam do niej: Nie wierzę w takie bzdury. Ale niech pani to zrobi, nigdy nie wiadomo. Jeśli nie zaszkodzi, to tylko wyjdzie na dobre! I tak oto wypowiedziała magiczne

 

zaklęcia i rozpyliła swoje eliksiry, by w ten sposób wypełnić pomieszczenia szczęściem i dobrym samopoczuciem. Pozwoliłam, aby ta prymitywna magia i te przeciwstawiające się mojej nauce zabobony więcej miały wpływu na moje życie, niż Pan i Jego Radosna Nowina.

W moim gabinecie ukryłam - w kącie, aby nikt nie widział, aby nie zauważyli moi pacjenci - mięsisty liść rośliny „aloe vera", o której mi opowiedziano, że wypędza złą energię z pomieszczeń. Pomyślcie, na jakie manowce zeszłam! Dowiedzieliście się, jaka pustka zamiast prawdziwej nauki wypełniła moje życie. Jest to hańbą i wstydzę się dziś tego. W rzeczywistości takie było moje ówczesne życie! A teraz kontynuuje

…...................................................................................................................................................................

 analizę mojego życia na podstawie Dziesięciu przykazań Bożych. Przy tym wskazuje całkiem dokładnie na to, jak się zachowywałam wobec mojego bliźniego. Jakże często wołałam do Pana, że Go kocham, zanim się odwróciłam od Niego, mojego Boga. Zanim zaczęłam błądzić po drogach ateizmu i przyjmować fałszywe nauki, często mówiłam Panu: Mój Panie i mój Boże, kocham Cię!

Ja i mój bliźni

Tym językiem, którym tak chwaliłam i wychwalałam Pana, tym językiem i tymi samymi ustami krzywdziłam ludzi i przeklinałam ich. Krytykowałam wszystko i wszystkich. Nic mi nie odpowiadało. Wskazywałam palcem na cały świat i obwiniałam. Tylko na siebie nie wskazywałam, siebie nie obwiniałam! Byłam przecież „świętą Glorią", tą „dobrą", „kochaną" i „piękną". I jakże się napuszałam, gdy mówiłam, że kocham Boga; jednocześnie byłam zazdrosna, nieznośna i ani trochę wdzięczna! Nigdy nie okazywałam moim rodzicom i rodzinie wdzięczności za wszystkie trudy, miłość, wyrzeczenia, które brali na siebie, by umożliwić mi dobre wykształcenie zawodowe, by widzieć, jak awansuję społecznie, by mnie wspierać.

Do tego dochodzi jeszcze to, że skoro tylko ukończyłam studia, skoro tylko wspięłam się po drabinie kariery, wówczas moi rodzice i rodzina nie byli dla mnie ważni. Nawet ci, którzy wspierali mnie wszystkimi możliwymi środkami, stali się dla mnie kimś mało znaczącym. Tak, doszło nawet do tego, że wstydziłam się swojej matki. Wstydziłam się jej, ponieważ pochodziła z prostej rodziny i żyła w nędznych warunkach.

Ja i moja rodzina

Po tych wynikach mojego egoistycznego stylu życia ukazuje mi jeszcze podczas tego egzaminu z Dziesięciu Przykazań Bożych to, że nie spisałam się

 

również jako żona. Całkowicie nie tak, jak Bóg spodziewa się po chrześcijańskiej małżonce. Jaką byłam żoną? Jaka byłam? Cały dzień tylko narzekałam - już od momentu wstania z łóżka. Mój mąż witał mnie serdecznymi słowami: Dzień dobry! A ja na to: To ma być dobry dzień? Wyjrzyj przez okno! Znowu pada! Umiałam zawsze odparować i skrytykować; byłam w złym humorze. Nikt nie mógł mi dogodzić. Szukałam wszędzie dziury w całym i od razu zaczynałam się z tego powodu denerwować. Nie tylko wobec męża, ale także wobec dzieci zachowywałam się w ten sam nieznośny i niesprawiedliwy sposób.

Podczas tego egzaminu ukazano mi również, że nigdy nie okazywałam szczerego uczucia miłości czy prawdziwego współczucia dla moich bliźnich, moich braci i sióstr poza rodziną. Pan powiedział mi: Po prostu nigdy o nich nie myślałaś! Ujrzałam mnóstwo chorych i samotnych i zaczęłam lamentować: O Panie, jakże są biedni, opuszczeni, ci chorzy ludzie. Nikt nie troszczy się o nich! Udziel mi tej łaski, bym poszła do nich i odwiedziła ich, pocieszyła, dotrzymała towarzystwa. Także te liczne dzieci, które nie mają już matki, te małe sieroty, o Panie, jakie cierpienia muszą znosić w swoim młodym wieku.

Im więcej widziałam i im dalej postępował egzamin, tym wyraźniej widziałam przed sobą moje skamieniałe serce. Musiałam stwierdzić, iż było dla mnie niczym potwór w moim wcześniejszym stylu bycia. Wszystko było tak jasne i jednoznaczne, że w żaden sposób nie mogłam wybrnąć z opresji, do czego zazwyczaj byłam przyzwyczajona. Mówiąc wprost, krótko i treściwie: Na tym egzaminie z Dziesięciu Przykazań Bożych całkowicie poległam. Nie miałam szansy na zdanie go z tym moim minionym życiem.

To było niewyobrażalnie straszne! W moim minionym życiu żyłam w ogromnym chaosie. Nie było już żadnego porządku, jaki jest nadany stworzeniom. Co z tego, że nikogo nie zamordowałam? Podam Wam jeszcze jeden przykład: Bardzo często dawałam w darze wielu potrzebującym ludziom towary, artykuły spożywcze, ubrania i wiele innych rzeczy. Ale nigdy nie dawałam im tego z bezinteresownej miłości, lecz by mieć poważanie, by pokazać, jaka to ja jestem dobra, by wywrzeć na nich wrażenie, i by wśród ludzi stworzyć sobie dobry wizerunek. A ponieważ byłam bardzo bogata, chciałam ukazywać ludziom, jaka to ja jestem dobra i wspaniałomyślna. Powinni strzępić sobie języki z powodu tej mojej wspaniałomyślności, zazdrościć mi i podziwiać. I ponieważ byłam taka bogata, moimi podarunkami i wspaniałomyślnością chciałam sterować ich potrzebami oraz nędzą i czerpać jeszcze z tego korzyści. I tak oto mówiłam: Spójrz, daję ci to i tamto (w zależności od tego, co mi się akurat nawinęło pod rękę albo co mi zbywało), ale za to proszę cię, bądź tak dobra i pójdź zamiast mnie na wywiadówkę do szkoły moich dzieci i zastąp mnie tam, ponieważ ja nie mam niestety czasu, by iść na to zebranie, gdzie zawsze sprawdzana jest obecność. W ten

sposób wprawdzie rozdawałam wokół mnóstwo rzeczy, ale każdy dar związany był z pewnymi warunkami albo żądaniami.

….................................................................................................................................................................

Owinęłam sobie ludzi wokół palca. Manipulowałam nimi i byli ode mnie zależni. Ponadto podobało mi się niezmiernie, gdy widziałam, jak rzesza ludzi podążała za mną i opowiadała za moimi plecami, jaka to ja jestem wspaniałomyślna, dobra i święta. Tak oto stworzyłam sobie w moim otoczeniu imponujący wizerunek. Nikt nie wiedział, że był kłamliwy i że nie odpowiadał rzeczywistości.

Podczas tego mojego egzaminu wszystko wyszło na jaw. Powiedziano mi: Jedynym Bogiem, którego czciłaś, były pieniądze. Tym swoim bożkiem sama się potępiłaś! Z powodu twojego boga pieniędzy i samych pieniędzy stoczyłaś się do otchłani I tak oto sama oddalałaś się coraz bardziej od Boga. Tak było, przez pewien czas mieliśmy dużo pieniędzy, później jednak zbankrutowaliśmy. Utonęliśmy w długach - mieliśmy niewiarygodnie wiele długów. Pieniądze całkowicie się nam skończyły, nie mieliśmy już nic. l gdy wypomniano mi te pieniądze, po prostu krzyknęłam: O jakich pieniądzach mówisz? Na ziemi  zostawiłam przecież masę problemów i długów! Więcej nie mogłam już powiedzieć...

Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno

Gdy robił mi wymówki z powodu drugiego przykazania, ujrzałam w pełnym świetle, jak będąc dzieckiem, nauczyłam się, że kłamstwa są doskonałym środkiem uniknięcia kar mojej matki, które czasami mogły być bardzo surowe i dotkliwe. W ten oto sposób zaczęłam iść przez moje życie, mając przy sobie ojca wszelkiego kłamstwa, szatana. Stał się moim towarzyszem, a ja wielką kłam czynią. Zaprawiałam się w tej sztuce kłamania; byłam coraz to doskonalsza. Wraz z tym, jak wielkie i perfidne stawały się moje grzechy, powiększały się moje kłamstwa; stawały się coraz większe oraz bezwstydne. Widocznie chciałam udowodnić samej sobie, do jakiego mistrzostwa w tej dyscyplinie kłamania mogłam dojść. Kłamstwa stawały się coraz bardziej wymyślne i pogrążałam się w nich - podobnie jak w długach.

Grzech kłamstwa osiągnął swój punkt kulminacyjny w przypadku sacrum i samego Boga. Zauważyłam, że moja mama miała głęboki szacunek dla Pana. Dla niej Imię Pańskie było czymś godnym czci, czymś świętym. Przemyślałam sobie to dobrze i pomyślałam, że to najlepsza broń dla mnie. Tak oto miałam kontrolę nad moją matką. W ten sposób zaczęłam przysięgać na Boga w każdej drobnostce, by zatuszować moje kłamstwa. Wymawiałam

….........................

Imię Boże lekkomyślnie i bezpodstawnie. Mówiłam na przykład do mamy: Mamo, na Rany Chrystusa przysięgam ci, że... lub Mamo, przysięgam na Boga, zapewniam cię itd. itp. Tak oto dzięki tym wiarygodnie spreparowanym kłamstwom wymigiwałam się od dobrze zasłużonych kar mojej matki.

Czy możecie sobie wyobrazić, że dla moich kłamstewek, małych świństewek, tego błota, w którym czułam się tak dobrze, nadużywałam Najświętszego Imienia Boga i przez to także Jego wciągałam w to błoto, ponieważ ja sama tkwiłam po szyję w owym szambie grzechów. Moi drodzy Bracia i Siostry, dzięki temu doświadczeniu, o którym teraz właśnie mówię, nauczyłam się i doświadczyłam na własnej skórze, że słowa i zdania, które wychodzą z naszych ust, i które często tak lekkomyślnie i bez zastanowienia wypowiadamy, nie idą na wiatr i nie przepadają. Ale pozostają często rzeczywistością, która nas później dogoni i kłamstwa niczym bumerang powrócą do nas, a mówiąc dobitniej, spadną na nas.

Może zjeżą Warn się włosy na głowie, gdy opowiem wam następującą rzecz; nie raz, a bardzo często, kiedy moja matka była naprawdę nieugięta i po prostu nie chciała mi wierzyć, mówiłam do niej: Mamo, niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię. Mówię ci cala prawdę! Te moje częste zapewnienia popadały w zapomnienie i nikt nie myślał już o nich. Ale teraz popatrzcie, jedynie dzięki Miłosierdziu Boga stoję przed Wami, bo w rzeczywistości uderzył we mnie piorun, przeszedł praktycznie przez całe moje ciało, przedzielił mnie praktycznie na dwie części i całkowicie spalił. Ukazano mi w zaświatach, jak to ja, która tak pięknie podawałam się za katoliczkę, nie dotrzymywałam słowa, byłam gołosłowna i dla moich niecności nadużywałam zawsze Najświętszego Imienia naszego Pana i Boga. Byłam pod wrażeniem, jak Pan znosił wszystkie te straszne i okropne czyny, i jak równocześnie wszystkie stworzenia padały przed Nim na ziemię w geście imponującej adoracji i czci. Widziałam Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Bożą u stóp Pana, adorującą Go. Modliła się za mnie i błagała Go. A ja, wielka i podła grzesznica, przebywając w moim bagnie byłam z Panem na „ty". Ja, która rzekomo byłam taka dobra i miałam tak dobrą reputację, którą sobie przecież kupiłam moimi manipulacjami. Ujrzałam siebie, jak to często buntowałam się przeciw Panu, jak to byłam wściekła na Niego, zwymyślałam Go i także przeklinałam. Świadomość mojej przeszłości i jasne jej widzenie było dla mnie nie tylko wstydem, ale i nieznośnym oraz bolesnym doświadczeniem.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

Była to dla mnie straszna chwila, gdy podczas egzaminu z Dziesięciu Przykazań Bożych, przyszła kolej na przykazanie święcenia dnia Pańskiego i świąt. Ogarnął

…........................

mnie nieznośny ból. Głos powiedział mi jasno i wyraźnie, że codziennie do 4-5 godzin zajęta byłam swoim ciałem, moim wyglądem, moją rzekomą urodą, i przy tym nie poświęciłam nawet l  minut na to, by okazać Panu swą miłość i wdzięczność, by pomodlić się do Niego. Tak, często było nawet tak, że gdy obiecałam Mu różaniec, odmawiałam go zazwyczaj w pośpiechu i stresie. Bywało przy tym, że mówiłam: Jak dobrze się składa. W czasie reklamy podczas mojej ulubionej telenoweli mogę odmówić różaniec. I ukazane mi zostało na tamtym świecie, jak niewdzięczna zawsze byłam wobec mojego Pana, nigdy nie przyszło mi na myśl, by podziękować Mu, mojemu Stworzycielowi i Zbawicielowi. Stało się jasne, jakie miałam wymówki, gdy z lenistwa nie chciałam iść na Mszę Świętą. Mamo, skoro Bóg jest wszędzie i jest wszechobecny, dlaczego więc koniecznie muszę iść do kościoła, by tam Go spotkać?

Łatwo i wygodnie było mi tak mówić. A głos ponownie wypomniał mi, że kazałam czekać Bogu każdego dnia 24 godziny, i że przez cały czas nie pomyślałam o Nim. Nie modliłam się do Niego i ani razu nie poszłam do Niego w niedzielę, by Mu podziękować, wyrazić wdzięczność, okazać mą miłość, przynajmniej w dniu Pańskim. Po prostu było to dla mnie zbyt wiele. Byłam zbyt dumna i do tego pyszna.

Najgorsze w moim przypadku było to, że wizyta w kościele była dla mojej duszy jak wizyta w restauracji. Moja dusza marniała - mówiąc dobitniej - głodowała, gdy nie chodziłam do kościoła, gdyż nie otrzymywała pożywienia. Poświęcałam się jedynie mojemu ciału. Dla pielęgnacji tej przemijającej powłoki zawsze miałam czas. Stałam się niewolnicą ciała. Przy tym wszystkim nie widziałam malutkiego, ale istotnego szczegółu. Miałam również duszę, o którą po prostu się nie troszczyłam. „Osierociłam" ją. Nigdy nie karmiłam jej Słowem Bożym. Byłam bowiem zdania, że ten, kto regularnie czyta Biblię, wcześniej czy później straci rozum.

Z sakramentami nie miałam nic do czynienia. Jakże mogłam wyznać grzechy jakiemuś z tych „starych, zwapniałych facetów", którzy sami byli gorsi i bardziej grzeszni niż ja. Było na rękę mi i moim świństewkom, by nie iść do spowiedzi. Ten wielki kłamca i wichrzyciel, diabeł właśnie, trzymał mnie z dala od spowiedzi i sakramentów. I tak oto szatanowi udało się zapobiegać uświęcaniu i oczyszczaniu mojej duszy. Jest bowiem tak, że demon za każdym razem, gdy popełniałam grzech, wyciskał na białej szacie mojej duszy stempel - czarny znak swojego królestwa ciemności.

Moje grzechy nie były zatem pozbawione skutków. Nie były czymś bezpłatnym i gratisowym, lecz miały poważne konsekwencje dla zdrowia mojej duszy. Nigdy - oprócz mojej Pierwszej Komunii Świętej - nie wyspowiadałam się należycie. Od tamtej pory nie chodziłam już do spowiedzi. Nierządko natrafiałam na księdza, który przyznawał mi rację odnośnie do mojego nastawienia do spowiedzi usznej, określał ten sakrament jako coś nie pasującego do naszych współczesnych czasów i nowoczesnego człowieka. I tak dochodziło do tego, że za każdym razem, gdy przystępowałam do Komunii Świętej, niegodnie przyjmowałam Pana naszego Jezusa Chrystusa w Sakramencie Ołtarza. Bluźniłam do tego stopnia, że dumna i wszystko wiedząca mówiłam naokoło:

…........................................................................................................................................................

To ma być Najświętszy Sakrament? Jak to możliwe, że sam Wszechpotężny Bóg obecny jest w kawałku chleba, Hostii. Ci księża powinni raczej dodać do Hostii trochę sosu karmelowego, aby przynajmniej dobrze smakowała, a nie tak mdło.

Moje życie tak bardzo wymknęło się spod kontroli i do tego stopnia naruszyłam porządek stworzenia, że zdolna byłam do takich bluźnierstw. I tak oto osiągnęłam najniższy punkt, dno i zniszczyłam moją relację z Bogiem, moim Stworzycielem. Nigdy nie dawałam mojej duszy czegoś naprawdę budującego, jakiejś pożywki. Dziś każda matka i każdy ojciec ponoszą tę samą odpowiedzialność, gdy nie chrzczą swojego dziecka. Sakrament chrztu to „matczyne mleko dla duszy". Często słyszy się dziś: Tak, dziecko samo powinno zdecydować, gdy dorośnie, czy chce być ochrzczone czy też nie.

Nie ochrzcić dziecka to tak jakby nie karmić go, argumentując: Tak, niech samo później zdecyduje, co chce jeść i pić!

Odpowiedzialnością naszą przed Bogiem jest dawanie dziecku właściwej pożywki dla jego duszy. Bez sakramentów sami jesteśmy pozbawieni pokarmu dla naszej duszy, i ona głoduje.

Sakrament kapłaństwa

Na domiar złego nie robiłam nic innego tylko krytykowałam księży i ukazywałam ich w złym świetle. Powinniście byli to zobaczyć, jak załamała mnie ta sprawa podczas egzaminu w zaświatach. Pan poczytał mi to postępowanie za bardzo ciężki grzech. W mojej rodzinie zwykło się plotkować o księżach. Odkąd pamiętam, w naszym domu od małego mówiło się źle o księżach. Począwszy od mojego, ojca wszyscy mawiali, że typy te są kobieciarzami, uganiają się za każdym fartuchem i wszyscy razem byli bardziej pobłogosławieni pieniędzmi i bogactwem niż my biedni ludzie. Wszystkie te oszczerstwa, my dzieci, powtarzaliśmy od małego. Pan powiedział do mnie smutnym, ale surowym głosem: Co ty sobie myślałaś, że kim ty jesteś, aby tak czynić, jak gdybyś była Bogiem, i wydajesz osąd o moich konsekrowanych, i przy tym oczerniasz ich i im wymyślasz? Kontynuował: Są ludźmi z krwi i ciała. A jeśli chodzi o świętość księdza, to ta wspomagana jest

 

przede wszystkim przez wspólnotę wiernych, przez parafian. Wspólnota wspiera konsekrowanego swoimi modlitwami, szacunkiem. A kiedy ksiądz dopuszcza się grzechu, wtedy nie powinniście tak bardzo wypytywać go o powód i obwiniać, lecz o wiele bardziej szukać winy we wspólnocie, która nie okazała mu szacunku, nie data wsparcia, nie modliła się za niego lub  robiła to w niewystarczającym stopniu.

I Pan pokazał mi wówczas, jak to za każdym razem, gdy krytykowałam księdza i stawiałam go w złym świetle, demony rzucały się i przylegały do mnie. Ponadto widziałam, jak wielkie zło czyniłam, gdy przedstawiałam konsekrowanego jako homoseksualistę, i nowina ta szła lotem błyskawicy przez całą wspólnotę. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakie wielkie i ogromne szkody wyrządziłam.

Wiecie, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, gdy ksiądz upada, wtedy wspólnota odpowiedzialna jest za niego przed Bogiem. Wspólnota odpowiedzialna jest za świętość swoich kapłanów. Diabeł nienawidzi katolików, ale księży jeszcze bardziej. Nienawidzi naszego Kościoła, gdyż dopóki są księża, dopóty wymawiane są słowa Konsekracji. I my wszyscy musimy wiedzieć, że ręce kapłana dotykają Boga, nawet  jeśli jest tylko człowiekiem, ma pełnomocnictwo, by wezwać Boga z Nieba, przez jego słowo dokonuje się w kawałku zwyczajnego chleba trans substancja, przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana. Kapłan jest konsekrowanym Pana, uznanym przez Boga Ojca.

Wiecie, gdy kapłan unosi Hostię czuje się obecność Pana i wszyscy padają na kolana, nawet demony! A ja, gdy chodziłam na Mszę, nie okazywałam ani trochę szacunku i nie poświęcałam temu żadnej uwagi, żułam gumę, czasami zasypiałam, oglądałam się dookoła, myślałam o wszystkim - o banalnych rzeczach, tylko nie o tym wspaniałym eucharystycznym wydarzeniu, gdzie za każdym razem Niebo dotyka ziemi. Potem miałam jeszcze czelność uskarżać się, pełna pychy, że Bóg mnie nie wysłuchiwał, gdy prosiłam Go o coś. Czymś imponującym było widzieć, jak całe stworzenie padało na ziemię w postawie adoracyjnej, gdy Pan przechodził. Widzę też Najświętszą Dziewicę pokorną i adorującą Pana, z czołem pochylonym do samych nóg Pana, modlącą się za mnie. Zanosiła do Niego wszystkie modlitwy, jakie były wznoszone ku Niebu w mojej intencji. A ja grzesznica, w mojej nie-wrażliwości i z lodowatym, skamieniałym sercem, nieczuła na wszystko, co dobre, traktowałam Pana tak o: Ty tam, ja tutaj. Twierdziłam jeszcze potem, że jestem dobra, prawie święta. Tak, byłam istną ruiną, niczym innym-religijnym zamkiem na lodzie, postawionym na piasku i bagnie! Gardząc Panem i obrażając Go - Jego, który z miłością zawsze był tuż za mną, zatroskany

 

o mnie! Wyobraźcie sobie taką grzesznicę! Przecież nawet demony z pokorą musiały rzucić się na ziemię przez Panem, gdy przechodził.

Godzina śmierci - nasza „ostatnia godzina"

Te konsekrowane ręce kapłana, och, jak bardzo demon ich nienawidzi! Strasznie nienawidzi tych rąk, upoważnionych przez Niebo. Diabeł tak bardzo odczuwa wstręt do nas katolików, ponieważ mamy Eucharystię, ponieważ jest ona otwartą bramą do Nieba i jest tą jedyną bramą. Kto pożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne! Nie przyjąwszy Eucharystii, to znaczy Ciała i Krwi Przenajdroższej Pana, nikt nie może wkroczyć do wiecznej szczęśliwości. Pan przychodzi do każdego umierającego człowieka, obojętnie jaką wiarę wyznawał czy nie wyznawał, do każdego z osobna przychodzi Pan w jego ostatniej godzinie i objawia się mu, mówi mu pełen miłości i miłosierdzia: To Ja, twój Pan!

Gdy ten człowiek przyjmuje swego Pana i prosi o przebaczenie swoich grzechów, dzieje się coś niesłychanego, co trudno wyjaśnić: Pan błyskawicznie zabiera tę duszę do miejsca, gdzie sprawowana jest Msza Święta i ów człowiek przyjmuje wiatyk. To mistyczna komunia. Bowiem tylko ten, kto otrzymuje Ciało i Krew Pana, może wejść do Nieba. To tajemnicza łaska, którą dał Bóg naszemu Kościołowi, i tak wielu jest ludzi, którzy klną na Kościół. Jednakże tylko w Kościele Katolickim możemy znaleźć zbawienie. Ci umierający mogą wówczas dostąpić zbawienia, idą do Czyśćca, ale są uratowani. Tam nadal czerpią łaskę z Eucharystii. Dlatego też diabeł tak bardzo nienawidzi kapłanów. Dopóki są księża, dopóty chleb i wino są przemieniane. Z tego względu naszym obowiązkiem jest modlić się wiele za księży, gdyż demon atakuje ich nieprzerwanie. Pan pokazał mi to wszystko. Jedynie przez kapłana możemy np. otrzymać sakrament pokuty i pojednania. Jedynie przez kapłana otrzymujemy przebaczenie naszych win.

Wiecie, czym jest konfesjonał? To wanna, kąpiel dla duszy. Nie kąpiel z mydłem i wodą, a z Krwią Chrystusa: Gdy dusza jakiegoś człowieka stała się wskutek grzechu brudna i czarna, może on ją umyć Krwią Chrystusa podczas spowiedzi. Ponadto zrywane są pęta, którymi szatan związał nas z sobą.

Stąd logiczną rzeczą jest, że diabeł najbardziej nienawidzi kapłanów i chce ich doprowadzić do upadku. Nawet ci kapłani, którzy sami są wielkimi grzesznikami, mają moc odpuszczania grzechów, jak i ważnego szafowania każdym sakramentem. Pan ukazał mi, jak to się dzieje. A dzieje się to w Ranie Jego Serca. Są rzeczy, które przekraczają ludzkie pojęcie, ale to duchowa rzeczywistość. Przez tę Ranę Pana dusza wznosi się do Boskiego

wymiaru, wznosi się do Miłosierdzia Bożego, do bram Bożego Miłosierdzia; dusza wznosi się i oczyszczana jest w Sercu Wiecznego Arcykapłana Najświętszą Krwią Krzyża.

Widziałam, jak moja dusza została oczyszczona poprzez wyznanie grzechów. Przy każdym grzechu, którego szczerze żałowałam i wyznałam go, Pan rozwiązywał pęta, które mnie mocno trzymały przy szatanie. Jaka szkoda, że oddaliłam się od sakramentu pokuty i pojednania. Ale to wszystko jest dla nas możliwe tylko dzięki kapłanowi. Tak samo w przypadku wszystkich pozostałych sakramentów: przyjmujemy je dzięki kapłanowi. Dlatego mamy obowiązek modlić się za księży, aby Bóg strzegł ich, oświecał i prowadził.

Teraz można pojąć, dlaczego diabeł nienawidzi Kościoła i kapłanów, ponieważ święty kapłan ma moc wyrwania szatanowi wielu dusz.

Czcij ojca swego i matkę swoją

Doszliśmy do czwartego przykazania: Czcij ojca swego i matkę swoją! Także tu Pan ukazał mi, jak niewdzięczna byłam podczas mego życia względem moich rodziców. Jak często i jak strasznie klęłam na nich oraz zwymyśłam ich. Wyrzucałam im, że nie mogli mi zaoferować tego wszystkiego, co otrzymały już moje koleżanki. Zobaczyłam, jak bardzo byłam nieumiejącą niczego cenić córką, dla której wszystko, co z trudem i wyrzeczeniami dawali mi moi rodzice, nie miało żadnej wartości. Tak, nawet do tego stopnia żywiłam urazę do moich rodziców, że twierdziłam, że ta kobieta nie może być moją matką, gdyż po prostu jest dla mnie zbyt prymitywna i wydawała mi się nikim, aby była moją matką.

Przerażającą rzeczą było dla mnie widzieć ten wynik o mnie samej: widzieć siebie, jako kobietę bezbożną, i jak ta bezbożna kobieta wszystko niszczyła oraz negatywnie wpływała na wszystko, co stanęło jej na drodze. Najgorsze w tym wszystkim było, że wmawiałam sobie, że jestem kimś wyjątkowym, przede wszystkim dobrym i świętym. Pan wyjaśnił mi również, dlaczego wmawiałam sobie, że przy tym czwartym przykazaniu nie muszę się niczego obawiać. Byłam bowiem pewna, że z łatwością sobie tutaj poradzę, ponieważ w ostatnich latach życia rodziców finansowałam lekarzy i leki, które potrzebowali, gdy chorowali. Tylko z powodu tego prostego przykładu wmawiałam sobie, że wypełniłam czwarte przykazanie bardziej niż było to nakazane. Pasowało to bowiem do mojej filozofii życia, w której wszystkie moje czyny oceniałam i segregowałam według zasady pieniędzy. Tak samo było i z moimi rodzicami. Środkami pieniężnymi manipulowałam nimi i wykorzystywałam do swoich celów. Dzięki bogactwu urosłam dla nich, żyjących w prostych warunkach, do rangi bóstwa, które sami czcili, oślepieni moimi pieniędzmi.

Ta mamoną uwarunkowana sytuacja pozwoliła mi także na bezczelne obchodzenie się z moimi rodzicami. Nie możecie sobie wyobrazić, jak bardzo bolało mnie to jasne poznanie - miałam je z łaski Boga - mojego wcześniejszego życia, jaki głęboki ból sprawiało. Musiałam przypatrywać się, jak mój tata z wielkim smutkiem płakał i szlochał nade mną i moim zachowaniem, bo mimo wszystkich swoich słabości był dobrym ojcem. Uczył mnie, by być pracowitą i prowadzić przykładne życie. Ponieważ tylko ten, kto dobrze pracuje i dobrze wykonuje swój zawód, będzie postępował naprzód i coś osiągnie. Niestety, mimo, że tak starał się mnie dobrze wychować, uszedł mu mały szczegół, całkiem istotny, a mianowicie to, że miałam także duszę, która umierała z głodu, i że on jako wzór dla swej córki miał do spełnienia misję: żyć Radosną Nowiną i wiarą. Pod tym względem całkowicie zawiódł i nie widział po prostu, jak to moje życie tonęło w bagnie wskutek braku tego małego szczegółu.

….....................................

Bolało mnie, gdy widziałam, jakim kobieciarzem był mój ojciec. Czuł się szczęśliwy i dobrze z tym, gdy mógł opowiadać mojej matce i wszystkim ludziom oraz chełpić się przy tej okazji, jakim to on jest macho, ponieważ miał równocześnie wiele kobiet i był w stanie trzymać je na wodzy oraz zadowalać. Poza tym wiele pił i palił. Z tych wszystkich wad i złych przyzwyczajeń mój ojciec był nawet dumny. Z tego powodu był bardzo zarozumiały; błędnie uważał, że nie były to wady, a wręcz przeciwnie, cnoty, które czyniły go kimś wyjątkowym.

Tak oto już w młodym wieku widziałam, jak mama siedziała w domu zalana we łzach, gdy tata zaczynał chełpić się swoimi innymi kobietami i przygodami, jakie z nimi miał. Im częściej to przeżywałam, tym większy był mój gniew, wściekłość i awersja, która mnie ogarniała. A teraz widzę przebieg mojego wcześniejszego życia i pojmuję natychmiast, że te niepohamowane uczucia powoli doprowadzały mnie do „duchowej śmierci", do obumierania mojej duszy. Ogarniał mnie ogromny gniew, gdy musiałam przypatrywać się, jak tata perfidnie upokarzał mamę na oczach całego świata.

Zaczynałam się przeciwko temu bronić, przeciwstawiać się temu, zagadywałam do mamy i próbowałam na nią wpłynąć. Mówiłam do niej na przykład tak: Nigdy nie będę taka jak ty, nie pozwolę sobie na takie rzeczy ze strony mężczyzny. My kobiety nie mamy żadnej wartości w społeczeństwie i jesteśmy dlatego tak poniżane, ponieważ są takie kobiety, jak ty, pozwalające sobie na wszystko. Kobiety, które ulegle poddają się samowoli tym macho, które nie mają już godności i dumy, a są bardziej podłamane

psychicznie. Właśnie takie kobiety, które pozwalają zarozumiałym mężczyznom na znęcanie się nad sobą i traktowanie siebie jak ostatnią szmatę.

A do mojego ojca powiedziałam, gdy byłam nieco starsza: Nigdy, uwierz mi i wbij to sobie do głowy, tato, nigdy nie dopuszczę do tego, żeby jakiś mężczyzna tak mnie traktował i upokarzał, jak ty to ciągle czynisz z mamą. Jeśli dojdzie do tego stopnia, że mężczyzna będzie mi niewierny i będzie mnie oszukiwał, zemszczę się na nim i będę się nad nim znęcać w rynsztoku. Ze mną tak nie będzie, kochany tato! W odpowiedzi na to ojciec zlał mnie na kwaśne jabłko i krzyczał na mnie: Co ty sobie myślisz? Na co sobie pozwalasz? Za kogo ty się masz, by tak mówić do mnie?

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jakim strasznym maczo był mój ojciec. Nie mogłam trzymać języka za zębami i odpowiedziałam: Nawet jeśli mnie bijesz i prawie mnie zabijasz, przysięgam ci, że nie pozwolę sobie na takie coś. W razie gdyby doszło do tego stopnia, że będąc zamężną, dowiem się o niewierności męża, wtedy zemszczę się na nim w straszliwy sposób, abyście wy mężczyźni zrozumieli, co przeżywa kobieta, gdy mężczyzna traktuje ją jak ostatnią szmatę, upokarzają, i znęca się nad nią jak nad mokrą ścierką.

W ten sposób pochłaniałam wszystkie te awersje, gniew i wściekłość, jakie były we mnie przez cały czas i wypełniałam nimi moje myśli i umysł. Ja sama zatruwałam swój umysł i charakter. Kiedy dorosłam i byłam samodzielna - i oczywiście miałam już wystarczająco dużo pieniędzy — zaczęłam ciągle wywierać presję na moją matkę, mówiąc do niej: Mamo, wiesz co? Rozejdź się z tatą, weź z nim rozwód!

Zachowywałam się tak, chociaż szanowałam tatę i lubiłam go. Mimo to od nowa zagadywałam mamę: Nie może tak być, abyś tak po prostu znosiła takiego typa jak mój ojciec! Jako kobieta bądź świadoma swej godności! Odzyskaj swój honor i pokaż mu, że jesteś kimś cennym, wyjątkowym, a nie kawałkiem szmaty, którą może się wytrzeć!

Te i podobne frazy powtarzałam nieustannie mojej matce. Możecie to sobie wyobrazić? Robię wszystko, by rozdzielić moich rodziców, by skłonić ich do rozwodu. Mama zwykle mawiała wtedy do mnie: Nie, moja droga córko, nie rozwiodę się. Nie myśl sobie, jakoby zachowanie twojego ojca nie było dla mnie bolesne i upokarzające. Cierpię bardzo z tego powodu, co z pewnością możesz sobie wyobrazić. Ale ponoszę tę ofiarę i wytrzymuję, gdyż mam was - moje siedmioro dzieci Jest was siedmioro, a ja jestem sama. Tak więc lepiej jest, aby tylko jedna osoba musiała cierpieć, a nie siedem osób musiało znosić ten ból. W końcu twój ojciec jest dobrym tatą i nie mam serca, by tak po prostu uciec i pozostawić was, abyście sami dorastali. Pytam się jeszcze ciebie: Jeśli rozejdę się z twoim ojcem, kto wtedy będzie

 

się modlił o jego nawrócenie, aby jego dusza została zbawiona? Cierpienie i poniżenie, jakie wyrządza mi twój tata, jednoczę Z niewymownymi cierpieniami naszego Pana Jezusa Chrystusa na Krzyżu. Każdego dnia mówię naszemu Panu: „To, co muszę cierpieć i znosić, jest przecież niczym w porównaniu z cierpieniami, jakie znosiłeś dla nas na Krzyżu. Aby moje cierpienie miało wartość, proszę Cię o to, bym mogła połączyć i zjednoczyć je z Twoim cierpieniem, tak aby to moje cierpienie otrzymało moc wyproszenia łaski nawrócenia dla męża i dzieci, by mogli zostać uchronieni od wiecznego potępienia! "

Nie rozumiałam tego wszystkiego i tylko potrząsałam głową z powodu głupoty mamy. Po prostu nie byłam w stanie tego pojąć. To były myśli, które były mi obce i diametralnie sprzeciwiały się mojemu sposobowi życia i myślenia. Wiedzcie jeszcze, nie tylko nie rozumiałam tego; wypowiedzi mojej matki drażniły mnie i powiększały mój gniew. Doszło do tego, że zmieniło się całe moje życie, gdyż stałam się prawdziwą rebeliantką. Ta rebelia objawiała się najpierw w tym, że angażowałam się dla praw kobiet i emancypacji - i to nie tylko jako bierna uczestniczka — nie, na czele frontu walczyłam o prawa kobiet.

Zaczęłam bronić aborcji, prawa kobiety do decydowania o swoim brzuchu; niezależności i prawa do bycia singlem czy życia w wolnym związku — do organizowania sobie życia z tak zwanymi przygodnymi partnerami. Propagowałam rozwód jako dobre rozwiązanie problemów małżeńskich. W szczególności broniłam „prawa talionu" (prawo karne oparte na zasadzie odpłaty, „oko za oko, ząb za ząb"). To znaczy: doradzałam zawsze kobietom, by odpłacały tym samym, by również one również mściły się na każdym niewiernym mężczyźnie skokiem w bok-jeśli to możliwe, to z jego najlepszym przyjacielem. Mimo że ja osobiście nigdy nie byłam niewierna mojemu mężowi, to moimi złośliwymi radami wyrządzałam wielkie szkody bardzo wielu osobom. Niestety!

Nie zabijaj - Aborcja

Kiedy w mojej „Księdze Życia" doszliśmy do piątego przykazania Bożego -„Nie zabijaj" —pomyślałam sobie: wreszcie, nie mam sobie nic do zarzucenia, ponieważ nikogo nie zabiłam. Ku mojemu ogromnemu przerażeniu Pan pouczył mnie o czymś całkiem innym. Pokazał mi z całą wyrazistością, że byłam niesamowicie okrutną morderczynią. Mordy, w jakie byłam uwikłana, należały do zabójstw, które w oczach Pana zaliczają się do tych najpotworniejszych: aborcja dzieci nienarodzonych.

Pewnego dnia moja przyjaciółka Estela rzekła do mnie: Posłuchaj mnie! Masz teraz 13 lat i nie straciłaś jeszcze cnoty? Spoglądałam na nią zupełnie oni umiała. Co chciała przez to powiedzieć? Moja matka opowiadała mi zawsze o ważności dziewictwa. Mówiła, że to dar, jaki panna młoda może ofiarować Bogu. Moja przyjaciółka jednakże odpowiedziała mi, wyrażając wyższość i zarozumiałość: Moja matka zaprowadziła mnie do ginekologa, jak tylko dostałam moją pierwszą menstruację. Od tamtego czasu biorę pigułki antykoncepcyjne.

Wtedy nie wiedziałam nawet, co to takiego. Wyjaśniła mi, że te pigułki są od tego, by nie zajść' w ciążę. I opowiedziała mi, z jakimi mężczyznami już spała. To była duża ilość chłopaków i młodych mężczyzn. Powiedziała, że to takie przyjemne. Rzekła do mnie: Widzę, Że nie masz pojęcia o tym wszystkim. Potwierdziłam i powiedziała, że zaprowadzi mnie do miejsca, gdzie będę mogła się czego; nauczyć. Byłam przestraszona, bo nie wiedziałam, gdzie chce mnie zaprowadzić. Przede mną otworzył się nowy świat, całkowicie nieznany świat, zabrali mnie z sobą do kina w centrum miasta, by razem obejrzeć film pornograficzny Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie? Dziewczynka, która wówczas miała 13 lat! Nie posiadaliśmy wtedy nawet telewizora. Możecie sobie wyobrazić taki film? Prawie umarłam ze strachu i wstrętu. Wydawało mi się, że jestem w piekle. Chciałam uciec, ale tylko wstyd przed moimi przyjaciółkami powstrzymywał mnie. Jednak niczego innego nie pragnęłam, jak uciec stamtąd; byłam do głębi wstrząśnięta.

W tym dniu poszłam z mamą na Mszę Świętą. I ponieważ czułam się tak źle, poszłam do spowiedzi. Mama uklękła przed ołtarzem i modliła się. Na spowiedzi powiedziałam zwyczajne rzeczy, że nie odrobiłam pracy domowej, że ściągałam na klasówkach, że byłam nieposłuszna - to były mniej więcej moje grzechy. Spowiadałam się zawsze u tego samego księdza i ten znał moje grzechy mniej lub bardziej na pamięć. Ale dziś wyznałam również, że uciekłam od mamy, by pójść do kina. Ksiądz był zupełnie zaskoczony i nieomal krzyknął: Kto komu uciekł? Kto gdzie poszedł? Przestraszyłam się ogromnie tej reakcji i spoglądałam bojaźliwie na moją matkę, czy coś usłyszała, ale klęczała spokojnie na swoim miejscu i modliła się. Bogu niech będą dzięki, pomyślałam, niczego nie usłyszała. Samo wyobrażenie sobie, że mogła coś usłyszeć, było dla mnie czymś nieznośnym. Wstałam od konfesjonału i byłam wściekła na księdza. Oczywiście nie powiedziałam mu, na jakim filmie byłam. Skoro takie cyrki wyprawiał z tego powodu, że byłam w kinie, jakie sceny by robił, gdyby wiedział o wszystkim. Być może nawet by mnie zbił.

Od tamtego momentu szatan zaczął działać we mnie. Od tamtego czasu bowiem nie wyspowiadałam się już szczerze. Od tamtego czasu wybierałam, co powiem, a co przemilczę. Tu zaczęły się moje świętokradzkie spowiedzi i przyjmowałam Komunię, mimo że wiedziałam, że nie                 wyspowiadałam się szczerze. Przyjmowałam Pana świętokradzko. A On pokazał mi teraz, jak straszna była degradacja mojego życia, jak ten proces duchowej śmierci coraz bardziej postępował. Przyczyną tej degradacji było to, że przy końcu swego życia nie wierzyłam już w istnienie diabła ani w nic innego. A moje grzechy nawet uważałam za dobre czyny. Pan ukazał mi, jak kroczyłam jako dziecko, trzymając się ręki Boga, jaką głęboką relację miałam do Niego i jak moje grzechy oddzielały mnie coraz bardziej od Boga i Jego prowadzącej ręki. Pan powiedział mi, że każdy kto niegodnie przyjmuje Jego Ciało i Krew, ściąga na siebie potępienie. Spożywałam i piłam moją zgubę. Zobaczyłam w „Księdze Życia", jak diabeł był zrozpaczony, ponieważ w wieku 12 lat wierzyłam jeszcze w Boga i chodziłam z matką na adorację. Diabeł był wściekły z tego powodu.

Gdy rozpoczęło się moje grzeszne życie, Pan dał mi odczuć, jak pokój opuścił moje serce. Wzięły początek wyrzuty sumienia, ale co powiedziały na to moje przyjaciółki? Co? Iść do spowiedzi? Ty chyba zwariowałaś, to zupełnie nie jest na czasie. I to do tych księży, którzy mają większe grzechy niż my! Żadna z nich nie poszła już do spowiedzi, ja byłam tą jedyną. Rozpoczęła się wewnętrzna walka między tym, co mówiły moje koleżanki, a tym, co mawiała moja matka i co podpowiadało mi moje sumienie. Szala stopniowo przechylała się i moje koleżanki zwyciężyły. Nie chciałam bowiem spowiadać się u tych starych i nastawionych negatywnie do ciała księży i to na pewno nie u tych, którzy wzburzali się tylko dlatego, że się szło do kina.

Widzicie tutaj przebiegłość szatana. Odsunął mnie od spowiedzi, gdy miałam zaledwie 13 lat. Okazał się bardzo podstępny. Wiecie, on podsuwa nam złe pomysły. W wieku 13 lat Gloria Polo była już żywym trupem, jeśli chodzi ojej duszę. Dla mnie jednak było to czymś ważnym i dumna byłam, że mogłam należeć do tej małej grupki moich koleżanek, do tych fajnych, mądrych dziewczyn, który wmawiały sobie, że wiedzą więcej niż wszyscy ich rodzice razem wzięci. Mając 13 lat, myślałyśmy, że wszystko wiemy i byłyśmy zdania, że każdy, kto mówił o Bogu, był nienowoczesny lub szalony. To co nowoczesne, to korzyści i przyjemności. Konsumpcja, przyjemności — to było w modzie.

Wiecie, nie powiedziałam Wam jeszcze, że wtedy, gdy stałam nad przepaścią do piekła i nagle rozległ się głos Pana, wszystkie demony uciekły. Uciekły gdzie pieprz rośnie, jeden tylko został. Bóg pozwolił mu zostać. Ten ogromny demon krzyczał przeraźliwym głosem: Ona należy do mnie! Ona jest moja! Należy do mnie! Jest moja na zawsze! Ten demon mógł tylko dlatego pozostać, ponieważ był przywódcą hordy, która zagnieździła się u mnie i manipulowała wszystkim w moim życiu, abym grzeszyła. Podstęp-

 

nie wykorzystywali moje słabe strony. Ten demon był tym, który trzymał mnie z dala od spowiedzi. Dlatego Pan zarządził, aby był obecny. Ten diabeł krzyczał strasznie, gdyż obawiał się, że jego łup może się mu wymknąć w ostatnim momencie. Wrzeszczał przeraźliwie i oskarżał mnie. Mógł pozostać, gdyż umarłam w stanie grzechu śmiertelnego. Od 13. roku życia bowiem nie spowiadałam się należycie, a wcześniej raz, dwa razy moja spowiedź nie była ważna. Należałam zatem do tego demona i z tego względu mógł być obecnym na egzaminie. Możecie sobie wyobrazić, jak się czułam, gdy moje wszystkie grzechy zostały mi przedstawione? Było ich tak wiele. I do tego wszystkiego te złośliwe, szydercze oskarżenia. Prawie nie mogłam tego wytrzymać, gdy tak wrzeszczał, że należę do niego. To było coś niewyobrażalnie strasznego. Zły trzymał mnie z dala od sakramentu pokuty i pozbawiał mnie przez to uzdrowienia i oczyszczenia mojej duszy, dokonywanych przez Jezusa. Za każdym razem bowiem, gdy grzeszyłam, grzech nie był czymś za darmo. Grzech jest własnością szatana i musimy za niego zapłacić. Mój grzech był tak wielki, że diabeł wypalił pieczęć na mojej duszy. Ta pierwotnie tak cudowna, przeniknięta światłem dusza, jaką widziałam podczas mojego poczęcia, stawała się coraz ciemniejsza, czarna, była jedną, straszną czernią. Tak więc ciągle świętokradzko przyjmowałam Komunię Świętą, nie odbyłam prawie w ogóle dobrej spowiedzi, wtedy jak jeszcze chodziłam się spowiadać.

Zawsze, zanim skorzystamy z sakramentu pokuty, musimy prosić Ducha Świętego i naszego Anioła Stróża, aby nas oświecili, aby ciemność naszego umysłu rozjaśniła się. Bowiem jedną z rzeczy, którą diabeł czyni z lubością, jest to, że zaciemnia nasz umysł, tak że sądzimy, że wszystko to nie jest grzechem i wszystko jest w porządku, że nie trzeba spowiadać się u księży, bo ci więcej mają grzechów niż my sami oraz że spowiedź wyszła z mody. To oczywiste; dla mnie było wygodniej już się w ogóle nie spowiadać.

Aborcja mojej przyjaciółki Esteli

Gdy miałam 13 lat, moja przyjaciółka Estela zaszła w ciążę. Gdy mi opowiedziała o swojej ciąży, zapytałam jej: Ale chyba wzięłaś pigułki? Odparła: Tak, ale na nic się to zdało. Powiedziałam: I co teraz? Co zrobisz? Kto jest ojcem? Odpowiedziała: Nie wiem. Nie wiedziała, czy było to podczas tego spaceru, czy tamtego, lub na tym festynie, czy też czy ojcem dziecka jest jej narzeczony. Powiedziała mi: Powiem po prostu, że to jego (jej narzeczonego).

W czerwcu ona i jej rodzina pojechali na wakacje. Była już w piątym miesiącu ciąży. Kiedy powróciła, byłam zaskoczona. Nie było już oznak ciąży. Nie było widać grubego brzucha, ale wyglądała jak trup. Była tak blada i nic nie pozostało z tej ekstrawertycznej, żywej dziewczyny, która tak chętnie się bawiła. Mówiąc w skrócie: Nie była tą samą dziewczyną.

Wiecie, żadna z nas dziewczyn nie szła chętnie na Mszę Świętą. Ale w szkole przy klasztorze, do której uczęszczałyśmy, było to obowiązkiem. Musiałyśmy iść na Mszę z zakonnicami. Ksiądz był już w podeszłym wieku i trwało zawsze trochę dłużej, aż skończył. Nam te Msze wydawały się trwać całą wieczność. Bawiłyśmy się zawsze, gadałyśmy, śmiałyśmy się nie poświęcając minimum uwagi temu, co się działo przy ołtarzu. Pewnego dnia jednakże przybył młody ksiądz, który był bardzo przystojny. Uważałyśmy, że szkoda było takiego ładnego, młodego mężczyzny. I tak zastanawiałyśmy się, która z nas mogłaby uwieść tego młodego, przystojnego księdza. Macie wyobrażenie? Co za nienormalne rzeczy diabeł zaszczepia młodej, zepsutej osobie. W tej szkole zakonnice jako pierwsze szły do Komunii Świętej. Dopiero potem była nasza kolej, mimo że nie byłyśmy u spowiedzi. Zakładałyśmy się, której z nas uda się uwieść księdza. Postanowiłyśmy rozpinać nasze bluzki, idąc do Komunii Świętej i ta, przy której jego ręka zaczynała drżeć, gdy podawał Ciało Pana, ta miała najlepszy biust i zwróciła na siebie jego uwagę. Co za diabelskie myśli i jaki zamęt siał w nas zły duch. Ale my w swej naiwności wierzyłyśmy, że to tylko niewinna zabawa. Jak nisko upadłyśmy...

Gdy Estela powróciła z wakacji, nie była już tym radosnym podlotkiem co niegdyś, skłonnym do zabaw. Miała zamglone spojrzenie. W ogóle nie chciała mi opowiedzieć, co się stało. Ale pewnego razu byłam u niej w domu i wtedy pokazała mi bliznę po operacji, z aborcji. Powiedziała: Gdy moja matka dowiedziała się, ze jestem w ciąży, tak się wściekła, że natychmiast wzięła mnie za rękę, wcisnęła do samochodu i zawiozła do ginekologa. Gdy tam dotarłyśmy, rzekła mu: „Jest w ciąży. Proszę, niech Pan żąda, czego chce, ale natychmiast trzeba operować moja córkę i usunąć ten problem (jak rzeczowo: problem)."

Po tym jak mi to powiedziała, otworzyła szafę i pokazała mi słoik, w którym w roztworze spirytusowym znajdował się płód. To było jej dziecko. Było już całkowicie rozwinięte, zakonserwowane w tym słoiku. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Jej matka obstawała, aby Estela miała przed swymi oczyma konsekwencje swego błędnego postępowania. A na wieczku tego słoika stało pudełko z pigułkami antykoncepcyjnymi, aby nigdy nie zapomniała ich brać. Wyobrażacie sobie coś takiego?

Zobaczcie, jak grzech czyni człowieka chorym. I jak matka, ślepa duchowo, bierze własne dziecko do lekarza, aby usunąć niechciany owoc łona. I do tego ten absurdalny pomysł z zakonserwowanym płodem, aby stawiać jej go przed oczami każdego dnia, by nie zapominała brać pigułek. By za każdym razem, gdy otwierała szafę, widziała swoje dziecko i pamiętała o tych pigułkach. To naprawdę chore, to jest po prostu demoniczne. Takie rzeczy robi diabeł, gdy przez grzech otwieramy mu drzwi i nie chcemy go zmazać w sakramencie pokuty i pojednania, którym może szafować (gdyż kapłan jest zawsze wyświęcony) rzymskokatolicki kapłan. Kiedy zapytałam moją przyjaciółkę, czy nie bolało, odpowiedziała mi ironicznie: Ach, dlaczego mam być smutna? To najmniejsze zło, znieść tych parę bólów, niż żebym miała się użerać z tym dzieckiem przez całe życie! Ten problem został tak łatwo rozwiązany!

To było kłamstwo, gdyż nie była już nigdy taka jak wcześniej. Nie minęło dużo czasu i wpadła w straszną depresję. Zaczęła brać LSD. I ponieważ byłam jej najlepszą przyjaciółką, zaproponowała mi spróbować. Ja jednak przestraszyłam się tego. Z jednej strony chętnie bym spróbowała, ponieważ mówiła, że ten narkotyk daje takie przyjemne uczucie, człowiek ma wrażenie, jakby się unosił, jakby był na chmurach - takimi i innymi podobnymi rzeczami zachwycała się przede mną. Tak, chętnie bym skosztowała, ale nie mogłam. Bałam się i powiedziałam jej, że nie da rady, gdyż potem przesiąknę tym zapachem i gdy moja matka to odkryje, zabije mnie wtedy. Ma wyostrzony zmysł powonienia, zabiłaby mnie, gdyby się dowiedziała. Faktem jest, że nie spróbowałam tej używki chroniona przez mojego Anioła Stróża i dzięki modlitwom mojej matki. Pan ukazał mi teraz w mojej „Księdze życia", że nie spróbowałam nie tyle ze strachu przed moją matką, lecz ponieważ udzielił mi łaski, abym tego nie uczyniła i ponieważ miałam matkę, która się za mnie modliła. Jej modlitwa różańcowa uchroniła mnie od wpadnięcia do tej otchłani. Moje koleżanki jednakże nie były ze mnie z tego powodu zadowolone i dyskutowały, krzyczały, mówiły że jestem nudziarą, bo nie wzięłam w tym udziału. Aleja nie mogłam, po prostu nie mogłam. To była jedna z wielu łask, które otrzymałam, ponieważ miałam taką matkę, która była tak związana z Bogiem i modliła się za mnie. Modlitwa jest tak bardzo ważna.

W wieku 16 lat utraciłam swą niewinność

Na nieszczęście, mając 16 lat, poznałam mojego pierwszego narzeczonego. Moje przyjaciółki ponownie zaczęły na mnie wywierać presję. Byłam czarną owcą wśród nich, ponieważ byłam jeszcze dziewicą. Teraz, gdy miałam już narzeczonego, znów mnie prześladowały. Obiecałam im, że to zrobię, gdy będę miała narzeczonego, ale nie wcześniej. A teraz nie mogłam się im wymigać. Powiedziałam do mojej koleżanki Esteli: A jeśli zajdę w ciążę, jak ty? Odpowiedziała: Nie, to ci się nie przytrafi, bo teraz są inne metody, mianowicie prezerwatywy.

 

Za jej czasów były jedynie pigułki, ale teraz nie będzie żadnych problemów. Powiedziała mi, że mi da 5 pigułek, aby je połknąć wszystkie na raz dla większej pewności. Poza tym powiedziała, że powinniśmy użyć prezerwatywy i że przekonam się, że nic mi się nie przydarzy. Tak mi było z tym źle, że musiałam dotrzymać tej głupiej obietnicy. Bałam się bardzo, że te moje przyjaciółki zepsują wszystko. Gdy było po, dotarło do mnie, że moja matka miała rację mówiąc, że dziewczyna, która traci niewinność, gaśnie. Czułam, że coś we mnie zgasło, jak gdybym straciła coś, co już nigdy nie powróci, nigdy nie zostanie mi zwrócone. I tak z wyczarowanego przed moimi oczami przez moje przyjaciółki sensacyjnego przeżycia pozostały jedynie wewnętrzne rozczarowanie, gorycz i smutek.

Nie wiem, dlaczego wszyscy mówią, że seks jest dobry. Nie wiem, dlaczego młodzież mówi, że tak bardzo to kocha. Myślę, że wcale nie jest taki wspaniały. W moim kraju, w Kolumbii, ogląda się w telewizji, jak w reklamach chwalą niezawodność prezerwatywy, jak ludzie wykorzystują seksualność dla zaspokojenia żądz, swego egoizmu, dla sprawowania władzy i spędzania czasu. Smutno mi, gdy widzę coś takiego. Gdyby ci wszyscy ludzie wiedzieli, jak te powierzchowne uczucia w rzeczywistości oszołamiają duszę, człowieka, aby nie pamiętał już o przykazaniach! Interesujące jest to, że niektóre osoby, które w swej młodości były wielkimi zwolennikami pokolenia 68, w dojrzałym wieku sami zdały sobie sprawę, jaką złą drogę wówczas obrały i ile szkód wyrządzili innym ludziom, także swoim potomkom.

Co do mnie, to po stracie mojego dziewictwa byłam bardzo smutna i bałam się potwornie iść do domu, ponieważ myślałam, że moja matka z pewnością coś po mnie zauważy. Po tym przeżyciu nie mogłam już więcej spojrzeć matce w oczy, z czystego strachu, że może z moich oczu wyczytać, co uczyniłam. Byłam oburzona i wściekła na moje przyjaciółki, także na siebie samą, że byłam taka głupia i im uległam, że zrobiłam coś, czego nie chciałam i że to wszystko uczyniłam z tchórzostwa przed nimi. Ale mimo wszystkich rad mojej przyjaciółki Esteli, pomimo wszystkich środków ostrożności, po moim pierwszym razie zaszłam w ciążę. Możecie sobie wyobrazić strach 16-letniej dziewczyny? Ciąża! (po tym zdaniu głos pani Polo załamuje się i płacze -potem kontynuuje:)

Zauważyłam wiele zmian w moim ciele. Oprócz mojej obawy czułam również, jak czułość do tego dziecka, które nosiłam w sobie, kiełkowała i stawała się coraz silniejsza. Rozmawiałam z moim narzeczonym i opowiedziałam mu o wszystkim. Był zaskoczony i przestraszony. Oczekiwałam, że powie: No to się pobierzmy. Miałam 16 lat, a on 17. Powiedział mi jednak, że nie zrujnujemy sobie życia z tego powodu i że powinnam usunąć dziecko.

 

Odeszłam strasznie przygnębiona, zmartwiona, niezmiernie smutna. Byłam również wściekła na Estelę, która mi obiecała, że nic mi się nie stanie.

Odnośnie do aborcji powiedziała mi: Nie martw się, nie ma po co. Nie zapominaj, że ja coś takiego już kilka razy przeżyłam. Za pierwszym razem byłam trochę smutna, za drugim było ciut lżej, za trzecim w ogóle niczego się nie czuje. Rzekłam do niej: Nie wyobrażasz sobie, co się stanie, gdy wrócę do domu, a moja matka zauważy bliznę. Zmartwienie, jakie jej przysporzę, zabije ją. Estela uspokoiła mnie i powiedziała: Nie robią teraz tak dużych nacięć. To cięcie, jakie u mnie widziałaś, było tak wielkie, ponieważ dziecko było już tak duże. Ja sama byłam wtedy w piątym miesiącu. Jeśli o ciebie chodzi, nie zamartwiaj się, twoje jest przecież dopiero takie malutkie. Twoja matka kompletnie niczego nie zauważy.

Ach, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, co za smutna sprawa! Jakże wielki ból. To szatan tak sprawia, że źle rozumiemy rzeczy, bagatelizujemy je, jak gdyby wszystko to nie było niczym ważnym, jak gdyby było bez znaczenia. Jak gdyby aborcja była najnormalniejszą rzeczą w tym bezbożnym świecie. Skoro nawet taka głupia osoba, jąkają byłam, czuje się potem źle, jak strasznie musi się czuć ktoś młody i niezepsuty! Zły omamia młodzież, że seks jest po to tylko, by czerpać z niego przyjemność, że nie trzeba mieć żadnych wyrzutów sumienia, że nie trzeba się czuć winnym. Ale wiecie, dlaczego szatan to czyni? Dlaczego zwodzi ludzi, aby robili coś takiego? Oprócz wielu innych powodów potrzebuje tych ofiar, ponieważ każda umyślnie dokonana aborcja zwiększa jego władzę w świecie.

Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak się bałam i jakie miałam poczucie winy, gdy udałam się do tego szpitala, daleko od mojego domu, by dokonać aborcji. Lekarz poddał mnie narkozie. Gdy się ocknęłam, nie byłam już tą samą osobą co wcześniej. Zabili dziecko, a ja umarłam wraz z nim. (Pani Polo przerywa swoje świadectwo i zaczyna od nowa płakać!)

Wiecie, Pan pokazał mi wszystkie te rzeczy w „Księdze Życia", których nie jesteśmy w stanie ujrzeć naszymi ziemskimi oczyma. Ukazał mi, co się wydarzyło, gdy lekarz przeprowadzał aborcję. Zobaczyłam tego lekarza, jak trzymał coś na kształt obcęg, którymi chwycił dziecko i rozdrobnił je na kawałki. Dziecko krzyczy z całej siły. O mój Boże, tak bardzo krzyczy. Każde dziecko mianowicie otrzymuje zaraz po poczęciu duszę, całkowicie dorosłą i dojrzałą, gdyż nie rośnie ona tak jak ciało. Bóg stwarza ją już całkowicie ukształtowaną.

Natychmiast po tym, jak doszło do połączenia plemnika z komórką jajową, tworzy się nieskończenie piękny, świetlisty promień. Światło owe wygląda jak słońce, które wychodzi z świetlistego blasku Boga Ojca i Jego nieskończonej Miłości. W tym samym momencie ta stworzona przez Niego

 

dusza jest już dojrzała i dorosła. Jest doskonała, jest obrazem Boga. To młode życie jest zatopione w Duchu Świętym, który pochodzi z Bożego Serca. Łono kobiety, które poczęło, pełne jest tego światła, blasku zjednoczenia Pana z tą nowo stworzoną duszą. I gdy mordercy i personel klinik aborcyjnych chwytają dziecko obcęgami i rozczłonkowują je, jak bardzo walczy o życie ta maleńka istota. Zobaczyłam, jak Pan drżał i wzdrygał się, gdy wyrywali z Jego rąk tę duszę. Gdy zabija się takie dziecko, ono tak głośno krzyczy, że całe Niebo drży i trzęsie się. W moim przypadku, gdy pozwoliłam uśmiercić dziecko, słyszałam jego głośny i rozdzierający serce krzyk. Słyszałam także, jak Jezus jęczał i cierpiał na krzyżu z powodu tej duszy i każdej pojedynczej duszy, która jest abortowana , i której odmawia się prawa do życia. Spojrzenie Pana na krzyżu było tak pełne bólu, nie da się opisać, jakie cierpienia musiał znosić z tego powodu! Gdybyście mogli to zobaczyć, nikt nie odważyłby się dokonać aborcji. (Pani Polo ponownie przerywa przemówienie i zaczyna płakać).

A teraz pytam Was: ile aborcji przeprowadzanych jest na tym świecie? W jednym dniu? Wciągu jednego miesiąca? Możecie zmierzyć straszliwy rozmiar naszych grzechów? Rozmiar masowego mordu, cierpienia, jakie sprawiamy Bogu, Jemu, który jest pełen miłosierdzia dla nas, który nas kocha, mimo że jesteśmy niczym potwory i po prostu grzeszymy ot tak sobie? I krzywdy, jaką sami sobie wyrządzamy oraz jak zło opanowuje nas i nasze życie?

Aborcja jest najcięższym grzechem, najstraszliwszym grzechem ze wszystkich grzechów. Za każdym razem, gdy przelewana jest krew dziecka - niewinnego dziecka — składamy szatanowi ofiarę całopalną, a jego moc w świecie powiększa się. Dusza krzyczy zrozpaczona o pomoc - i nikt nie może jej usłyszeć, względnie nikt nie chce jej usłyszeć! Powtarzam Wam jeszcze raz: ta dusza jest dojrzała i dorosła, nawet jeśli nie ma jeszcze wykształconego i uformowanego ciała, to jest ona już w pełni ukształtowana. Tak jak w pestce jabłka zawarte jest już wszystko o dużym rozłożystym drzewie. Ciało musi się wpierw uformować i urosnąć, ale dusza jest gotowa. A ów krzyk, jaki wydaje młode życie, gdy się je zabija, sprawia że Niebo drży. Ale i w piekle rozdziera się krzyk, ale tryumfu, porównywalny z okrzykiem na stadionie piłki nożnej, gdy ktoś strzelił gola. Piekło jest takim stadionem, ogromnym, niedającym się ogarnąć wzrokiem boiskiem pełnym demonów, diabłów, którzy odniósłszy tryumf, krzyczą jak szaleni.

Demony wylały na mnie krew mojego dziecka, które miałam na sumieniu i również krew dzieci tych osób, które zachęcałam i podżegałam do dokonania aborcji. Moja początkowo jasna dusza przekształciła się w nieprzeniknioną ciemność. Po aborcji utraciłam wszelkie poczucie grzechu. Naprawdę uważałam, że nie miałam grzechów. Pan jednak ukazał mi jeszcze więcej, a mianowicie to, jak przez tak zwane „planowanie rodziny" przyczyniałam się do kolejnych aborcji. Założono mi miedzianą spiralę jako środek antykoncepcyjny. Od 16. roku życia używałam tego środka. Nosiłam ją do dnia, gdy trafił we mnie piorun. Usuwałam ją jedynie wtedy, gdy chciałam zajść w ciążę.

Chciałabym powiedzieć wszystkim kobietom, że skutkiem stosowania spirali jest aborcja. Zapłodnione jajo nie może się zagnieździć i ginie. Jest spędzane. Wiem, że wiele kobiet w czasie okresu zauważa w krwi coś na kształt skrzepu i odczuwa wielkie bóle, większe niż podczas zwyczajnej menstruacji. Idą do lekarza, a ten nie poświęca temu wszystkiemu szczególnej uwagi, przepisuje im jakiś środek przeciwbólowy, a gdy ból staje się nieznośny, daje zastrzyk.

Wiecie, czym tak naprawdę jest spirala? Mikro-aborcją. Tak, spirala powoduje mikro-aborcję, gdyż zapłodniona komórka jajowa chce się zagnieździć w macicy i nie może z powodu spirali, jak Warn już to wcześniej powiedziałam. Te zapłodnione komórki jajowe to są już ludzie. Mają już duszę, w pełni wykształconą duszę i nie pozwala się im żyć. Straszną rzeczą było przyglądać się, jak wiele takich zapłodnionych komórek - a więc w pełni zdolnych do życia ludzi - zostało w ten sposób spędzonych. Te słońca, „boskie iskry" są zgaszane, mordowane, a krzyki dzieci wstrząsają fundamentami Nieba.

Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam powiedzieć, że nie wiedziałam tego. Pewien ksiądz bowiem powiedział o tym w swoim kazaniu, ale ja nie chciałam tego słuchać. Zwykle, gdy chodziłam na Mszę, nigdy nie zważałam na to, co ksiądz mówił. Nigdy nie słuchałam, a gdy ktoś pytał mnie, jaka była ewangelia, nie wiedziałam tego. Wiecie, demony są obecne również w kościele i nie dopuszczają do tego, abyśmy coś usłyszeli, rozpraszaj ą nas i usypiają. Na takiej Mszy, podczas której byłam zupełnie nieobecna myślami, mój Anioł Stróż dał mi kuksańca i otworzył moje uszy, aby słyszała, co w tamtej chwili ksiądz mówił. Wtedy usłyszałam, jak mówił akurat, że spirala przyczynia się do aborcji i że każda kobieta używająca czegoś takiego nie może przystępować do Komunii Świętej. Słuchałam tego i wściekałam się na księdza. Co ci księża sobie myślą? Co się tak wtrącają, jakim prawem? No jasne, to dlatego Kościół nie idzie do przodu i świeci pustkami: nie idzie z duchem czasu, ma gdzieś postęp i naukę. Właściwie to za kogo się ci księża uważają? Czy to oni może dają jeść wszystkim tym dzieciom, które przychodzą na świat? Wściekła i pomstując, wyszłam z kościoła.

Nie mogłam zatem na swoim sądzie przed Bogiem powiedzieć, że nie wiedziałam. Jednakże nie zważałam na te usłyszane słowa i nadal nosiłam spiralę. Ileż dzieci zabiłam w ten sposób... Z tego powodu byłam w takiej depresji, gdyż moje łono, zamiast być źródłem życia, stało się cmentarzyskiem, miejscem straceń moich nienarodzonych dzieci. Wyobraźcie sobie, że własna matka zabija swoje dziecko. Matka, której Bóg udzielił tak wielkiego daru, że może przekazywać życie, która powinna strzec dziecka i zachować je od każdego zła; i ta matka morduje swoje własne dziecko. Demon, działając według swej diabelskiej strategii, doprowadził do tego, że ludzkość zabija swoje dzieci, a tym samym rujnuje swoją przyszłość. Zaczęłam teraz pojmować, dlaczego przez cały czas byłam taka zgorzkniała, przygnębiona, w złym humorze, nieprzyjemna, wiecznie rozdrażniona, sfrustrowana z powodu wszystkiego i wszystkich. To jasne - przekształciłam się w maszynę do zabijania dzieci nienarodzonych. To coraz bardziej ciągnęło mnie w dół, aż na krawędź piekła. Dobrowolna aborcja jest najgorszym grzechem, gdyż zabijanie w łonie matki niewinnego dziecka, niewinnej istoty, oznacza przekazanie szatanowi kierownictwa życia, zaprzedanie mu duszy. Demon prowadzi nas bezpośrednio prosto do otchłani, ponieważ przelewamy niewinną krew.

Dziecko jest niczym baranek, „niewinnym barankiem", podobnym do Jezusa, „Baranka Bożego, który został za nas zabity". Taki grzech oznacza głęboki związek z ciemnością, ponieważ własna matka jest tą, która zabija swe dziecko. To właśnie jest przyczyną tego, dlaczego więcej demonów opuszcza otchłań i zamieszkuje ziemię, by zniszczyć całą ludzkość. Każdy z nas zdaje sobie dziś sprawę, jak satanizm rośnie w siłę. Otwierają się dotychczas zapieczętowane bramy, odpadają pieczęcie, które Bóg tam umieścił, by zło nas nie zalało. Te pieczęcie kruszeją coraz bardziej po każdym dzieciobójstwie. Z piekielnych bram wy chodzą demony, które wyglądają jak straszne larwy, a ziemia i ludzkość coraz bardziej zalewana jest tym szatańskim pomiotem. Przyczepiają się do nas, prześladują, a na końcu czynią z nas wszystkich niewolników naszego ciała, pożądania, grzechu, podatnymi na zło. Sami widzimy, jak zło przybiera wszędzie na sile. Jest tak, jak gdybyśmy sami dawali demonom do ręki klucze, aby mogli wyjść. I wychodzą, coraz liczniej, demony prostytucji, chorej seksualności, satanizmu, ateizmu, samobójstwa, znieczulicy i wszelkiego zła, jakie codziennie widzimy. Z każdym dniem świat staje się coraz gorszy. Tryumfem piekła jest codzienny mord wielu dzieci. Z powodu tej niewinnej krwi demony są wypuszczane, by potem nas zwodzić.

Zauważcie, grzeszymy bezwiednie, ponieważ zagłuszyliśmy nasze sumienie. A nasze życie zmienia się coraz bardziej w piekło, pełne problemów każdego rodzaju, z chorobami i innym złem, które nas nawiedza. To wszystko to działanie demonów wśród nas, w kulturze śmierci. Jednak to my sami ponosimy winę i tylko my, którzy naszymi grzechami otworzyliśmy diabłu na oścież bramę, za które nie żałowaliśmy i z których się nie wyspowiadaliśmy. W ten

 

sposób dajemy mu swobodę i pozwolenie na to, aby postępował z nami, jak mu pasuje. Nie jest bowiem tak, że grzeszymy jedynie z powodu aborcji, chociaż jest najcięższym grzechem, lecz w wielu dziedzinach nie jesteśmy świadomi grzechu i jesteśmy zupełnie obojętni. Wtedy mamy jeszcze czelność obwiniać Boga za nasze zło, gdy spotyka nas choroba, cierpienie i krzywda.

Nasz kochający Bóg daje nam jednak w swoim nieskończonym miłosierdziu sakrament pokuty i mamy możliwość żalu, zmycia naszych grzechów dzięki spowiedzi i w ten sposób zerwania pęt szatana, położenia kresu raz na zawsze temu jego wpływowi na nasze życie. Tak oto możemy obmyć naszą duszę. Ja jednakże tego nie czyniłam.

Nie zabijamy tylko wtedy, gdy odbieramy komuś życie. Można popełnić ten grzech również „okrężnie". Uważajcie teraz dobrze! Władza i wpływ, jakie sobie zyskałam dzięki moim pieniądzom, zwiodły mnie i doprowadziły do tego, że sfinansowałam nie tylko jedną, lecz wiele - by nie powiedzieć mnóstwo - aborcji. Dopiero moje pieniądze umożliwiły ich realizację. Zawsze bowiem mawiałam: Kobieta ma prawo do decydowania do tego, kiedy chce zajść w ciążę, a kiedy nie. Jej brzuch należy tylko do niej!

I patrzcie! W mojej „Księdze Życia" stało czarno na białym, i wielkim bólem było dla mnie, gdy zobaczyłam i zrozumiałam w końcu, w jakie potworne przestępstwa uwikłałam się moimi pieniędzmi. W mojej „Księdze Życia" było to napisane. Pewną dziewczynę, która miała zaledwie 14 lat, skłoniłam do aborcji. Byłam jej mistrzynią, od której pobierała nauki. Gdy ktoś ma w sobie truciznę, wtedy nic nie pozostaje zdrowe w jego otoczeniu. Taki człowiek wywiera negatywny wpływ na wszystkich, którzy się do niego zbliżają. Stykają się z tą trucizną i sami zostają zatruci; stają się trujący. Inne całkiem młode dziewczyny, trzy z moich siostrzenic i narzeczona jednego z moich bratanków dokonały aborcji. Ich rodzice kazali im iść do mnie, gdyż byłam przecież tą „nadzianą", która mogła wszystko załatwić i miała takie „dobre serce". Byłam tą dobrą ciocią, która zawsze wszystkich zapraszała; tą dobrą ciocią, która opowiadała im o nowinkach ze świata mody, przedstawiała najnowsze kolekcje i często też je kupowała. Byłam tą, która uczyła te młode osóbki, jak mogą stać się atrakcyjnymi, jak mogą wkroczyć do  społeczeństwa i jak mogą pokazywać innym, że ich młode ciało jest sexy i pociągające.

Wyobraźcie sobie! Moja siostra z całkowitym zaufaniem posyłała do mnie swoje dzieci i pozostawiała je mnie. Jakże je zepsułam i zgorszyłam. Tak, zgorszyłam te młode umysły. To było kolejne wykroczenie wołające o pomstę do nieba, straszny grzech, który na liście najpotworniejszych czynów w oczach Pana plasuje się tuż za aborcją. Te młodziutkie dziewczynki uczyłam następujących rzeczy:

 

Moje drogie dziewczynki, nie bądźcie głupie! Nawet jeśli wasze matki tyle opowiadają o wartości dziewictwa, skromności i czystości, to da się to tylko tym wytłumaczyć, że wasi rodzice są zacofani, ich świat nie jest już tym obecnym światem, żyją tym, co było wczoraj, przegapili szansę na prowadzenie wolnego i nowoczesnego życia. Musicie być dla nich wyrozumiałe. Ale wy same powinniście dołączyć do nowoczesnego życia, cieszyć się wywalczoną przez nas kobiety wolnością i realizować się jako kobieta — więc przysłuchujcie się im, bądźcie dla nich wyrozumiałe, gdyż nie mogą inaczej; nie rujnujcie sobie jednakże przez to waszego młodego życia. Wasze matki rozmawiają z wami o Biblii, która ma już 2000 lat. Rodzice nie są po prostu na bieżąco. Także księża odrzucili to co nowoczesne i nie chcą iść Z duchem czasu. Głoszą tylko to, co nakazuje im papież. Papież nie pasuje już do dzisiejszych czasów, ten papież wyszedł z mody. I każdy nowoczesny człowiek, który się go jeszcze słucha, jest głupi i sam winny temu, że nie może właściwie używać życia.

Popatrzcie na truciznę, którą wlałam w te młode, dziewczęce serca. To po prostu niewyobrażalna potworność! Uczyłam też te młode dziewczyny, jak najlepiej mogą używać ciała i czerpać przyjemność z seksu. Przy tym zwracałam im uwagę na to, jak ważną rzeczą są środki antykoncepcyjne. Nauczyłam je wszystkich znanych mi metod. O ryzykach i zapobieganiu skutkom stosunku płciowego poinformowałam je podczas rozmowy na temat „Perfekcyjna i samodzielna kobieta". Pewnego dnia przychodzi jedna z tych dziewcząt, a dokładnie narzeczona mojego bratanka — miała wtedy 14 lat - do mojego gabinetu (to, co wam teraz opowiadam, osobiście widziałam zapisane w mojej „Księdze Życia") i opowiada mi, płacząc rzewnie: Glorio, jestem przecież jeszcze taka młoda, właściwie to sama jestem jeszcze dzieckiem, a mimo to jestem już w ciąży. Odparłam: Ale z ciebie głupia gęś! Nie uczyłam was, jak się zabezpieczać?! Odpowiedziała mi, nadal płacząc: Owszem, ale po prostu nie zadziałało jak powinno. Dzięki wglądowi do mojej „Księgi Życia" zrozumiałam, że Pan przysłał do mnie tę młodą osóbkę, by uchronić ją od popełnienia głupstwa. Chciał, abym uchroniła ją od skończenia w tej otchłani, abym odwiodła ją od zabicia jej maleństwa.

Aborcja bowiem zakłada na naszą szyję tak ciężki łańcuch, który ciąży nam i którego potem nie możemy ciągnąć za sobą. Sprawia taki ból, który nigdy nie przeminie w naszym życiu: ta straszna świadomość, że się popełniło morderstwo, że jest się mordercą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie zabiło się kogoś tam, ale własne dziecko, własne ciało i krew. W przypadku tej dziewczyny najgorsze było to, że ja zamiast j ą odciągnąć od tego zamiaru, opowiedzieć jej o naszym Panu Bogu, dałam jej do ręki plik banknotów, by

 

było ją stać na tę aborcję. By uspokoić moje sumienie (nie wiem, czy można nazwać to jeszcze sumieniem, co wówczas miałam), dałam jej tak dużo pieniędzy, aby mogła udać się do najbardziej renomowanej kliniki aborcyjnej, by potem zapobiec wszelkim komplikacjom. Podobnie jak przy tej okazji sfinansowałam jeszcze parę innych aborcji, by nie powiedzieć wiele.

To takie straszne, gdy dziś o tym myślę. Za każdym razem, gdy przelewana jest krew dziecka, jest to jak jedno wielkie całopalenie dla szatana, jak uczta dla diabła. Zaciera ręce i tańczy z radości. A nasz Pan Jezus Chrystus cierpi jak podczas swojej śmierci na Krzyżu i wśród tych cierpień drży i cierpi bardzo za każdym razem, gdy nienarodzone niewinne dziecko zamęczane jest na śmierć.

W „Księdze Życia" mogłam mianowicie zobaczyć, jak powstaje życie. Ujrzałam, jak nasza dusza kształtuje się w momencie, w którym plemnik łączy się z komórką jaj ową. Wówczas pojawia się cudowna iskra emanująca światło, które pochodzi ze światła Boga Ojca. A brzuch przyszłej matki rozświetla się promieniami tej nowej duszy w momencie, gdy jej komórka jajowa jest zapładniana. I gdy potem dochodzi do aborcji, wtedy dusza krzyczy i jęczy z wielkiego bólu, nawet jeśli nie zostały jeszcze ukształtowane oczy i członki. Cała wspólnota Świętych, całe zaświaty słyszą te krzyki i jęki, gdy mordowana jest nowa, stworzona przez Boga dusza. Całe sklepienie niebieskie wzdryga się od tego krzyku i słychać je od jednego końca do drugiego, głośno i wyraźnie jak echo w górach. W piekle też słyszy się głośne krzyki, ale tam są one wiwatami, jakie wszystkie demony wznoszą dla świętowania dnia i do tego tańczą z radości.

Bezpośrednio po tym otwierają się w piekle niektóre pieczęcie i wychodzą straszne duchy, które są wypuszczane na ziemię, by od nowa kusiły całą ludzkość i sprowadzały ją na manowce. Skutek tego jest taki, że ludzie coraz bardziej zniewalani są przez szatana, coraz bardziej oddają się żądzom i przyjemnościom, coraz to nowe powstają nałogi i mają miejsce te wszystkie straszne, okrutne przestępstwa oraz niegodziwości, o których codziennie słyszymy, widzimy w wiadomościach, i o których za każdym razem sądzimy, że nie może być gorzej, by następnego dnia natknąć się na nowe i dojść do wniosku, że jednak mogło być gorzej.

Czy mamy w ogóle pojęcie o tym, jak wiele dzieci zabijanych jest codziennie na całym świecie? Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozmiaru tej przerażającej zbrodni. Brodzimy we krwi tych niewinnych dzieci i nawet tego nie zauważamy. Jest to dla nas normalną rzeczą; jest po prostu na porządku dziennym. Gdy ktoś angażuje się w walkę przeciwko aborcji, przedstawiany jest jako fanatyk, konserwatysta, ktoś staromodny i trochę szalony.

To jest jeden z największych tryumfów księcia piekła, szatana. Jak ma być dobrze na tym świecie, jeśli to cena niewinnej krwi każdego nienarodzonego sprawia, że nowe demony wypuszczane są na ziemię. Wkrótce zaciemni się od nich na świecie.

Potem ujrzałam, jak zanurzałam i kąpałam się we krwi niewinnych dzieci. Całkiem inaczej, jak wygląda proces prania na naszym świecie: przez to pranie we krwi moja dusza stawała się coraz ciemniejsza i nędzniejsza, aż stała się zupełnie czarna. Po tych epizodach z aborcją nie miałam już wyczucia, co jest grzechem. Dla mnie grzech po prostu nie istniał. Wszystko było dozwolone i moje zachowanie odpowiadało mi. Pomagałam przecież ludziom. Nie było jednakże świadoma, że tym ludziom pomogłam w drodze do piekła.

Pokazano mi jeszcze coś innego, co w żaden sposób nie przyszło mi na myśl ani nie rzuciło mi się w oczy; sama bowiem figurowałam na liście płac diabła. Ukazano mi wszystkie dzieci, które sama zabiłam przez aborcję. I tak samo, jak Wy teraz, nie wiedziałam w pierwszej chwili, jak, kiedy i gdzie! Teraz mi to pokazano i wtedy zrozumiałam. Już na początku opowiadałam Wam, że sama stosowałam spiralę jako środek antykoncepcyjny w planowaniu rodziny. Ku mojemu bolesnemu zdziwieniu zmuszona byłam teraz widzieć w mojej „Księdze Życia", jak wiele moich komórek jajowych zostało zapłodnionych i jak zaczęły stawać się małymi dziećmi. Widziałam wiele świetlistych iskier, które jaśniały podczas stwarzania ich dusz. Słyszałam również krzyki tych dusz, gdy wyrywane były z ręki Boga Ojca.

Zrozumiałam natychmiast powód, dlaczego byłam zawsze w takim złym nastroju, zgorzkniała i markotna. Byłam w złym humorze, często nieprzystępna, niepohamowana i kapryśna wobec moich bliźnich, mojej rodziny. Przez cały dzień byłam poirytowana, nic nie mogło mnie zadowolić. Często ogarniały mnie straszne depresje. Teraz spadły mi łuski z oczu: Jakie to proste i oczywiste -przeobraziłam się w maszynę do zabijania moich dzieci!

Wszystko to sprawiło, że coraz głębiej tonęłam w bagnie grzechu. Jak mogłam sobie wmawiać na początku tego przeglądu mojego życia, że nikogo nie zabiłam? Jak mogłam każdym, kto według mnie był za gruby albo niesympatyczny, wzgardzić, traktować z nienawiścią i po prostu odrzucić? Jak mogłam się tak wywyższać, mimo że byłam taką podłą morderczynią?

Ukazano mi też, że człowieka można zabić nie tylko strzałem z pistoletu. Nie, często wystarcza, że się go strasznie nienawidzi, że życzy mu się najgorszego albo krzywdzi, wystarcza że jest ofiarą zazdrości. Tym sposobem można właśnie zabić drugą osobę. Istnieje coś takiego jak mordowanie dobrego imienia. Morderstwo w rodzinie lub gdzie indziej zaczyna się często od takich postaw, które określamy jako nieszkodliwe.

 

Nie cudzołóż

Teraz, przy szóstym przykazaniu - „Nie cudzołóż" - powiedziałam sobie: „No wreszcie - przynajmniej przy tym przykazaniu nie mogą mi zarzucić jego naruszenia. Nie będą mogli wypomnieć mi jakiegoś kochanka, ponieważ przez całe życie wierna byłam jednemu mężczyźnie, to jest mojemu mężowi." Na raz ukazano mi, że za każdym razem, gdy odkrywałam brzuch i pokazywałam ciało w seksownym bikini, sprawiałam, że obcy mężczyźni gapili się na mnie, mieli sprośne fantazje i przez to nakłaniałam ich do grzechu. W ten prosty sposób dopuściłam się cudzołóstwa. Także moją postawą, gdy ciągle doradzałam kobietom, by nie były wierne swoim mężom: Nie bądźcie głupie, odpłaćcie się im, nie wybaczajcie im tylko, lecz rozstańcie się i lepiej szybko rozwiedźcie! Samym tym gadaniem i tymi złymi radami uczestniczyłam w tym wstrętnym cudzołóstwie, tudzież byłam mu współwinna. W czasie tego przeglądu mojego życia zdałam sobie sprawę, że tak zwane grzechy „pożądliwości" są ohydne. Prowadzą bezpośrednio do potępienia, ale da sieje całkowicie odrzucić, nawet jeśli wielu ludzi uważa je dziś za normalne i mówi, że wspaniale jest samemu doświadczyć tego czy tamtego; że trzeba spróbować, by dowiedzieć się, czy czerpie się z tego przyjemność albo dochodzi do szczytu. Niektórzy nie boją się użycia porównania do zwierząt, argumentując swe czyny i mówią: „Róbmy to tak dziko jak dzikie zwierzęta!" Także dla homoseksualizmu stosuje się argument, jakoby był całkiem naturalny i dozwolony przez Boga, ponieważ udowodniono już, że w królestwie zwierząt mają miejsce homoseksualne kopulacje. Tak, nie zauważamy bowiem, że tym samym bierzemy zwierzęta za wzór. Jest to równoznaczne z odrzuceniem duszy. To, co nas wyróżnia jako istoty stworzone na podobieństwo Boże, to stworzona przez Niego nieśmiertelna dusza, a my ją depczemy.

W swoim życiu wyrwałam się niestety z ręki Boga. Musiałam stwierdzić ze smutkiem, że grzech to nie tylko akt dokonany, lecz najbardziej tajemna myśl w mojej duszy. Bolesną rzeczą było dla mnie, gdy musiałam zdać sobie sprawę z tego, jakie skutki miały wszystkie te grzechy i jak przez długi czas działały. Grzech cudzołóstwa mojego ojca wyrządził wiele szkód również jego dzieciom i udusił ich duszę. Z tego powodu gardziłam wszystkimi mężczyznami, a moi bracia stali się prawdziwymi kalkami, kopiami mojego taty, którzy wszędzie obnosili się z tym, że są prawdziwymi maczo,     kobieciarzami i wielkimi pijakami. Wmawiali sobie jeszcze inne rzeczy. Trąbili o tym na około. Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielkie szkody wyrządzali tym swoim dzieciom. Dlatego też widziałam, jak mój ojciec gorzko płakał na tamtym świecie. Dopiero tam pojął, jaki grzech zapisał w testamencie swoim synom i córkom. Dowiedział się, jakich szkód narobił Boskiemu porządkowi i stworzeniu Boga Ojca.

Nie kradnij

Przy siódmym przykazaniu - „Nie kradnij" znowu byłam pewna swego, uważałam siebie za kogoś godnego czci i nie miałam sobie nic do zarzucenia! Pan jednakże ukazał mi w drastyczny sposób, że wiele artykułów spożywczych w moim domu zaczęło się psuć i pleśnieć, ponieważ kupowaliśmy je bez zastanowienia i nie mogliśmy wszystkiego zjeść. Więc gdy ja marnowałam żywność, tyle głodu było na całym świecie i kiedy Pan mi to ukazał, powiedział jedynie: Byłem głodny i popatrz, co zrobiłaś z tym, co ci dałem. Nie ceniłaś tego i zmarnowałaś. Było Mi zimno i popatrz, jak stałaś się niewolnicą trendów w modzie i wyglądu zewnętrznego. Ile majątku wydałaś na zastrzyki, by być szczuplejszą. Stałaś się także niewolnicą swojego własnego ciała. Krótko mówiąc, ciało swoje wyniosłaś do rangi bóstwa, bożka.

Pan dał mi do zrozumienia, że tym samym byłam winna nędzy w naszym kraju i że również w przypadku tego przykazania Boga ponosiłam winę. Potem zwrócił mą uwagę na to, ze za każdym razem, gdy źle mówiłam o kimś, kradłam mu honor. Prawie niemożliwością jest naprawienie tego, zwrócenie go. Łatwiejszą rzeczą byłaby kradzież banknotu, gdyż wówczas mogłabym po prostu zwrócić tę sumę. Toteż kradzież dobrej reputacji człowieka jest czymś poważniejszym niż zwykła kradzież rzeczy czy pieniędzy.

Okradałam również swoje dzieci, gdy odmawiałam im bycia dobrą gospodynią domową i matką, czułą matką. Nie mieli matki, która by się o nie troszczyła, zawsze przy nich była i stanowiła prawdziwy wzór bezinteresownej i ofiarnej miłości. Byłam matką, która szlajała się po ulicach i zostawiała dzieci pod opieką telewizora jako substytutu ojca, komputera jako substytutu matki i w kręgu wielu gier wideo jako substytutu rodzeństwa.

By uspokoić moje sumienie, kupowałam im zawsze markowe ciuchy, aby przynajmniej w szkole i wśród kolegów robiły dobre wrażenie i prowokowały do zazdrości. Jeszcze bardziej przeraziłam się, gdy zobaczyłam, jakie wyrzuty robiła sobie moja matka i pytała siebie, czy była dobrą matką, mimo że była bardzo pobożną i dobrą kobietą, gospodynią i matką, która nieustannie upominała nas, kochała nas i pokazywała, jak bardzo jest zatroskana o nas i nasze dobro. Podobnie mój ojciec. Na swój sposób ukazywał nam, jak bardzo nas kocha, że jesteśmy najważniejsi w jego życiu. I gdy tak pogrążona byłam w tych myślach, rzekłam do siebie samej: Co się ze mną stanie, ze mną, która nigdy nie dałam czegoś moim dzieciom; może w ogóle nie

 

zauważą, że mnie nie będzie; prawdopodobnie nic ich nie obchodzę! Przy tych słowach wzdrygnęłam się cała i przeszył mnie ból, jak miecz prosto w serce. Wstydziłam się tego, że zawiodłam na całej linii. Musicie wiedzieć, że w „Księdze Życia" widzi się wszystko jak na filmie. I tak oto zobaczyłam, jak moje dzieci rozmawiały z sobą: Miejmy nadzieję, że mamie zajmie jeszcze trochę czasu, nim wróci do domu; miejmy nadzieję, że stoi w korku, nasza mama jest bowiem bardzo nudna i przez cały czas potrafi tylko narzekać i krytykować.

Jakim szokiem było dla mnie słyszeć to z ust trzyletniego dziecka i trochę starszej córeczki, jak tak rozmawiali o swojej matce-złodziejce. Ponownie zdałam sobie sprawę, że okradałam ich z prawdziwej matki. Nigdy nie dałam im przytulnego ogniska domowego. Swoją postawą uniemożliwiłam im poznanie Boga w dzieciństwie. Nie nauczyłam ich miłości bliźniego. Jest bowiem tak: jeśli nie kocham bliźniego, nie będę miała nic do czynienia z naszym Panem Bogiem; i jeśli sama nie okazuję współczucia i miłosierdzia i nie wcielam w czyn, wówczas nie mogę być po stronie Boga; tym samym nie mogę nikomu przybliżyć Boga i przekazywać wiary. Bóg jest bowiem miłością...

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu

No dobrze, teraz opowiem Warn coś na temat przykazania: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu." W tej dziedzinie byłam profesjonalistą. Czy wszyscy słyszeli? Diabeł bowiem stał się moim ojcem. Każdy z nas ma bowiem swego ojca, czy to Boga Ojca, czy szatana, który spiera się z Nim o ojcostwo.

Jeśli Bóg jest miłością, a ja jestem pełna nienawiści, to kto jest moim ojcem? Nie trudno odpowiedzieć na to pytanie; łatwo jest też to zrozumieć. Gdy Bóg mówi mi ciągle o pojednaniu i przebaczeniu, gdy wzywa mnie do tego, abym kochała również moich nieprzyjaciół i tych, którzy wyrządzają mi szkody, a ja myślę jedynie o zemście i kieruję się mottem: „Ząb za ząb" (taki wtedy był mój świat i moje wyobrażenia), to kto tak naprawdę był moim ojcem? Mało tego: On, nasz Pan jest samą Prawdą a szatan księciem kłamstwa. Kto zatem był wtedy moim ojcem? Rozumiecie teraz. Choćbym nie wiem, co robiła, wynik jest zawsze taki sam: sama wybrałam diabła na ojca w moim życiu. I powiadam Warn, nie ma podziału na grzechy. Nie ma podziału na niewinne, nieszkodliwe i niepozorne kłamstewka. Każde kłamstwo to po prostu kłamstwo. Podobnie jak tych niepozornych kłamstewek nie ma także kłamstw z konieczności albo z grzeczności, miłosierdzia czy litości i wielu innych ich rodzajów, jakie przebiegłe osoby wymyśliły za

 

natchnieniem złych duchów. Każde kłamstwo jest po prostu kłamstwem. A diabeł jest ojcem kłamstwa, kłamcą od samego początku.

Kłamstwa, jakie rozsiewałam, były tak straszne, po prostu potworne. Mogłam zobaczyć, że tu zdobyłam największą ilość punktów. Kłamstwo to kłamstwo i zawsze nim pozostanie. Najgorsze jest to, gdy sami wikłamy się w kłamstwa tak dalece, że na koniec przyjmujemy je za prawdę. Największym kłamstwem jest, gdy człowiek uważa się za świętego mówiąc: „Nie kradłem, nikogo nie zabiłem. Nie ma też żadnego Boga. A jeśli już Bóg naprawdę istnieje, to pójdę bezpośrednio do Nieba, ponieważ jestem taki pobożny i święty. Gdzie indziej miałbym się w mojej pozornej świętości dostać?" Są to wówczas tak zwane życiowe kłamstwa.

Przy każdej okazji, jak na przykład podczas plotek, które szerzyłam na cały świat, kiedy naśmiewałam się z kogoś albo kiedy lekkomyślnie wymyślałam innym ludziom złośliwe przezwiska, oraz mówiłam o nich dookoła i za każdym razem naigrawałam się w straszliwy sposób. Jak bardzo i jak wiele osób przez to zraniłam, obraziłam, wystawiłam na pośmiewisko i oczerniłam. To wszystko wyrządziłam moim bliźnim. Nie macie pojęcia, jak jedno przezwisko może zranić osobę. Może ona z tego powodu nabrać kompleksów niższości, które mogą towarzyszyć jej przez całe życie i stać się przyczyną cierpień. Na przykład pewną koleżankę, która była nieco pulchna nazywałam „grubaską" albo „tłuścioszką". Nigdy nie pozbyła się tego określenia i pozostała na zawsze „tłuścioszką". Bardzo ją to bolało. Frustracja uczyniła z niej bulimiczkę, co wpływało na jej sylwetkę. Z tego powodu inni często nie zabierali jej z sobą ani nie zapraszali. Zobaczcie, jak słowa mogą pociągać za sobą pewne czyny. Na końcu powstaje mnóstwo złośliwości. Wszystko to jest trującym owocem jednego lekkomyślnie wypowiedzianego słowa.

Ani żadnej rzeczy, która jego jest

Gdy już sprawdził moje życie na podstawie Dziesięciu przykazań Bożych, okazało się, że całe moje zło, grzechy i złośliwości miały swój początek w chciwości. To szalona chęć, ta żądza posiadania wszystkiego i decydowania o wszystkim. „Mieć" aniżeli „być". Sądziłam zawsze, że będę szczęśliwa, jeśli posiądę wszystkie pieniądze świata i będę bogata, i to życzenie, by mieć pieniądze, stało się dla mnie obsesją. Było to dla mnie wielką tragedią, gdy posiadałam naprawdę dużo pieniędzy i stać mnie było na wiele, przeżywałam najgorszy i najnieszczęśliwszy okres w moim życiu.

Moja dusza zeszła tak nisko, że nawet chciałam odebrać sobie życie. Miałam tak wiele pieniędzy i bogactwa, a mimo to byłam sama i pusta wewnętrznie, samotna i opuszczona. Na własnej skórze doświadczyłam, że pieniędzmi nie można kupić miłości, przyjaźni i sympatii. Nawet jeśli za pieniądze całego świata próbuje się kupić miłość, otrzymuje się zazwyczaj jedynie obłudę, fałsz, pochlebstwa i udawaną służalczość. Byłam dogłębnie rozczarowana, zgorzkniała w tej ślepej uliczce mojego życia, którą sama wybrałam. Osiągnęłam szczyt frustracji, a tam wiał lodowato zimny wiatr, który nasuwał mi pytanie, po co tutaj w ogóle się wspięłam. Chciwość, jak każda inna żądza zresztą - ta żądza pieniędzy i bogactwa; zazdrość tego, co ktoś inny już ma; to „też-to-muszę-mieć" - uczepiło się mnie, brało mnie za rękę i sprowadzało na manowce. Chciwość ta prowadziła mnie bezpośrednio do piekła, daleko od Boga, mojego Stworzyciela, z którego ręki tą chęcią posiadania wyrwałam się. Żądza, chciwość oddala zawsze od Boga. Idzie się w przeciwnym kierunku i podąża się za diabłem. Im bardziej jest się oddalonym od Boga, tym mniej zauważa się Jego obecność i tym mniejsza jest Jego ochrona.

By Warn ukazać, jak Bóg w cudowny sposób przybliżał się do mnie, chcę Warn opowiedzieć następującą rzecz. Po moim wypadku sanitariusze zawieźli mnie do publicznego szpitala, zanim dotarłam do socjalnej kliniki.

Wiecie, co mi się przytrafiło w tym szpitalu publicznym? Było tam tak wiele chorych i ofiar wypadków, że po prostu nie było już miejsca. Nawet korytarze szpitalne przepełnione były łóżkami i noszami. Nie było więc nawet jednych wolnych noszy, by mnie tam położyć. Bóg dopuścił, abym doznała w ten sposób zupełnego opuszczenia przez ludzi. Dla tych biednych lekarzy było to wszystko ponad ich siły. Byli całkowicie zdezorientowani. Ratownicy niosący mnie na noszach bezustannie pytał i: Gdzie mamy ją położyć? Jedyną odpowiedzią, jaką za każdym razem otrzymywali, było: Połóżcie ją tam w kącie! albo Połóżcie ją tam na podłodze! Oni jednak nie chcieli mnie tak po prostu położyć na podłodze w korytarzu, gdyż wiedzieli, że z moimi oparzeniami łatwo dostałabym śmiertelnego zakażenia albo sepsy. W owych godzinach, kiedy tak tam leżałam i nikt z lekarzy nie mógł się o mnie zatroszczyć, ponieważ mieli poważniejsze przypadki, gdzie było więcej nadziei na powodzenie ich zabiegów, doświadczyłam tego całkowitego opuszczenia ze strony wszystkich dokoła mnie, mimo że roiło się od ludzi, chorych pacjentów i zdrowych pomocników.

Gdy spoglądali na mnie, jak tak leżałam podobna do zwęglonego kawałka mięsa z grilla, wszyscy lekarze myśleli sobie, że na wszelką pomoc i tak jest za późno i że nie da się już uratować mojego życia. Złościłam się, będąc w tej beznadziejnej sytuacji, że nikt się mną nie zajął. Gdy byłam tak opuszczona i rozzłoszczona, ujrzałam nagle naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jak pochylił się nade mną i z całą swoją czułością położył rękę na mojej głowie, by mnie pocieszyć. Zamknęłam oczy, ponieważ sądziłam, że mam halucynacje, ale gdy je znowu otworzyłam, widziałam Go pochylonego nade mną i usłyszałam Jego głos mówiący do mnie: Zobacz, moja mała, teraz umrzesz. Zapragnij teraz mojego miłosierdzia! Wyobraźcie sobie; gdy to usłyszałam, pomyślałam sobie: Co to ma znaczyć? Miłosierdzie, pragnienie miłosierdzia? Cóż złego uczyniłam? Dlaczego mam potrzebować miłosierdzia? W żaden sposób nie mogłam zrozumieć powodu i sensu tej oferty. Nie miałam już w ogóle sumienia. Zupełnie je straciłam. Byłam całkowicie pozbawiona skrupułów! To, co jednak pojęłam to to, że teraz umrę. Nadeszła moja ostatnia godzina. Jedyna myśl, jaka mi przeszła przez głowę, była: Co stanie się teraz z moimi diamentowymi pierścionkami, które mam na palcach? Wcięły się w zupełnie spalone i napuchnięte palce. Martwiłam się, że się uszkodzą, gdy sieje odetnie lub zdejmie. Myśląc o tym próbowałam rozpaczliwie ściągnąć je ze swoich palców. Czy wiecie, jak strasznie boli spalona skóra i członki? Nie możecie sobie wyobrazić, jakie cierpienie sama sobie zadawałam przy próbie zdjęcia pierścionków z palców. Przy tym odrywało się ciało od moich palców. Mimo tego wmawiałam fanatycznie sobie, że na pewno sobie je zsunę. W moim życiu nie spotkałam się jeszcze ze zbyt trudnym zadaniem lub wygórowanym celem. Zawsze mogłam wszystko osiągnąć, co sobie wmawiałam. Także i w tym przypadku miałam to nastawienie, a właściwie tę egoistyczną obsesję. Powiedziałam sama sobie: To byłby już szczyt wszystkiego, gdybym przed śmiercią nie mogła zdjąć pierścionków z palców! Ledwo co udało mi się to zrobić, ogarnęła mnie kolejna rozpacz. Naszły mnie czarne myśli: Boże mój, zaraz umrę. Potem pielęgniarki z pewnością od razu skradną moje cenne pierścionki!

I wtedy nagle podszedł do mnie mój szwagier i moją pierwszą myślą ulgi było: Bogu niech będą dzięki, teraz przynajmniej moje pierścionki są bezpieczne! Przekazałam je jemu i powiedziałam: Daj je mojemu mężowi Ferdynandowi! I powiedz moim siostrom, aby troszczyły się o moje dzieci, ponieważ będą musiały sobie teraz poradzić beze mnie. Muszę ci powiedzieć, że tym razem nie ujdę z życiem. Umrę. Teraz mogłam już spokojnie umrzeć. Tak zamglony był mój umysł w tej ostatniej godzinie, że nawet nie mogłam ujrzeć światła, które Jezus mi ofiarowywał. I wiecie, co było moją ostatnią myślą? Boże mój, skąd wezmą pieniądze na pogrzeb z tym ogromnym debetem na koncie?

Popatrzcie, to historia osoby, która utraciła swoje sumienie, która swoje ostatnie myśli i chwile poświęcała marnościom tego świata i przekonana o swej świętości nie myślała w ogóle o wieczności, o przyszłości duszy i ofercie Pana. Gdy człowiek uważa się za „świętego", właśnie wtedy bardzo łatwo ześlizguje się w kierunku piekła albo przyczynia się tą błędną oceną do własnego potępienia.

 

„Księga Życia"

Po tej analizie mojego życia według Dziesięciu Przykazań Bożych pozwlono mi na wgląd do mojej „Księgi Życia". Brakuje mi po prostu słów, by właściwie opisać tę „Księgę Życia". Zaczęła się od mojego poczęcia. Skoro tylko komórki moich rodziców połączyły się, pojawiła się iskra. Mała, cudowna eksplozja światła, i z tego powstała dusza, moja własna dusza, całkowicie chroniona rękami Boga Ojca, i w Bogu Ojcu ujrzałam kochającego i czułego tatę. 24 godziny na dobę był ze mną, prowadził mnie za rękę, ochraniał mnie, zawsze był o mnie zatroskany i był blisko mnie. Nie spuścił mnie z oka i nie zostawił samą. I wszystko, co w pierwszym momencie wydawało mi się karą lub niepowodzeniem, było niczym innym jak tylko wyrazem Jego miłości i troski o mnie. Nie patrzył bowiem na mój wygląd i moje ładnie uformowane ciało. Nie, patrzył na moje wnętrze, badał moją duszę i widział, jak powoli, ale pewnie schodziłam z Jego drogi i jak odrzucałam Jego ratunek oraz zbawienie. I tak oto przeżyłam wiele sytuacji mojego minionego życia, zaglądając do mojej „Księgi Życia" i widziałam poszczególne skutki mojego postępowania oraz decyzji mojej wolnej woli. Dla lepszego zrozumienia podam Wam pewien przykład, który ukazuje piękno „Księgi Życia". W moim życiu byłam fałszywa i obłudna. Często schlebiałam moim znajomym czy przyjaciółkom: Hej, jak pięknie dziś wyglądasz. Ta twoja sukienka jest po prostu cudna i tak dobrze na tobie leży! Jak tobie w niej do twarzy. W „Księdze Życia" jednakże widzi się to, o czym się przy tym myśli, i co kryje się we wnętrzu. Wtedy ujrzałam, co mówiłam sobie w myśli w tamtej chwili: Ale beznadziejnie wygląda, i do tego myśli, że jest królową piękności!

Widzicie, takie były moje myśli w moim wnętrzu. W tej „Księdze Życia" widzi się i słyszy wydarzenia jak na filmie. Tak oto widziałam i słyszałam wszystko tak samo, jak wówczas w moim życiu mówiłam, z tą jedyną różnicą, że mogłam słyszeć moje myśli. To było jak film w różnych językach z dwiema ścieżkami dźwiękowymi albo jak film z napisami. Jedna ścieżka pozwalała usłyszeć to, co obłudnie mówiłam, a druga moje myśli, które w tym samym momencie miałam, i mogłam też przy tym widzieć stan mojej duszy, moje wnętrze. Sami pomyślelibyście o tym jak o cudzie techniki, gdybyście w ten sposób przeżyli słowa czy sytuacje w Waszym własnym życiu. Po prostu coś niesamowitego!

Tak oto widziałam wewnętrzną rzeczywistość mojego życia. Wszystkie moje kłamstwa były na wierzchu, kipiały jak w garnku bez pokrywy, były nagie i bez retuszy, każdy mógł je zobaczyć, usłyszeć. Cały świat mógł je widzieć. Były żywe i ujawniały swoje haniebne czyny. Moja matka. Jak często ją oszukiwałam i podle z nią postępowałam. Często bowiem nie pozwalała mi na wyjście, abym spotkała się z moimi „złymi" przyjaciółmi. Ale gdy zaznaczałam — „Mamo, mam teraz pracować w grupie w szkolnej bibliotece!" -już mnie nie było. Moja matka połknęła haczyk i dała wiarę memu szybkiemu kłamstwu. Jakże często kradłam sobie czas takimi kłamstwami, włóczyłam się po domach, oglądałam sobie pornograficzne filmy, albo chodziłam do baru, by żłopać piwo z moimi „przyjaciółkami". A teraz moja matka zobaczyła to wszystko w mojej otwartej dla wszystkich „Księdze Życia". Nic nie umknęło jej uwadze.

Jeszcze jeden przykład tego, co zobaczyłam w tej „Księdze życia". Moi rodzice dawali mi zawsze banany do jedzenia w czasie przerwy w szkole. W owym czasie żyliśmy w nędznych warunkach, tak że posiłek składał się zwykle jedynie z bananów, od czasu do czasu z bułki i mleka. Już w drodze do szkoły jadłam swoje banany i rzucałam skórki po prostu wszędzie, gdzie byłam, nie myśląc o tym. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, nie łamałam sobie głowy nad tym, co może się zdarzyć z powodu takiej śliskiej, nieuważnie wyrzuconej skórki, jaką krzywdę coś takiego może wyrządzić innym ludziom. A wyrzucone przeze mnie skórki tak po prostu leżały sobie wokół.

Zaskakującą rzeczą było, gdy Pan pokazał mi, co niektóre - naturalnie nie wszystkie - z leżących wokół skórek spowodowały. Ujrzałam osoby, które poślizgnęły się na tych skórkach i w niektórych przypadkach upadki te z powodu dużego ruchu mogły nawet zakończyć się śmiercią, a ja byłabym temu winna, odebrałabym życie. Wszystko z bezmyślności, braku odpowiedzialności i miłosierdzia dla moich bliźnich.

Podobnie było w innym przypadku, kiedy to kasjerka supermarketu przez pomyłkę wydała mi o 4.500 peso więcej. Przy tej okazji poszłam do spowiedzi, gdzie czułam naprawdę szczerą, głęboką skruchę i głęboki ból z powodu mojego grzesznego zachowania. Mój ojciec zawsze upominał nas dzieci, abyśmy w życiu były uczciwe, i mimo nędzy uważały honor za wielkie dobro; przede wszystkim własny. Nie powinniśmy nigdy przywłaszczać sobie cudzych pieniędzy, nawet wtedy, gdy chodzi o kilka groszy. Kiedy więc miało miejsce to zajście z resztą, o pomyłce zorientowałam się dopiero w samochodzie, gdy byłam w drodze powrotnej do pracy. Powiedziałam sobie samej: Ta głupia krowa wydała mi o 4.500peso więcej i muszę teraz zawrócić, by oddać j ej pieniądze! Byłam już w drodze do supermarketu, gdy utknęłam w olbrzymim korku. Usłyszałam przez radio, że wszystko dookoła stało. I znowu głośno pomyślałam i powiedziałam do siebie samej: Dość tego! Teraz mam jeszcze tracić godziny mojego cennego czasu, tylko dlatego, że ta głupia krowa była zbyt głupia, by dobrze policzyć. Nikt jej przecież nie kazał być tak głupią i pomylić się w liczeniu! Teraz pojadę po prostu do domu i w tych okolicznościach nigdy nie zwrócę jej tych pieniędzy! O nie, w żadnym wypadku, sama jest temu winna."

Mimo moich wymówek miałam wyrzuty sumienia w związku z tym zajściem. I ponieważ mój tata tak często i wyraźnie podkreślał wartość honoru i przez to umocnił mój charakter, poszłam w następną niedzielę do spowiedzi i powiedziałam do księdza siedzącego w konfesjonale: Proszę księdza, zgrzeszyłam, ponieważ przywłaszczyłam sobie 4.500 peso, gdyż nie oddałam tej sumy kobiecie, do której należała. Nie zważałam wówczas zupełnie na to, co mi powiedział spowiednik i o czym mnie pouczył. I gdy zobaczyłam tę scenę w „Księdze Życia", musicie wiedzieć, że Zły, diabeł, nie mógł mi zapisać tego grzechu i uważać za złodziejkę, ponieważ wyznałam go w spowiedzi. Opowiem Wam jednak teraz o tym, co Pan powiedział do mnie na ten temat: Ten brak miłości bliźniego, jaki okazałaś w owym dniu, gdy nie zadośćuczyniłaś za swoje grzechy, nie jest w porządku. 4.500 peso były dla ciebie drobnostką, gdyż takie kwoty codziennie wydawałaś na zbytki, które koniecznie chciałaś mieć, ale dla tej biednej kobiety z minimalną płacą, która pół dnia musiała pracować i zmuszona była zostawić swoje dzieci, by związać koniec z końcem, dla niej te 4.500 peso były utrzymaniem na całe trzy dni, kapitałem najedzenie i napoje dla całej rodziny przez trzy dni.

I wiecie, co było najgorsze i najbardziej niesamowite w tej sytuacji? Pan ukazał mi tę scenę: na własne oczy mogłam zobaczyć, jak ta kobieta musiała wraz z dziećmi cierpieć z tego powodu i jak musiała ta rodzina znosić głód przez kilka dni. Wszystko z mojej winy. Skutki moich grzechów. Kobieta ta znosiła to wszystko ze swoimi małymi dziećmi i musiała obawiać się utraty pracy. Nasz Pan bowiem zwraca uwagę w „Księdze Życia" na nasze zachowanie. Ukazuje nam, kiedy coś uczyniliśmy, kto musiał cierpieć z powodu naszych czynów, kto ponosił skutki, do jakich czynów zmuszony był skrzywdzony bliźni.

Końcowe pytanie

 

Na końcu Pan zapytał się mnie: Jakie duchowe skarby przynosisz Mi? Myślę sobie: Jakie duchowe skarby ma na myśli? Stałam przecież przed Nim z pustymi rękami, nie miałam nic, zwisały mi po prostu, nic w nich nie trzymałam ani nie robiłam niczego. I w tej chwili słyszę, jak mówi do mnie: Co z tego, że miałaś dwa mieszkania własnościowe, że niektóre mieszkania były twoją własnością, że niektóre gabinety mogłaś nazwać swoimi? Na co

 

ci się zdało, że uważałaś się za wysoce wyspecjalizowanego stomatologa, który odniósł wiele sukcesów? Mogłaś przynieść pyłek kurzu z cegły jednego z twoich budynków. Masz może przy sobie swój wypchany portfel albo swoją grubą książeczkę czekową?

A kiedy potem spytał mnie: Co uczyniłaś z talentami, które ci dałem? Pomyślałam sobie: Jakie talenty ma na myśli? Co chce przez to powiedzieć? I nagle zrozumiałam. Uświadomiłam to sobie. Tak, otrzymałam zadanie, zadanie, by bronić i szerzyć „Królestwo miłości", „Królestwo Boże". Po prostu całkowicie zapomniałam, że posiadałam duszę, a jeszcze mniej pamiętałam o tym, że otrzymałam również talenty. I zupełnie nie byłam świadoma, że jednym z tych talentów była zdolność do bycia narzędziem Miłosierdzia Bożego, Jego miłosiernej ręki. Tak oto nie zdawałam sobie ponadto sprawy, że całe dobro, którego zaniechałam i nie uczyniłam, sprawiało Bogu wielki ból i przysporzyło Mu wiele trosk.

Konfrontował mnie z tyloma różnicami w moim życiu: Ile dobra mogłaś uczynić dzięki tym wielu pieniądzom, które wyrzucałaś na kosmetyki Na co zdały ci się twoje diety, które cię opanowały, którymi zamęczałaś swe ciało i spowodowałaś bulimię oraz anoreksję? Uczyniłaś z siebie samej i ze swego ciała bożka - „złotego cielca". Co ci teraz po tym? Robiłaś wiele prezentów, to prawda, ale czyniłaś to tylko po to, aby ci dziękowano, mówiono o tobie, jak jesteś dobra. Swoją dużą ilością pieniędzy manipulowałaś wszystkimi, aby ci wyświadczali przysługi. Powiedz Mi, co teraz przynosisz dla wieczności? Gdy cię ostatnio nawiedziłem bankructwem, nie była to kara, jak sobie myślałaś, a błogosławieństwo. Owe bankructwo miało cię uwolnić od twojego własnego bożka - twojego „złotego cielca", któremu służyłaś. To bankructwo miało cię do Mnie przyprowadzić. Ty jednak buntowałaś się, broniłaś i nie chciałaś opuścić swojej wysokiej pozycji w społeczeństwie, zniżyć się. Klęłaś, pomstowałaś i szalałaś, ty, niewolnica pieniędzy, niewolnica mamony. Sądziłaś, że wszystko potrafisz, że sama możesz uczynić coś swoim wysiłkiem, pilnością i zaangażowaniem. Myślałaś, że potrafisz wszystko lepiej od innych. Nie! Spójrz, ile jest wykształconych osób, absolwentów, którzy tak samo starali się jak ty, nawet lepiej i pilniej, mimo to nie osiągnęli tego samego co ty. Tobie więcej dano i dlatego więcej się od ciebie zażąda.

Wiedzcie, że musiałam zdać Bogu sprawę z każdego ziarenka ryżu, które zmarnowałam. Z całego jedzenia, które wyrzucałam do kosza. W „Księdze życia" ujrzałam też, jak razu pewnego jako dziecko potajemnie wyrzuciłam fasolę, którą dostałam na obiad, ponieważ nie lubiłam jej. Byliśmy wtedy bardzo biedni. Gdy moja matka zobaczyła pusty talerz, myślała, że dlatego

 

tak szybko zjadłam, ponieważ byłam głodna. Rezygnowała z własnej porcji, sama nie jadła i dawała mi swoją część, ponieważ sądziła, że byłam tak głodna. Często nie jadła, ponieważ dawała każdemu biednemu, który zapukał do drzwi. Nikt nigdy tego po niej nie zauważył, nigdy nie miała na pokaz zgorzkniałej miny, wręcz przeciwnie, zawsze się uśmiechała.

Pan pokazał mi, jak ja później, gdy miałam już wiele pieniędzy, wydawałam przyjęcia, zapraszałam gości i było wiele jedzenia - i jak potem więcej niż połowa wyrzucana była do kosza na śmieci. A dookoła mnie było tak wiele biednych i głodnych ludzi; w ogóle nie miałam wyrzutów sumienia. Pan dodał i prawie to wykrzyczał: Byłem głodny! Dał mi odczuć Jego ból z powodu potrzeby swoich dzieci i obojętności tych, którzy mogliby pomóc, a nie czynią tego. Ukazywał mi dalej, ile rzeczy miałam w swoim domu; fajne rzeczy, drogie markowe rzeczy, najlepsze ubrania, elegancka bielizna, wszystko najlepszej jakości. I powiedział mi: Byłem nagi w twoim bliźnim, a ty miałaś pełne szafy i żyłaś w zbytku, miałaś tak wiele rzeczy i niektórych wcale nie używałaś.

Widząc zawsze, że znajomi mieli to i tamto, czego ja jeszcze nie posiadałam albo co było lepsze od tego, co sama miałam, byłam zazdrosna i kupowałam sobie coś jeszcze lepszego. Chciałam mieć zawsze najlepsze rzeczy, gdyż byłam zazdrosna. Przykład: spoglądanie przez płot do ogrodu sąsiada powoduje w nas zazdrość. Jest to także grzechem, gdy człowiek świadomie wzbudza zazdrość u innych, albo szczególnie się cieszy, gdy ktoś staje się zazdrosnym z powodu naszego postępowania.

Pan powiedział mi: Byłaś dumna, porównywałaś się zawsze do innych, którzy byli w lepszej sytuacji niż ty. Bogacze! Nie troszczyłaś się o tych, którzy Żyli w niższej warstwie społecznej. Będąc ubogą, szłaś dobrą drogą, gdyż wtedy dawałaś z serca, nawet te rzeczy, które byty tobie potrzebne. Pan ukazał mi, że to się Mu spodobało. Jak wtedy, gdy moje nowo zakupione tenisówki podarowałam chłopcu z ulicy, ponieważ ten nie miał żadnych butów. Mój ojciec z trudem zdobył pieniądze na zakup tych butów i zrobił wielką awanturę. Był strasznie wściekły. Mieliśmy tak mało rzeczy do przeżycia, a ja poszłam i podarowałam moje buty. Da się to zrozumieć... Ale z punktu widzenia Pana było to w porządku. Mimo że byliśmy w trudnej sytuacji, Bóg wylewał na nas wiele błogosławieństw. Ukazał mi, ile łask miał dla mnie przygotowanych, gdybym nie porzuciła Jego drogi i pomogła wielu ludziom. Powiedział: Oświecałem cię i pokazywałem ci, jak mogłaś im pomóc. Nie spotkało by ich zło, które pociąga za sobą złe konsekwencje. Bóg bierze nas bardzo poważnie. Dalej pokazał mi: Popatrz, ten młody człowiek nie popełniłby samobójstwa, gdybyś się za niego pomodliła, i ta osoba nie umarłaby z powodu opuszczenia, gdybyś się pomodliła; znalazłaby wyjście z tej sytuacji

 

Ja jednakże nie dopuściłam nigdy do tego, aby Duch Święty mnie dotknął. Nie poruszała i nie wzruszała mnie czyjaś potrzeba. Moje serce było skamieniałe. Nie mogłam i nie chciałam otworzyć je na strumienie łask Pana. Jest to bardzo ważnym, pierwszym krokiem, gdy chcemy powrócić do domu Ojca: zmiękczyć serce, otworzyć je na łaskę, na Pana. Powiedział mi: Popatrz na krzywdę mojego ludu, spójrz, jak bardzo potrzebne było, aby twoja rodzina została dotknięta rakiem, byś nauczyła się współczucia. Współczułaś więźniom dopiero wtedy, gdy twój własny mąż został aresztowany. Pan prawie wykrzyczał: „Jesteś z kamienia, nie jesteś zdolna do miłości!".

Opowiedziałam Wam już, jakim to ziółkiem byłam jako córka. Byłam rozwydrzona i bezczelna. Mojego ojca nazywałam „Pedro Flinston" i chciałam przez to wyrazić, że żył nadal w epoce kamienia łupanego - nawiązując do telewizyjnej kreskówki „Flinstonowie". A mojej matce mówiłam, że jest nienowoczesna, staroświecka i inne rzeczy w tym stylu. Zabrnęłam tak daleko, że wypierałam się własnej matki, ponieważ wstydziłam się jej; nie należała do wyższych warstw społecznych. Wyobraźcie sobie! Teraz wiecie, dlaczego tak bardzo była o mnie zatroskana i modliła się za mnie. Nie jesteście jednak w stanie sobie wyobrazić, ile łask otrzymałam dzięki mojej matce, ale nie tylko ja, lecz cały świat. Miałam matkę, która chodziła do kościoła i swoje cierpienia zanosiła Jezusowi. Matkę, która wierzyła, bardzo mocno wierzyła. Spędziła wiele godzin na adoracji Najświętszego Sakramentu. I w ten sposób stała się pośredniczką wielu łask. Pan zwrócił się do mnie: Nikt tak ciebie nie kochał, jak twoja matka i nikt nie będzie cię tak kochał jak ona. Nigdy, przenigdy nikt nie będzie cię tak czule kochał jak ona.

Miłość Boża

Musicie bowiem wiedzieć, o co wciąż mnie Pan pytał! Pytał mnie nieustannie o miłość, o bezinteresowną, bezwarunkową miłość. Brakowało mi na co dzień tej miłości, tej „caritas", dobroczynności, szerokiego zakresu chrześcijańskiej miłości. Brak Jego boskiej miłości, którą włożył nam wszystkim do kołyski jako zadanie i talent, to - reasumując - wynik przeglądu wszystkich wydarzeń mojego dotychczasowego życia. Potem mi wyjaśnił: Wiesz, twoja duchowa śmierć, obumieranie twojej duszy zaczęło się... Wówczas pojęłam: wprawdzie żyłam jeszcze, oddychałam jeszcze, ale właściwie to umarłam; moja dusza umarła; udusiła się.

Gdybyście byli widzieli, czym jest „duchowa śmierć". Co to znaczy, że dusza obumarła, udusiła się. Powinniście byli widzieć, jak wygląda dusza, która odczuwa jedynie nienawiść. Jaka zgroza i przerażenie ogarniają na widok duszy, która jest jedynie zgorzkniała, nieznośna i uciążliwa. Myśli przez cały czas tylko o tym, jak może jeszcze dokuczyć światu. Tak właśnie wygląda dusza, gdy obciążona jest ciężkimi grzechami. Moja dusza jest tego przykładem. Na zewnątrz przyjemnie pachniałam i miałam na sobie drogie ubrania, ale moja dusza w środku strasznie śmierdziała i pogrążona była w przepaściach ludzkich i diabelskich złośliwości.

Zrozumiałe staje się, dlaczego miałam wszystkie te depresje i opanowała mnie gorycz. Pan wyjaśnia mi: Twoja duchowa śmierć zaczęła się bowiem od tego, gdy twoi bliźni i ich cierpienie stali się tobie całkowicie obojętni. Gdy nie miałaś po prostu dla nich serca. To było upomnienie ode Mnie i powinno było być dla ciebie ostrzeżeniem, gdy ukazywałem ci cierpienie twoich bliźnich —przy tak wielu okazjach i we wszystkich częściach świata. Albo kiedy mogłaś zobaczyć w telewizji lub innych mass mediach jak ludzie byli porywani, zabijani, rozrywani od bomb i wypędzani, rzucałaś tylko powierzchowne komentarze: „ Oh, biedni ludzie! Co za niegodziwość im się wyrządza! " Cierpienia twoich bliźnich w ogóle ciebie nie poruszyły, nie wzruszyły twojego skamieniałego serca, ich los nie zainteresował ciebie. W swoim sercu więc nic nie czułaś! Twoje serce było twarde jak kamień, lodowata skała. Twoje grzechy sprawiły, że skamieniało, stało się twarde i zimne!

I gdy moja „Księga Życia" zamknęła się, z pewnością możecie sobie wyobrazić, jaki wstyd i smutek mnie ogarnął. Ponadto odczuwałam wielki żal

- ten ból był większy, bardziej nieznośny - że w swoim życiu byłam taka zła i niewdzięczna dla Boga Ojca, mojego Stworzyciela. Bowiem mimo moich wszystkich ciężkich grzechów, mimo całej mojej brudnej duszy i mojej obojętności, mimo mojej letniości i wszystkich strasznie okrutnych uczuć wobec moich bliźnich, Pan zawsze mnie szukał i to nawet do ostatniego momentu. Szedł za mną i czekał na znak mojej woli do zawrócenia i powrotu. Posyłał ciągle osoby, które napotykałam na mojej drodze życia i które były Jego narzędziami, aby mnie skłoniły do zastanowienia się i powrotu do Niego. W ten sposób przemawiał do mnie, zwracał na Siebie uwagę, wołał mnie

- często całkiem głośno. Zabrał mi też wiele rzeczy, aby skłonić mnie do zastanowienia się. Zsyłał mi próby i ciężkie chwile. Jak kłody rzucał mi pod nogi wielkie rozczarowania. Wszystko to czynił nieustannie, by mnie odzyskać, sprowadzić mnie na tę właściwą drogę do domu Ojca. Naprawdę próbował wszystkiego do ostatniej chwili i czekał na mój znak. Nigdy jednak nie naruszył mojej wolnej woli. Powinnam była rozpoznać Jego wołanie oraz czekanie i dobrowolnie podjąć wtedy właściwą decyzję.

Wiecie, kim i jaki jest Bóg, Ojciec nas wszystkich? Stoi jak żebrak na skraju naszej drogi życia. I właśnie jak żebrak błaga nas, podąża za nami,

 

często jest natrętny; płacze i próbuje zmiękczyć nasze skamieniałe serce, i smutek ogarnia dogłębnie Jego Najświętsze Serce, gdy tak często musi przeżywać to, że odwracamy się do Niego plecami i nie zważamy na Niego, albo tak czynimy, jak gdybyśmy Go nie zauważali. Tak często i na różne sposoby uniża się - tak jak uniżał się na Krzyżu — by tylko sprawić, abyśmy się nawrócili i zmienili nasze życie, powrócili do Niego, do domu Ojca.

I gdy powiedziałam do Niego: Słuchaj, mój Panie, potępiłeś mnie! ponownie zdałam sobie sprawę, jak bezczelnie się zachowałam. To oczywiście nie była prawda, gdyż On nigdy mnie nie potępił, lecz ja sama doprowadziłam do tego wszystkiego. Poznałam, że w zależności od nastroju i ochoty - z wolnością, jakie ma stworzenie, a którą Bóg szanuje - podejmowałam decyzje. Znalazłam sobie swojego „ojca" i własny „klan". Ojcem, którego sobie wybrałam, nie był Bóg Ojciec, lecz szatan. Diabła wzięłam sobie za ojca i przewodnika mojego życia. Według jego woli i kłamstw ukształtowałam sobie życie. On i jego mamidła były sensem mojego nędznego życia.

Kiedy moja „Księga Życia" została zamknięta, dotarło do mnie, że wciąż zwisam głową w dół na krawędzi strasznej, ciemnej przepaści. Byłam pewna, że spadnę bezpowrotnie do tej mrocznej dziury, na końcu której wyobrażałam sobie bramę, przez którą później wkroczę do wiecznego potępienia. Tak oto zaczęłam z całej siły i rozpaczy krzyczeć i wołać. Błagałam wszystkich świętych, aby mnie uratowali. Nie macie pojęcia, ilu świętych naraz mi przyszło na myśl. Nie wiedziałam w ogóle, że znałam tylu świętych i ich imiona. Byłam przecież taką letnią, mało tego, naprawdę złą katoliczką. W tamtej chwili jednakże myślałam tylko o tym, by się uratować. I było mi całkowicie obojętne to, czy uratowałby mnie św. Józef Robotnik, czy św. Franciszek z Asyżu, czy inny przywołany święty. Najważniejsze, abym była uratowana. Na koniec skończyły mi się imiona świętych, których przywoływałam. Żaden mi nie przychodził na myśl i nagle zapadła grobowa cisza.

Ta cisza sprawiała, że znowu czułam nieopisane cierpienia. Poczułam beznadziejną pustkę. Czułam się samotna i całkowicie opuszczona. Mogłam tylko myśleć o tym, że na ziemi wszyscy ludzie z pewnością myślą o mnie i mojej reputacji jako dobrej, pięknej i świętej. Tę reputację umyślnie sobie zbudowałam dzięki mojemu stworzonemu przez siebie fikcyjnemu światu. Wszyscy opłakiwali mnie, rozmawiali o mojej „świętości", czekali na moją śmierć, by potem zwracać się do swojej „świętej", którą przecież osobiście znali, prosząc ją o ten czy tamten „cud".

Popatrzcie, w jakiej beznadziejnej sytuacji byłam. Żadna z tych opłakujących mnie osób, które czekały na moją śmierć - nawet moi najgorsi wrogowie - nie mogli wyobrazić sobie, w jak beznadziejnej sytuacji znajdowałam

 

się - a mianowicie tuż przed wiecznym potępieniem, przed odejściem do piekła, w istnienie którego większość z tych opłakujących osób całkiem już nie wierzyła. I gdy te myśli kłębiły mi się w głowie i ciągle za przeczająco potrząsałam głową- wyrażając niezrozumienie dla tego rozdźwięku między moim położeniem a myślami opłakujących mnie osób - wówczas wznoszę oczy ku górze, widzę oczy mojej matki i nasze spojrzenia spotykają się. Spoglądamy na siebie, patrzymy sobie wprost w oczy. Pośród wielkich cierpień wołam do matki: Mamo! Co za hańba. Potępiają mnie. Stamtąd, gdzie muszę iść, nigdy już nie powrócę i nigdy więcej się nie zobaczymy.

W tym momencie mojej matce została udzielona wielka, cudowna łaska. Przez cały czas była całkowicie nieruchoma i sztywna. I nagle pozwolono jej, by uniosła dwa palce ku górze i daje mi przez to jednoznaczny znak, bym również spojrzała do góry. W tej samej chwili od moich oczu odpadają dwie wielkie skorupy, które sprawiały mi niewyobrażalny ból i były powodem mojej duchowej ślepoty. Odpadają więc ode mnie i widzę nagle coś niesamowicie pięknego: pośrodku naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Jednocześnie przypominam sobie, jak jedna z moich pacjentek powiedziała mi pewnego razu: Niech pani doktor posłucha i zapamięta sobie. Jest pani bardzo materialistyczna, ale pewnego dnia przypomni pani sobie, co teraz powiem. Tak, będzie nawet pani tego bardzo potrzebowała. W obliczu wielkiego niebezpieczeństwa, którego pani nie uniknie, nieważne jakiego rodzaju jest to niebezpieczeństwo, jeśli znajdzie się pani w takiej sytuacji, to niech zwróci się pani do naszego Pana Jezusa Chrystusa i prosi Go, aby pokrył i ochronił panią swoją Prze-najdroższą Krwią. W ten sposób nigdy pani nie opuści i nie pozostawi samą. On bowiem także panią odkupił swoją Przenajdroższą Krwią!

Z wielką skruchą i wstydem, wśród wielkich cierpień w moim sercu, zaczęłam drzeć się w niebogłosy: Panie Jezu, zmiłuj się nade mną! Przebacz mi! Panie, daj mi drugą szansę!

Potem przeżyłam najpiękniejszy moment w całej tej historii. Brakuje mi po prostu słów, by właściwie opisać tę chwilę. On, nasz Pan, Jezus Chrystus, schodzi na dół wyciąga mnie z tej czarnej, okropnej otchłani, z tej napawającej strachem dziury. I gdy mnie wyciągnął i wziął za rękę, to wtedy te wszystkie stwory, te ohydne kreatury i te palące plamy, które wcześniej czułam, odpadły ode mnie i cała ziemia pode mną pełna była tych śmieci. Unosi mnie więc do góry i przenosi na tę płaszczyznę, którą opisałam wcześniej. Z tą miłością, nie dającąsię wyrazić ludzkimi słowami, mówi do mnie: Powrócisz na ziemię, otrzymasz drugą szansę... Przy tym mówi również z powagą: Tej łaski powrotu nie otrzymujesz dzięki modlitwom twoich przyjaciół i najbliższych. Można się tego spodziewać i jest to normalne, że two-

 

ja rodzina i osoby, które ciebie cenią, modlą się za ciebie i błagają Mnie z twego powodu. Możesz powrócić dzięki modlitwie tak wielu ludzi, którzy nie są z tobą spokrewnieni i nie należą do twojej rodziny. Tak wiele obcych ci osób gorzko płakało, modliło się do mnie ze złamanym sercem i z głębi duszy, i w twojej intencji wznosili do Mnie swe serce, jako wyraz uczucia największej miłości i sympatii.

W owym momencie ujrzałam, jak mnóstwo świateł, niczym małe białe płomienie, pełne bezinteresownej i czystej miłości, zaczęło świecić. I widzę nagle wszystkie osoby, które się za mnie modliły. To była demonstracja mocy modlitwy wstawienniczej. Wszystkimi tymi światłami były tysiące osób, które dowiedziały się o moim wypadku z gazet, serwisach radiowych i telewizji, które były poruszone tą wiadomością, płakali z tego powodu, wznosiły za mnie do Pana akty strzeliste, i naprawdę mi współczuły. Wielu z nich coś zaoferowało i poświęciło dla mojego ratunku. Wiedzcie, że Msza Święta jest największym darem, jaki możecie komuś sprawić. Eucharystia bowiem nie jest dziełem człowieka, a bezpośrednią interwencją Boga w świecie.

Jeden z płomieni był jednakże szczególnie duży, wyróżniał się spośród innych i świecił, emanował większym światłem niż wszystkie inne. To był płomień osoby, która włożyła w swą modlitwę najwięcej bezinteresownej i prawdziwej miłości bliźniego. Ciekawiło mnie więc, kim był ten człowiek, który nie wiadomo dlaczego okazał mi tyle miłości. Wówczas Pan rzekł do mnie: Ten człowiek, którego tam widzisz, to osoba, która odczuła tak wielką sympatię i czułą miłość - mimo że całkowicie jesteście sobie obcy - że trudno jest to sobie wyobrazić.

Pan pokazał mi, jak to wszystko się wydarzyło. Ten biedny mężczyzna indiańskiego pochodzenia, dla mnie święty rodak, żył na wsi u stóp „Sierra Nevada de Santa Marta". Był biednym i bardzo prostym rolnikiem. Nie miał wystarczająco dużo pożywienia dla własnej rodziny. Pożar zniszczył mu w owym roku jego zbiory. Lis zabrał większą część kur, jakie mu pozostały do przeżycia. Na domiar złego guerilleros zabrali mu syna, by użyć go jako żołnierza-dziecko do swoich celów. Chodził na Mszę Św. do wsi i uczestniczył w niej z takim nabożeństwem, jakie rzadko się widzi. Pan pozwolił mi zobaczyć, jak ten biedny wieśniak żarliwie się modlił na Mszy: Panie mój i Boże, kocham Cię, dziękuję Ci za życie, moją rodzinę i moje

 dzieci! Cała jego modlitwa była jednym dziękczynieniem i uwielbieniem. Miał przy sobie dwa banknoty -jeden o nominale l O peso, drugi 5 peso. Możecie to sobie wyobrazić, że on na tacę nie dał banknotu o nominale 5 peso, lecz pomimo swojej nędzy 10? Wiecie, ja ofiarowywałam banknoty, które jako fałszywki zdarzyło mi się od kogoś otrzymać w gabinecie. Po Mszy za resztę pieniędzy

 

kupił sobie jeszcze trochę chleba i sera. Te artykuły spożywcze zostały mu zawinięte w starą gazetę z poprzedniego dnia, co zwykło się robić na wsi. Gdy w drodze powrotnej chciał sobie coś zjeść i rozpakował bułeczki, ujrzał na stronie tytułowej tego wydania „El Espectador" zdjęcie mojego zwęglonego ciała, jak leżało na ulicy.

Kiedy ten prosty człowiek zobaczył zdjęcie, którego podpisu i towarzyszącego mu artykułu nie umiał nawet przeczytać, z wielkim pośpiechem i nie zwlekając długo, upadł na kolana i począł tak gorzko i rzewnie płakać. Uczynił to z tak wielką, wewnętrzną, bezinteresowną oraz dziecięcą miłością, i odmówił przy tym płaczącym głosem następującą modlitwę: Ojcze w Niebie, Panie mój i Boże, zmiłuj się nad moją siostrzyczką. Panie, uratuj ją, pomóż jej, Panie, nie pozwól, aby zginęła, wejrzyj łaskawie i zaopiekuj się nią. Jeśli uratujesz moją siostrzyczkę, obiecuję Ci, że pieszo odbędę pielgrzymkę do sanktuarium w Buga (maryjne miejsce pielgrzymkowe w południowej Kolumbii) i na pewno dotrzymam tej obietnicy, Ty zaś pomóż mojej siostrzyczce i uratuj ją!

Wyobraźcie sobie! Jakiś całkiem prosty i biedny rolnik, który nie klął na Boga ani Go nie przeklinał, mimo że musiał znosić głód i pragnienie, który pojmował, czym jest prawdziwa, bezinteresowna miłość, oferuje Panu przemierzenie naszego wielkiego kraju, by odbyć obiecaną pielgrzymkę za kogoś, kogo w ogólne nie zna i jeszcze nigdy nie spotkał w swoim życiu. Pan wyjaśnił mi: Widzisz teraz! To nazywam miłością bliźniego! (...) Zaraz po tym powiedział mi: Powrócisz na ziemię. O tym swoim przeżyciu jednakże nie opowiesz tysiąc razy, a tysiące tysięcy razy. Będą ludzie, którzy nie zmienią się, mimo Że dowiedzą się o twojej historii I takie osoby sądzone będą wtedy z większą surowością. Tak samo jak w twoim przypadku, w czasie twojego drugiego przybycia na twój sąd będą obowiązywały surowsze kryteria.

Również pomazańcy, to znaczy konsekrowani Pana będą sądzeni według surowszych kryteriów. I każdy z tych, którzy wiedzą o zdziałanych przez Pana cudach w tym świecie, spotka się z surowszym kryterium. Nie ma bowiem gorszego głuchoniemego, od tego, kto po prostu nie chce słuchać. Nie ma gorszej ślepoty, jak ta, gdy człowiek nie chce widzieć.

Wszystko, co Warn dziś tutaj opowiedziałam, drodzy Bracia i Siostry w Panu, nie jest groźbą czy pogróżką, żadnym też szantażem, nasz Pan bowiem nie potrzebuje nam grozić czy szantażować nas. To, co dziś usłyszeliście albo co przed chwilą przeczytaliście, jest Waszą drugą szansą, okazją, którą wszyscy, Wy i ja, zawdzięczamy jedynie niezmierzonej dobroci naszego Boga. Skorzystajcie z tej oferty. Być może to Wasza ostatnia okazja. Dzięki naszemu dobremu Panu przeżyłam to, co przeżyłam. W ten sposób

 

dzięki łasce Boga mogę Warn o tym mówić. Gdy bowiem otworzy się przed Wami „Księga Życia", przed każdym z Was, gdy każdy z was przejdzie do wieczności, gdy umrze, wszyscy doświadczymy tego samego procesu i zobaczymy siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy, bez retuszu, z tą różnicą, że w obecności Boga zobaczymy i usłyszymy nasze najgłębsze myśli oraz najbardziej tajemne uczucia. Wszystko będzie jasne i nic się nie ukryje. Najpiękniejszą rzeczą będzie to, że każdy z nas stanie bezpośrednio przed Panem, twarzą w twarz.

Bezustannie jak żebrak prosi On, abyśmy się nawrócili, abyśmy powrócili do domu Ojca, powrócili do Niego, by zacząć od nowa i stać się nowymi stworzeniami z Nim i przez Niego. Bez Jego pomocy bowiem nie jest to dla nas możliwe.

Niech Pan, nasz Bóg, obsypie Was wszystkich hojnie swoim błogosławieństwem i łaską.

Chwała Bogu Ojcu, który nas stworzył i kocha nas z wielką czułością; chwała niech będzie Synowi Bożemu, naszemu Panu, Jezusowi Chrystusowi, który swoim cierpieniem na krzyżu wybawił nas od wszelkiej winy za grzech i obmył nas swoją Krwią Przenajdroższą z wszelkich grzechów i odkupił za cenę swojej Najdroższej Krwi; Chwała niech będzie Duchowi Świętemu, który nas uświęca i wzmacnia mocą swoich darów, pociesza i wspiera, aż Ty Panie powrócisz, jak sam nam obiecałeś. Przyjdź ,Panie, niech nadejdzie godzina, która uczyni wszystko nowym i utworzy Twe królestwo. Uczyń wszystko nowym i ustanów królestwo miłości i pokoju. Amen.

Gloria Polo

 

Dr Gloria POLO ORTIZ

POŚMIERTNE UZNANIE MOJEGO MĘŻA I OJCA MOICH DZIECI

Dnia 6 października 2006 r. mój mąż udał się z ciężkim sercem do innej części Kolumbii o nazwie QUINDIO. Pojechał w odwiedziny do swojego kuzyna, którego bardzo sobie cenił, by uczestniczyć w Pierwszej Komunii św. córki tego kuzyna. Mój mąż był bowiem ojcem chrzestnym tej dziewczynki. Jako chrzestny świadomy był swego obowiązku i na poważnie brał tę religijną funkcję. To było też powodem, że mimo wszystkich przeciwności związanych z terminem, nie zrezygnował z przyjazdu, aby koniecznie być na Pierwszej Komunii św. swojej chrześnicy.

7 października 2006 poszłam do radia „Minuty z Bogiem", aby tam nagrać moje świadectwo wiary dla audycji radiowej. Była godzina 14.00, kiedy mój mąż zadzwonił do mnie na komórkę i powiedział następujące słowa: Kochanie, byłem na Pierwszej Komunii św. mojej chrześnicy i przyjąłem Komunię św. podczas tej Mszy. Potem pojechałem z Jorge (Jorge to wspomniany już kuzyn mojego męża) do jego posiadłości. Przerwałam mu: Skarbie, bardzo cię kocham, ale nie mogę teraz z tobą rozmawiać, gdyż właśnie idę do studia, gdzie jestem umówiona na nagranie mojego świadectwa. Zadzwoń do mnie tak koło 18.00! Odpowiedział mi jedynie: Też cię bardzo kocham —później na pewno zadzwonię do ciebie!

O godzinie 17:30 byłam z moimi dwojgiem dziećmi, mianowicie ze starszym, 17-letnim synem, z którego jego ojciec był bardzo dumny i który znaczył wszystko dla mojego męża, oraz z moją najmłodszą córką, Marią Jose. Nagle zakręciło mi się w głowie i zrobiło mi się bardzo niedobrze, tak jak gdyby ziemia pod moimi stopami ustąpiła. Moja córeczka powiedziała do mnie: Prawdopodobnie dlatego źle się czujesz,ponieważ ten sklep udekorowany jest wszędzie czarownicami i magicznymi przedmiotami

Tuż po 18.00 poczułam nagle, jak gdybym unosiła się i jakby ktoś mnie ciągnął. Najpierw ciągnął mnie za ramiona, potem ześlizgiwał się wzdłuż mojego ciała aż do stóp. Jednocześnie czułam się, jak gdybym w tym momencie miała umrzeć. Mój syn podparł mnie wtedy i przytrzymywał. Zapytał mnie: Mamusiu, co się z tobą dzieje? Co ci jest? Odczuwałam wielki ból w moich wnętrzu, w sercu, jak gdyby moja dusza się dusiła.

Kiedy jechaliśmy samochodem do domu, nagle dzwoni moja komórka i słyszę, że mój mąż miał zawał serca. Tuż po pierwszym telefonie znowu zadzwoniła i mówią nam, że mój maż już nie żyje. Prowadziłam właśnie samo-

 

chód, moje dzieci krzyczały głośno z bólu z powodu tej nieoczekiwanej wiadomości. I wówczas odmówiłam następującą modlitwę: Boże mój, kocham Cię, przekazuję Ci w Twe miłosierne ręce mojego drogiego męża. Ofiaruję Ci moje wielkie, nieskończone cierpienie mojej duszy, które w tych godzinach przenika moją cala rodzinę, która w ten bolesny sposób zjednoczona jest z Tobą na krzyżu, abyś Ty, Wszechmocny, tą ofiarą mógł uratować wiele dusz. Płakałam z bólu i miałam w sobie uczucie radości i zadowolenia, gdyż wiedziałam, że mój mąż jest z naszym Panem i Bogiem i tam może doświadczyć nieopisanej radości oraz szczęścia płynącego z wiecznej Miłości Bożej. Było bowiem tak, że mąż już nie żył podczas pierwszego telefonu, gdy powiadomiono nas, że przed chwilą miał atak serca. Te osoby planowały przygotowanie nas w ten sposób na otrzymanie bolesnej wiadomości o jego śmierci. Nie minęła nawet jedna minuta, gdy otrzymaliśmy drugi telefon z wiadomością, że już nie żyje.

Co się więc wydarzyło?

Mąż udał się do swego pokoju, aby się odświeżyć i wziąć prysznic. I gdy kuzyn zauważył, że mój mąż Fernando zbyt długo przebywał w pokoju, poszedł na górę, by go poszukać i zapukał do drzwi. Mój Fernando jednakże nie odpowiadał, mimo że kuzyn głośno walił w drzwi. Otwarcie drzwi nie zajęło wiele czasu, ponieważ znaleziono zapasowy klucz - drzwi były zamknięte od śrdka. Gdy otworzono drzwi, zastano mojego męża leżącego na podłodze. Gdy mąż opuścił kabinę prysznicową, upadł martwy obok krzesła i leżał tak, jak go znaleziono. Zawał serca nastąpił nagle i mąż natychmiast umarł. To było dokładnie w tym samym czasie, gdy poczułam silny uścisk moich ramion, który nieomal zatrzymał mój oddech. Następnie czułam, że te ręce nie mogły trzymać się moich ramion i zsuwały się po mnie w dół i nawet chciały powalić mnie na ziemię. Było mi wtedy bardzo niedobrze, prawie zemdlałam i tak się chwiałam, że syn musiał mnie podtrzymać. Ciało zostało potem zabrane do Bogoty i pochowaliśmy mojego męża Fernanda dopiero trzeciego dnia po jego śmierci, gdyż musieliśmy poczekać na móją najstarszą córkę, która jest siostrą zakonną i w tamtym czasie przebywała w Rzymie ze wspólnotą swej kongregacji.

Wiecie, co wtedy powiedziała do mnie moja najmłodsza córka Maria Jose? Ze łzami w oczach rzekła: Mamo, jeśli BÓG jest tak dobry i miłosierny, dlaczego zabiera nam tatę, skoro w swej wszechwiedzy musiał wiedzieć, że jego dzieci go tak bardzo pilnie potrzebują, przede wszystkim ja najmłodsza?

Odparłam: Zobacz, właśnie dlatego, że twój tata był tak dobrym człowiekiem, Bóg go wyróżnił i dał w prezencie najpiękniejszą i najwyższą

 

nagrodę, jaka tylko jest, a mianowicie NIEBO! A my, którzy kochamy go z całego serca, nie będziemy go opłakiwać i wołać za nim, skoro otrzymał tak wielkie wyróżnienie. Raczej powinniśmy w naszym smutku cieszyć się Z tego, że jest już w Sercu JEZUSA CHRYSTUSA i tam odpoczywa!

W czwartek, gdy byliśmy w drodze na pogrzeb, zadzwonili do mnie ludzie z Peru i donieśli mi, że uzgodnione spotkania w związku z moich świadectwem wiary mają już kompletną liczbę uczestników. Odpowiedziałam im: Nie mogę przybyć. Właśnie chowam mojego męża.

Pani Nancy Freud, wspaniała apostołka w Peru i kobieta, która cały swój majątek oddała na nową ewangelizację, prosiła mnie nieustannie, abym jednak przyjechała w sobotę, gdyż niemożliwością było odwołanie z niewielkim wyprzedzeniem tych wszystkich zaplanowanych już imprez. Poza tym zaproponowała mi zabranie moich dzieci w podróż, aby nie pozostawić ich w tej sytuacji samych. I wiecie, rzekłam po prostu do mojego JEZUSA: Jeśli chcesz, abym poleciała do Peru, to udziel mi łaski i siły do odbycia tej podróży razem z moimi dziećmi Poleciałam więc razem z nimi. Miały miejsce cudowne świadectwa wiary, ponieważ przez cały czas bardzo wyraźnie czułam, że Duch Święty prowadził mnie, towarzyszył mi i podsuwał mi właściwe słowa i zdania. A mój zmarły mąż otrzymał całkiem szczególny prezent, kiedy to podczas spotkania na dużym stadionie biskup wraz z dwunastoma księżmi sprawował Mszę św. Jaki cenny prezent dla mojego drogiego Fernanda!

Takie to nieoczekiwane wydarzenia świadczą nam nieustannie o nieskończonej Miłości Boga. Tego samego dnia w jasno beżowym spodnium złożyłam moje świadectwo w peruwiańskim programie telewizyjnym, którego urywki można obejrzeć w Internecie.

Tego samego dnia, gdy polecieliśmy do Peru, rozmawiałam z osobą, która mnie zaprosiła na maryjne spotkanie do Meksyku, a dokładniej mówiąc do Cancun, aby także i tę panią powiadomić, że nie mogę dotrzymać ustalonego terminu. Ta pani jednakże poczęła lamentować i błagała mnie: Boże, tylko nie to. Proszę nie! Biskup wygłosi na tym spotkaniu przemówienie. Planowaliśmy, że zaraz po tym pani złoży swe świadectwo. Z tą nagłą odmową, gdy pozostało mniej niż 10 dni do naszej imprezy, niemożliwością jest odwołanie wszystkiego. Wszystkie pomieszczenia zostały wynajęte na umowę. Proszę, niech pani przybędzie razem z dziećmi. Ulokuję was wszystkich w hotelu i pokryję koszty pobytu. Jesteście moimi gośćmi.

Opowiedziałam o tym wszystkim moim dzieciom i powiedziałam do nich: Popatrzcie, jak wspaniały i dobry jest nasz Pan Bóg, że mimo naszej uszczuplonej sytuacji finansowej -1 to nie jest zarzut, ani też nie chcę być niewdzięczna, gdyż zawsze błogosławił mnie łaskami, tak że miałam dość

 

pracy, by zarobić na utrzymanie mojej rodziny - możemy się tam udać. Ale faktem jest, że moimi skromnymi środkami nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na spędzenie z wami wakacji w Cancun.

Mimo żałoby i bólu były to wspaniałe dni, które mogłam z moimi dziećmi spędzić w Meksyku, gdzie dane mi było złożyć świadectwo przed wieloma osobami i w ten sposób mimo żałoby dotrzymać terminu, zaplanowanego jeszcze przed śmiercią męża.

Kontynuowałam składanie świadectwa wspierana przez „żołnierzy eucharystycznych" i przez Was wszystkich, drogie rodzeństwo w Panu, przez Waszą modlitwę.

Mój spowiednik i kierownik duchowy, ojciec Wilson z parafii Świętego Krzyża (Santa Cruz) w Bogocie wezwał mnie jednakże do odwołania moich zaplanowanych przemówień. Otrzymałam od niego jedynie pozwolenie na złożenie mego świadectwa w Kalifornii i Europie. Pozostałych zaplanowanych wykładów musiałam po prostu zaniechać. Było mi bardzo przykro i wstydziłam się, że posłuszna mojemu spowiednikowi nie mogłam przybyć na spotkania, jak na to w Meksyku, gdzie wszystko było już zorganizowane i potrzebne pomieszczenia były wynajęte, i poszczególni biskupi wydali swoją zgodę. Mój duchowy kierownik o. Wilson upomniał mnie w następujący sposób: Wcześniej mogłaś bez problemów i ze spokojem jeździć do każdego zakątka ziemi, gdyż twój mąż pozostawał z waszymi dziećmi; ale teraz nie jest to już możliwe z racji twej rodzicielskiej odpowiedzialności jako matki samotnie wychowującej. Nie możesz ot tak pozostawić swoich dzieci samych.

Musicie wiedzieć i nie możecie sobie wyobrazić, jak wielkim bólem było to w moim sercu i do głębi wstrząsało moją duszą, ale posłuchałam tego polecenia w posłuszeństwie mojemu kierownikowi duchowemu, który z pewnością w swoim pełnomocnictwie jako kapłan Pana miał powody, by nałożyć na mnie ten obowiązek i dać mi ów zakaz.

Mój mąż był wspaniałym człowiekiem. Bez jego bezkompromisowego wsparcia i gotowości do poświęceń nie mogłabym podróżować do tylu krajów, by spełnić moje posłannictwo dane przez PANA.

Proszę Was wszystkich, którzy tak często chcecie dać mi coś w prezencie, módlcie się za moją rodzinę, moje dzieci i moich zmarłych członków rodziny — przede wszystkim również za mojego męża i zmarłego od uderzenia pioruna siostrzeńca, i w końcu też za mnie samą. Wasze modlitwy są dla mnie najpiękniejszym i najcenniejszym prezentem.

Bóg zapłać i dziękuję serdecznie za wszystko, szczególnie za modlitwę za mojego zmarłego męża, Luisa Fernanda RICO RAMIREZA, ur. 25 maja 1957, zm. 7 października 2006 r.

 

niniejsze świadectwo poruszyło Twoje serce,

to uczyń proszę wszystko,

aby dotarło ono także do Twego bliźniego,

aby i do niego dzięki Tobie mógł przemówić

nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, w swojej nieskończonej Miłości i niezmierzonym Miłosierdziu.

Niech Dobry Bóg Ci w tym błogosławi!

Dozwolone jest rozpowszechnianie, kopiowanie i używanie tekstu dla sprawozdań, czasopism, gazet, telewizji i radia jak i Internetu przy spełnieniu następujących warunków:

1) Treść nie może być skracana ani zmieniana - zdania nie mogą być wyrywane z kontekstu. W przypadku przedruku własnych skrótów czy streszczeń świadectwa należy uprzednio skontaktować się z yishana@wp.pl

2) Nie jest dozwolona sprzedaż i dzierżawa w celach komercyjnych tekstu lub jego części, zdjęć, nagrań video i audio. Ponadto wyraźnie musi zostać podane źródło tekstu: www.gloriapolo.net

3) Świadectwo i jego przedruki mogą być rozpowszechniane jedynie bezpłatnie i używane w celach niekomercyjnych.

Na stronie www.gloriapolo.net można przejrzeć strony, które w wielu językach opisują historię pani Glorii Polo.